Dusza o Niebieskich Oczach

polregion.pl 3 dni temu

Słoneczne, wysokie lato rozciągało się nad wsią Krynka. Na podwórzu prażyła upał, a Szymon Kowalski szedł od przystanku autobusowego. W ręku trzymał dużą sportową torbę, w której spoczywały skromne rzeczy drugiego roku studiów. Ubrany był w tani dres, za który zapłacił własną ręką, pracując kilka dni przy wyładunku wagonów, by móc kupić nową koszulę i przynieść trochę potrzebnych drobiazgów rodzinie.

Szymon ominął stary wiejski dom kultury i ruszył w stronę domu rodzinnego. Przy bramie podjechała sąsiadka Antonina Iwanowna, starsza pani z siwymi włosami, które powiewały na wietrze. Spojrzała na niego nieruchomo, a on poczuł, jakby ktoś zaglądał mu prosto w duszę.

Dzień dobry, Antonino Iwanowna! przywitał się głośno.

Witaj, Szymonie odezwała się cicho, jak szelest liści w październikowym wietrze. Starsza kobieta śledziła go wzrokiem aż do zakrętu, gdzie czekały stare dębowe drzewa ojca przy domowym podwórzu.

Synu! wykrzyknęła matka, obejmując go mocno. Młodsza siostra, Zosia, podbiegła, a babcia podeszła z uśmiechem. Jak dorosłeś, prawie człowiekiem!

Mamo, wczoraj widzieliśmy się dopiero przed sesją! zaśmiał się Szymon, podnosząc na ręce dziesięcioletnią Zosię. Dziewczynka wydała z siebie okrzyk euforii i rozbawiła wszystkich.

A kiedy to było? spytała matka, uśmiechając się. Wszystko oddałeś?

Tak, już trzeciorocznik! oznajmił dumnie, a w torbie wyciągnął elegancką broszkę, którą podarował rodzinie. Stypendium też podniosło się!

Co za przystojniak! pochwaliła go babcia, gładząc po głowie. Naprawdę wyrosłeś.

Babciu, ale ja już nie jestem mały! zarumienił się Szymon, wpatrując się w materię. A gdzie tata? dopytał, wyciągając kolejne prezenty.

W pracy, skąd innego! odparła matka, przyglądając się pięknej przypinki. Dziękuję, kochanie!

Mamo, patrzcie, jaka ładna! zachwyciła się Zosia przed lustrem, przymierzając nową bluzkę. Wszystkie dziewczyny w klasie będą zazdrościć. Szkoda, iż to już wakacje!

Wszyscy się cieszą! zaświeciła się babcia, owinięta w nowy puchowy szalik.

Matka postawiła na stole jedzenie, a cała rodzina zasiadła do posiłku. Rozmowy przy stole były żywe, śmiechy i nowinki płynęły nieprzerwanie, aż nagle Szymon zamilkł.

Mamo, zwrócił się do Elżbiety Iwanowny dlaczego sąsiadka, pani Tonka, tak na mnie patrzy? Gdziekolwiek pójdę, wychodzi pod bramę i nie odrywa od mnie wzroku. Dziś znowu tak. Nie wiedziała, iż przyjadę, a wyglądało, jakby czekała.

To ci babcia opowie lepiej niż ja, szepnęła matka. Po prostu bardzo cię przypomina twojego ojca, a on przypomina twojego dziadka. Antonina kochała twojego dziadka powiedziała starsza kobieta, patrząc w dal.

Wtedy właśnie budowaliśmy ten dom razem z całą wioską. Poznaliśmy tu sąsiadów: młodą parę Tonkę i Wacława. Pomagaliśmy sobie, przyjaźniliśmy się.

Tonka, lat osiemnaście, wyszła za mąż bardzo młodo. Dorastała bez rodziców; wychowywała ją ciotka Halina, która od dziesiątego roku życia zmuszała ją do pracy w domu: sprzątała, gotowała, zajmowała się dziećmi ciotki, a sama pracowała poza domem. Szkoła była drugorzędna, bo nie stało jej się czasu.

Ciotka była surowa, choć była siostrą matki Tonki, i nie szczędziła jej kar. Pewnego razu, gdy Tonka zdjąła bluzę, na rękach miała stare blizny. Co to? zapytałem. To, odpowiedziała, bo krowę nie zdążyłam złapać, zanim w ogród wpadły chwasty.

Wszystko tak było. Idąc do cmentarza, prosiłam matkę, by mnie przyjęła, bo ciotka powiedziała, iż mnie tam widziała mówiła. Próbowała mnie pobić, a ja dwa dni nie mogłam wstać.

