Rośliny

Co zrobić z łodygą storczyka po przekwitnięciu? Przez ten błąd kwiaty mogą już nie wrócić
Zbudował altanę w ogródku przez tydzień, żywiąc się jedzeniem z lodówki. Odjęłam mu to od pensji, a on zaczął się z tego powodu denerwować.
Percival Everett – Drzewa
Zbliża się termin wysiewu bratków. Nie przegap, jeżeli chcesz, by zakwitły wiosną
UE ma zabrać się za doniczki. Wyjaśniamy, co może się zmienić
29.01.2026 Agrobiznes – o nielegalnych środkach ochrony roślin
Browar z ogródkami piwnymi tuż pod oknami oddziału odwykowego. W tle polityczne powiązania i tajemniczy telefon
Chruścik wszędzie taszczy go ze sobą
Roboty koszące - najnowsze technologie, które robią różnicę
YouGov: Polacy wciąż stawiają na mięso. W 2025 r. wydali na nie już ponad 37,7 mld zł w zaledwie osiem miesięcy
Polacy podzieleni w ocenie przyszłości kraju. Najnowszy sondaż zaskakuje
56 nowych mieszkań na Nowych Winiarach. Start inwestycji zaplanowany na maj 2026 roku
Kroisz pomidora i... szok. To nie robaki. Ekspertka wyjaśnia, czy można go jeść
Zuzanna Puchalska w Bojanowie opowie o samotnym przejściu Nowej Zelandii
Drzewo na działce zasłania znak drogowy? Właściciel posesji płaci, straż miejska nie odpuszcza
To nie żart: poczta kontroluje, kara do 10 000 zł. Nie chodzi o abonament RTV, choćby listonosz może zgłosić ten problem
Ta grecka wyspa deklasuje Kos i Santorini. Nie ma tam tłumów, a klimat zachwyca
Kąsa jak osa, leczy jak lekarz – 13 sekretów pokrzywy
Zimą pcha się do domu. Lepiej go nie dotykać. Możesz gwałtownie pożałować tej decyzji
Nowoczesny plac zabaw przy Żłobku nr 2 w Pruszkowie. Miasto pozyskało środki
OGŁOSZENIE O NABORZE NR ZKP.9.2026
OGŁOSZENIE O NABORZE NR ZKP.8.2026
OGŁOSZENIE O NABORZE NR ZKP.7.2026
Sieć Bricomarché chce podwoić liczbę sklepów w ciągu czterech lat. Ruszyło nowe centrum dystrybucyjne pod Warszawą
Jarosław Kaczyński trafił do szpitala. Otoczenie prezesa PiS komentuje
Koniec z takimi ogrodzeniami. Nowe przepisy budowlane 2026 - od kiedy?
Społecznicy proszą Hannę Zdanowską o pilną reakcję. Mówią stanowcze "nie" tej inwestycji
Postaw tę roślinę na parapecie. Wilgoć zniknie z okien raz, dwa
Miasto przyszłości powstaje w dżungli. Tak Azja projektuje świat XXI w.
Waran i Kruk / KlaudiaRogowicz
Kroniki miasta. Ogródki działkowe nad Uherką? Narodziny koncepcji w 1971 roku
Zalecenia żywieniowe w Polsce: przewaga warzyw i pełnych ziaren, ograniczenie mięsa i soli
Terminy odbioru choinek – informacja puławskiego ZUK |#LPU24.pl
Huśtawki ogrodowe typu bocianie gniazdo – hit sezonu letniego
Automatyka bram – jak wybrać napęd do różnych typów bram wjazdowych i garażowych
Nie tych spotykamy, nie za tych wychodzimy za mąż — historia trzech pokoleń kobiet na polskiej wsi: od ciężkiej pracy przy gospodarstwie po miejskie życie, spełnione obietnice i zawiedzione nadzieje, wybory serca i codzienność polskiej rodziny
Planeta w 5 minut - odc. 99.