Ciotka była zła, bo siostra jej, matka Antoniny, porwała tego młodego chłopaka, poślubiła go i został ojcem jej siostrzenicy. Później zmarł, a matka dziewczynki nie mogła żyć bez ukochanego, zapadła w smutku i już nie wstała. Taką tronę Tonka została sierotą.

Ciotka poślubiła się bez miłości, a dom rodzinny sprzedała, zostawiając Antoninę bez posagu. Później oddała Tonkę za mąż za Wacława, starszego o dziesięć lat, mającego pieniądze. Dom był dobry, Antonina wciąż mieszkała w nim, prowadząc gospodarstwo i ziemię. Nikt nie pytał już o marzenia dziewczyny.

Ciotka powiedziała Tonce, iż lepiej wie, z kim się ożenić. Co więc mogła zrobić osiemnastolatka bez rodziny? Wyszła za mąż.

Antonina była dobrą gospodynią: od ciotki nauczyła się wszystkiego, ale nie kochała męża. On też nie darzył jej szczególnymi uczuciami, cieszył się jedynie, iż ma młodą i sprytną żonę.

Szymonie, nie patrz na to, iż Antonina jest mała i chuda, iż zmarszczyła się i poszarzała mówiła babcia. W młodości była piękną kobietą, szczupłą, o niebieskich oczach i kasztanowych włosach splecionych w grubą warkocz sięgający bioder. Każdy, kto ją zobaczył, nie mógł przejść obok. Mąż był z niej bardzo dumny, choć sam Tonkę krzywdził.

Często widziałam na jej twarzy siniaki. To Wacław? pytałam. Milczyła, a w niebieskich oczach płynęły niewypowiedziane łzy Taką była: dziewczynka, a życie jej nie oszczędzało.

Urodziłam ojca twojego, małego Piotrka, a Tonka nie mogła zajść w ciążę. Wacław wtedy szczególnie się denerwował, kłócił się z żoną, bił ją godzinami i krzyczał w całej wsi, iż nie może mieć syna. Antonina bardzo złościła się na męża, ale nie płakała, nie narzekała od dziecka przyzwyczaiła się, iż nikt jej nie pomoże. Czułam dla niej żal, ale co można zrobić?

Czasem przychodzili wieczorem, rozmawialiśmy, śpiewaliśmy. Tonka miała głos, który podnosił włoski. Ja kiedyś też nieźle śpiewałam, choć nie mogłam się równać. Dziadek Kolumna, twój ojciec, też pięknie śpiewał w kościelnym chórze dzieciństwa.

Śpiewali razem, jakby latami ćwiczyli. Ich głosy splatały się, dźwięk po dźwięku, a ja nie słyszałam Wacława, który jedynie gadał o krowach dających mniej mleka i o lepszej pszenicy. On siedział przy stole, łaknąc, by miskę nie pustą zostawić. Zjadał wszystko, rozgryzając i mlaskając.

Tonka patrzyła na niego i połykała łzy, a on nic nie widział. Gdy spojrzał na twojego dziadka, odwrócił wzrok, a ja krzyknęłam: Kolumnie, spójrz na Tonkę, ona nie odwraca oczu od ciebie! On odpowiedział: Nie, bo chciałbym ją rozdzierać, a ona już tak cierpi. Kocham cię.

Nie bez powodu Kolumna poszedł na front, gdy Petkowi dopiero rok. Pożegnaliśmy go z całą wioską na dworcu. Stałam na peronie, patrząc w oczy jego, pełne tęsknoty i miłości, które nie dało się wypowiedzieć. Jego brązowe oczy i ciemne włosy były piękne jak wiersz. Kiedy się żegnaliśmy, jego oczy zamieniły się w czarne otchłanie od bólu i oczekiwania rozstania.

Biegłam za pociągiem, a inne kobiety matki, żony, kochanki biegły ze mną, dopóki nie zniknął z pola widzenia. Wokół krzyczała Galia, ocierając łzy, a Wacław nie szedł na front, ale udał się do szpitala, podając zaświadczenie, iż nie może walczyć.

Kolumna przed wyjazdem posadził w podwórzu dwa dęby: drzewo, dom zbudowany, syn narodzony. Wrócę, powiedział, przyjadę z żoną i Piotrem! i obiecał, iż przyjdzie, jak tylko rozstanie minie. Czekałam, choć terminy minęły, wierząc, iż wróci.