Dekoral: wielowymiarowe zielenie z nutą błękitu w trendach na 2026
Nowa zielona przestrzeń na Winiarach. Skwer przy ul. Widnej przechodzi metamorfozę
KURS CHEMIZACYJNY dla rolników i osób stosujących środki ochrony roślin
Przez mrozy drzewa zaczęły wybuchać. Nagrania obiegają internet. "Jak strzał z pistoletu"
Zainwestują w płockie zoo. Powstanie projekt za 700 tysięcy złotych
UWAGA ROLNICY ! ŚODR Kielce ogłasza nabór na szkolenie z zakresu stosowania środków ochrony roślin
Prawda, która ścisnęła serce do bólu Wieszając świeżo uprane pranie na sznurku w ogrodzie, pani Tatiana usłyszała ciche szlochanie zza płotu. Zajrzała i zobaczyła tamzą sąsiadkę – ośmioletnią Sonkę, dziewczynkę, która choć chodziła już do drugiej klasy, wyglądała na drobną, jakby miała nie więcej niż sześć lat. – Sasieńko, znów cię ktoś skrzywdził? Chodź do mnie – Tatiana odsunęła poluzowaną deskę w płocie, bo Sonka często uciekała do nich, szukając wsparcia. – Mama mnie wypchnęła za drzwi. Powiedziała: „Wyłaź!” i razem z wujkiem Kotem balują w środku – wycierając łzy, tłumaczyła dziewczynka. – Chodź do domu, Liza z Michałkiem właśnie jedzą, to i ciebie nakarmię. Tatiana ratowała Sonkę nie raz przed surowymi rękami mamy, która w gniewie potrafiła skrzywdzić córkę. Byli sąsiadami, więc Tatiana często zabierała małą do siebie, póki Anna – mama Sonki – nie wróciła do równowagi. Sonka zawsze zazdrościła Lizie i Michałkowi, dzieciom cioci Tani i jej męża. W ich domu zawsze było ciepło, spokojnie, a relacje rodziców były serdeczne i pełne troski. Sonka czuła ogromną zazdrość – aż ściskało ją w środku – i uwielbiała przebywać w tej rodzinnej atmosferze. W domu Sonki wszystko było zabronione. Mama zmuszała ją do noszenia wody, sprzątania w komórce, pielęgnowania grządek, mycia podłóg. Anna urodziła córkę samotnie i od początku nie polubiła dziecka. Gdy żyła jeszcze babcia, która kochała wnuczkę, było łatwiej – babcia broniła Sonkę. Potem babcia odeszła, a dla dziewczynki zaczęły się ciężkie czasy. Anna, rozgoryczona samotnym losem, szukała mężczyzny i w końcu w autobusowej bazie poznała nowego kierowcę, pana Kota. gwałtownie zamieszkali razem, a Kotowi obecność małej Sonki nie przeszkadzała – wręcz widział w niej przyszłą pomoc domową. Anna wszystko okazywała Kotowi, a córkę ignorowała, karciła, zmuszała do pracy i nie szczędziła klapsów. Groziła jej choćby domem dziecka. Sonka, nie mając siły, często siadała pod czarną porzeczką u płotu, płakała. Tatiana, jeżeli tylko zauważyła, natychmiast zabierała ją do siebie. Sąsiedzi i znajomi potępiali Annę – w miasteczku ludzie wiedzieli, jak traktuje dziecko. Tatiana również nie milczała, choć Anna rozpuściła plotkę, iż sąsiadka chce jej odbić Kotka. Anna z Kotem często imprezowali, a wtedy Sonka uciekała do Tatiany, znajdując tam schronienie. Czas mijał, Sonka dobrze się uczyła, dorastała. Po ukończeniu podstawówki chciała pójść do miasta do szkoły medycznej. Anna stanowczo się sprzeciwiła, kazała iść do pracy. Sonka wybiegła z domu zapłakana – u nich nie wolno było płakać. Po rozmowie z Tatianą – której dzieci już studiowały w mieście – sąsiadka postanowiła porozmawiać z Anną: – Anka, zachowujesz się okropnie! Inne matki dają dzieciom szansę, a ty nie kochasz swojej córki… Przecież to twój obowiązek, sumienie ci nie podpowiada? Sonka świetnie skończyła szkołę, zasługuje na naukę. Anna na początku krzyczała, a potem przyznała ze złością, iż jest surowa, bo nie chce mieć z córką takich problemów, jak sama miała. W końcu zgodziła się, by Sonka wyjechała do szkoły medycznej. Sonka była szczęśliwa, choć wyróżniała się skromnym strojem. Często odwiedzała Tatianę, a z rodziną rzadko się kontaktowała – w domu czekały ją tylko problemy. W międzyczasie Kot związał się z młodszą kobietą i odszedł. Anna zrozumiała prawdę, iż o dziecko nikt nie zadbał, a Sonka nie zna matczynej miłości. Ten moment ścisnął jej serce i odebrał oddech. Sonka podjęła pracę, zaczęła utrzymywać się sama. Nigdy nie wspominała zła w domu publicznie, choć wszyscy chwalili matkę za wychowanie. Anna coraz częściej sprowadzała do domu pijanych znajomych, a Sonka coraz rzadziej wracała. Próbowała pomóc, zrobić remont, zacząć rozmowy, ale matka nie chciała żadnej zmiany. Po ukończeniu szkoły Sonka wróciła, Anna była zła, żądała od niej pieniędzy. Sonka, wzruszona, zostawiła trochę pieniędzy, pożegnała się… i poszła do sąsiadki. Tatiana cieszyła się, powitała ją uroczyście, wręczyła prezent z okazji ukończenia szkoły z wyróżnieniem. Sonka rozpłakała się: – Ciociu Taniu, dlaczego mama mnie tak traktuje? Dlaczego jestem jej obca? – Nie płacz, Sonko, widocznie tak miało być. Ale jesteś mądra, piękna, będzie cię kochał ktoś wyjątkowy. Sonka wyjechała do wojewódzkiego miasta, znalazła pracę w szpitalu i spotkała swoją miłość – młodego lekarza Olka. Wzięli ślub, a na weselu obok Sonki siedziała Tatiana. Anna otrzymywała od córki wsparcie finansowe i chwaliła się sąsiadom, iż wykształciła dziecko, choć na ślub nie była zaproszona i wnuków nie widziała. niedługo Tatiana znalazła Annę martwą w domu – ile leżała, nie wiadomo. Sąsiadka zauważyła ciszę za płotem. Sonka z mężem pochowali matkę, dom sprzedali. Od czasu do czasu odwiedzali Tatianę.
16. edycja Targów Sadownictwa i Warzywnictwa
Nie kupisz już roślin w plastikowej doniczce. Wchodzi rewolucyjna zmiana
Klucz w dłoni Deszcz uderzał o szybę mieszkania monotonnie, niczym metronom odliczający czas do końca. Michał siedział na krawędzi wygniecionej wersalki, skulony, jakby chciał się stać mniejszy, niewidoczny dla własnego losu. Jego duże, niegdyś silne dłonie, przywykłe do pracy przy tokarce w zakładzie, teraz bezwładnie spoczywały na kolanach. Palce od czasu do czasu zaciskały się w bezsilnej próbie uchwycenia czegoś nieuchwytnego. Nie patrzył po prostu na ścianę — na starych tapetach widział mapę swoich beznadziejnych tras: z miejskiej przychodni do prywatnego gabinetu diagnostycznego. Jego spojrzenie było wyblakłe, jak stary film, zatrzymany na jednej klatce. Kolejny lekarz, kolejne pobłażliwe: „Czego pan oczekuje, w tym wieku to już nie to samo”. Nie złościł się — złość wymaga energii, a tej już mu zabrakło. Zostało tylko zmęczenie. Ból w krzyżu był czymś więcej niż objawem — stał się jego prywatnym pejzażem, tłem dla wszystkich ruchu i każdej myśli, białym szumem bezsilności zagłuszającym wszystko inne. Stosował się do wszystkich zaleceń: zażywał tabletki, smarował się maściami, leżał na zimnej kozetce w fizjoterapii, czując się jak rozłożony na części mechanizm na złomowisku. I przez cały ten czas — czekał. Biernie, niemal religijnie, czekał na ratunek, który ktoś — państwo, genialny lekarz albo mądry profesor — wreszcie miał mu rzucić, zanim pochłonie go powoli grzęzawisko codzienności. Wpatrując się w horyzont swojego życia, widział wyłącznie szarą, deszczową zasłonę za oknem. Jego wola, kiedyś ukierunkowana na rozwiązywanie problemów w pracy i w domu, została sprowadzona do jednej funkcji: wytrzymywać i liczyć na cud z zewnątrz. Rodzina… Była, ale rozpłynęła się gwałtownie i boleśnie. Czas przemknął niezauważenie. Najpierw wyjechała córka – zdolna Kasia, do Warszawy