Tonka poszła ze mną żegnać Kolumnę. Stała przy torach, a w jej oczach bolał niewyrażony smutek, nie płakała, bo nie chciała, by ktoś widział, jak bardzo ją to rani. Po drodze do domu szłaśmy w milczeniu, każda zamyślona. Gdy podjeżdżałyśmy pod wioskę, Tonka upadła na kolana.

Przepraszam, sąsiadko, ale kocham twojego męża. Nie mogę żyć bez niego! wyznała, łzy spływając po policzkach.

A co z Wacławem? zapytałam, choć wiedziałam, iż to jak lato i zima.

Wacław jest mężem. Nie ujdzie się od niego. Nie mogę go zobaczyć, a kiedy przychodzi z czułością, ledwo wytrzymuję. Przebacz mi, Galu, jeżeli możesz.

Przebaczyć? Serce nie podąża taką drogą! odparłam.

Nie patrzyłam na Nikolę, choćby raz! Wiem, iż kocha cię, iż syn jest jego życiem. Chcę tylko wiedzieć, iż jest szczęśliwy. Dlaczego moje życie jest takie bezdomne?!

Płakałyśmy razem, siedząc na trawie, wyjąc jak matki. Poczucie ulgi przychodziło powoli, jakby obie znalazły spokój. Potem czekałyśmy na listy. Bitwy omijały nas, a my pracowaliśmy w kolchozie: sialiśmy, kosiliśmy, zbieraliśmy plony.

Kiedy miał przyjść list od Kolumny, Tonka uciekała z pracy i podchodziła do pocztarki starej pani Violetty, która co dzień rozwoziła pocztę po wiosce. Daj mi list od Kolumny, choćby na chwilę! prosiła z łzami w oczach. Nie ma go! odrzucała pocztarka. Wiem, iż jest! Daj mi go, choćby go dotknąć! wściekła Tonka. Nie tobie! grzmiała Violetta, kobiecie, Gali. Nie mam prawa dawać cudzym listów! Tonka upierała się, iż potrzebuje zobaczyć korespondencję, by poczuć znajomy pismo. W końcu Violetta poddała się, mówiąc: Weź, ale nie rozmazuj łzami! i podała list.

Tonio przytuliła go do serca, trzymając go, aż Violetta wróciła. Po chwili zapytała Szymona:

Skąd wiesz o tym wszystkim? Czy to poczta ci mówiła?

Nie. Czułam, iż list ma przyjść. I widziałam Violettę przy drzwiach. odpowiedziałem.

W smutku nie ma miejsca na złość, jedynie na wspólne cierpienie rzekła Antonina, patrząc na mnie.

Wacław stał się policjantem, patrolował podwórka i łapał ludzi. Tonka rzadko wychodziła z podwórka, wstydząc się. Wieczorami przychodziła i siedziała przy mnie, patrząc w pustą przestrzeń, a ja słuchałam jej płaczu. Listy były jedynym jej oddechem. Czy mogłam ją uratować? Czy miałam moralny przywilej? Tyle pytań, a brak odpowiedzi

Po długiej przerwie przestały przychodzić listy. Czekałam, ale już nie wierzyłam w ich sens. Każdego ranka budziłam się z nadzieją, iż coś przyjdzie. Petek wypowiadał pierwsze słowa: Tato kocha! a ja podawałam mu listy od ojca, mówiąc: Tata niedługo przyjdzie. I tak czekaliśmy, jak wszyscy wtedy.

Wacław zniknął, jakby wtopił się w ziemię, a Tonka została sama przy bramie, patrząc na drogę. Tonko próbowałam rozluźnić atmosferę co widzisz? spytała. Nic nie widzę, Tonko odpowiedziałam. Nie widzę już nic! rzuciła się w łzy.

Pewnego letniego popołudnia, gdy upał nie dawał nam odetchnąć, usiadła pod jabłonią i powiedziała: Usiądź, Galu, mówiła spokojnie, jakby wiedziała, co przyjdzie. Nie mam czasu, muszę kopać marchew, dopóki gleba nie wyschnie po deszczu. Odpowiedziałam.

Nie będziesz tego dziś kopać, ani jutro, westchnęła. I wstała, żeby usiąść na ławce. Przepraszam dodała. Wtedy weszła Violetta, nie jak zwykle, ale z ciężką torbą, jakby dźwigała kilogramy smutku. To dla ciebie rzekła, podając pogrzebowy kopertowy list.

Pierwsze słowa przeczytałam w szoku: Twój mąż boMimo iż serce pękało, wiedziałam, iż jego duch będzie przy nas na zawsze.

Idź do oryginalnego materiału