za lepszym życiem. Nie miał jej za złe wyboru, chciał dla niej najlepszego. „Tato, jak tylko stanę na nogi, będę wam pomagać”, mówiła przez telefon, choć nie to było najważniejsze. Potem odeszła żona. Nie po zakupy, tylko na zawsze. Róża zgasła błyskawicznie — bezlitosny rak wykryty zbyt późno. Michał został nie tylko z chorymi plecami, ale także z niemym wyrzutem wobec samego siebie: on, półleżący-półchodzący, wciąż żyje. A ona, jego oparcie, jego energia, jego Różyczka — zgasła w trzy miesiące. Opiekował się nią do końca, jak potrafił. Dopóki kaszel nie stał się chrapliwy, a w jej oczach nie pojawił się ten odchodzący blask. Ostatnie co powiedziała, już w szpitalu, ściskając jego dłoń: „Trzymaj się, Michaś…” Nie wytrzymał. Załamał się całkowicie. Kasia dzwoniła, oferowała, by przeprowadził się do niej, do wynajmowanego mieszkania, przekonywała go. Ale po co miałby tam być? W cudzym domu. I nie chciał być ciężarem. Ona też nie planowała wracać. Teraz odwiedzała go już tylko młodsza siostra Róży, Wanda. Raz w tygodniu, punktualnie, przynosiła zupę w pudełku, kaszę albo makaron z kotletem i nową paczkę leków przeciwbólowych. „Jak Michaś?” — pytała, zdejmując płaszcz. On kiwał głową: „Jakoś”. Siedzieli w milczeniu, gdy Wanda ogarniała jego kawalerkę — jakby sprzątanie mogło wprowadzić porządek także w jego życiu. Potem wychodziła, zostawiając za sobą zapach cudzych perfum i ciche, prawie namacalne poczucie spełnionego obowiązku, który odfajkowuje. Był wdzięczny. I nieskończenie samotny. Jego samotność była nie tylko fizyczna — to była cela wybudowana z własnej bezsilności, żałoby i cichej złości na niesprawiedliwy świat. Pewnego wyjątkowo przygnębiającego wieczoru jego wzrok, wędrując po sfatygowanym dywaniku, natknął się na leżący tam klucz od drzwi. Musiał go upuścić, kiedy ostatni raz wracał z trudem z przychodni. Zwykły klucz. Nic szczególnego. Kawałek metalu. Patrzył na niego, jakby pierwszy raz widział coś niezwykłego, a nie tylko klucz. Leżał. Milczał. Czekał. Przypomniał sobie dziadka. Wyraźnie, jakby ktoś zapalił światło w ciemnym pokoju wspomnień. Dziadek, Stanisław, z pustym rękawem wsuniętym za pas, siadał na stołku i potrafił zawiązać sznurowadła jedną ręką i złamaną łyżką. Powoli, skupiony, z cichym triumfalnym mruknięciem, gdy się udało. „Widzisz, Michaś — mówił, a w jego oczach tliło się zwycięstwo rozumu nad losem — narzędzie jest zawsze obok. Czasem wygląda jak grat. Trzeba tylko zobaczyć w gracie sprzymierzeńca”. Wtedy, jako chłopak, Michał myślał, iż to tylko krzepiące bajanie staruszka, bajka na pocieszenie. Dziadek był bohaterem, a bohaterowie, jak wiadomo, mogą wszystko. On, Michał, był zwykłym człowiekiem i jego wojna z krzyżem i samotnością nie zostawiała miejsca na heroiczne sztuczki z kuchennymi przyborami. Teraz, patrząc na klucz, ta scena przyszła nie jako pokrzepiająca przypowieść, ale jako prosty wyrzut. Dziadek nie czekał, aż ktoś mu pomoże. Wziął, co miał: złamaną łyżkę, i pokonał. Nie ból, nie stratę — bezsilność. A co zrobił on, Michał? Tylko czekał, gorzko i biernie, tuż za progiem cudzej łaski. Ta myśl go poruszyła. Teraz ten klucz… Ten kawałek metalu, w którym pobrzmiewały słowa dziadka, stał się nagle milczącym nakazem. Wstał — najpierw z charakterystycznym jękiem, którego było mu wstyd choćby przy pustym pokoju. Zrobił dwa szurające kroki, wyciągnął się. Stawy chrupnęły jak potłuczone szkło. Podniósł klucz. Potem spróbował się wyprostować — i znajomy, biały nóż bólu przebił krzyż na wskroś. Zamarł, zaciskając zęby i czekał, aż fala nieco ustąpi. Ale zamiast się poddać, wrócić na wersalkę, powoli, ostrożnie podszedł do ściany. Nie zastanawiał się, nie analizował; po prostu poddał się tej potrzebie, odwrócił się do ściany plecami. Przyłożył tępą końcówkę klucza do tapety, na poziomie najbardziej dokuczliwego miejsca. I ostrożnie, testując siły, zaczął się na nim opierać całym ciałem. Nie chodziło o „rozmasowanie” czy „rozgrzanie”. To nie był medyczny zabieg. To był akt nacisku. Tępą, głęboką, wręcz brutalną presją bólu na ból, rzeczywistości na rzeczywistość. Znalazł punkt, gdzie ta walka przyniosła nie nowy atak, ale dziwne, stłumione ukojenie — jakby coś w nim puściło, poluzowało się o milimetr. Przesunął klucz nieco wyżej. Potem niżej. Znowu nacisnął. Powtórzył. Każdy ruch był powolny, badawczy, wsłuchany w reakcję ciała. To nie było leczenie. To były negocjacje. A narzędziem tych negocjacji nie był drogi aparat, ale stary klucz od drzwi. To było głupie. Klucz to przecież nie cud. Ale następnego wieczoru, gdy znów dopadł go ból, powtórzył. I jeszcze raz. Znalazł punkty, gdzie nacisk przynosił ulgę, jakby sam, od środka, rozluźniał żelazne szczęki. niedługo zaczął używać framugi, by delikatnie się rozciągać. Szklanka wody na szafce przypomniała — pić. Po prostu pić wodę. Za darmo. Michał przestał czekać z założonymi rękami. Korzystał z tego, co miał: klucza, framugi, podłogi do leciutkich prostych ćwiczeń, własnej determinacji. Zaczął prowadzić zeszyt, nie o dolegliwościach, ale o „małych zwycięstwach klucza”: „Dziś mogłem postać przy kuchence pięć minut dłużej”. Na parapecie postawił trzy puste puszki po konserwach, które miał wyrzucić. Wsypał do nich ziemię z klombu przed blokiem. Do każdej wsadził kilka małych cebulek. To nie było pole uprawne. To były trzy puszki życia, za które teraz odpowiadał. Minął miesiąc. Następna wizyta u lekarza, nowe zdjęcia — lekarz spojrzał zaskoczony. – Coś się zmieniło. Ćwiczył pan? – Tak — odparł Michał. — Wykorzystywałem to, co miałem pod ręką. Nie wspomniał o kluczu. Lekarz by nie zrozumiał. Michał wiedział. Ratunek nie przypłynął statkiem. Leżał na podłodze, podczas gdy on gapił się w ścianę i czekał, aż ktoś inny zapali światło w jego życiu. Pewnej środy, gdy Wanda przyszła z zupą, zamarła w progu. Na parapecie w puszkach pięknie rósł szczypiorek. W mieszkaniu pachniało nie stęchlizną i lekarstwami, tylko czymś innym, obiecującym. — Ty… To co? — zdołała wydusić, patrząc na niego, stojącego pewnie przy oknie. Michał, właśnie podlewający świeże pędy kubkiem, obrócił się. — Ogródek, — powiedział po prostu. I po chwili dodał: — Chcesz do zupy? Swój, świeży. Została tamtego wieczoru dłużej niż zwykle. Pili herbatę, a on — nie narzekając na zdrowie — opowiedział o schodach w bloku, po których codziennie wdrapuje się o jeden stopień wyżej. Ratunek nie przyszedł w postaci cudownego doktora z magicznym lekarstwem. Ukrył się pod postacią klucza, framugi, pustej puszki i zwykłej klatki schodowej. Nie zlikwidował bólu, straty, wieku. Po prostu dał mu do ręki narzędzia — nie do wygrania wielkiej wojny, ale do codziennych, małych bitew. I okazuje się, iż gdy przestajesz czekać na złote schody z nieba i dostrzegasz zwykłe, betonowe pod nogami, można odkryć, iż samo wspinanie się po nich — to już życie. Powoli, z oparciem, krok po kroku. Ale — do góry. A na parapecie, w trzech puszkach, rósł soczysty szczypiorek. I było to najpiękniejsze domowe ogródeczko na świecie.
Odea Park jako pierwsza w Polsce z certyfikatem ZIELONY DOM
UWAGA ROLNICY ! ŚODR Kielce ogłasza nabór na szkolenie z zakresu stosowania środków ochrony roślin