Chcę latem pojechać nad morze do rodziny mojego męża, ale mama jest przeciwna, bo potrzebuje mojej pomocy w ogrodzie.

3 dni temu

Mama już się na mnie obraziła, kiedy dowiedziała się, iż rodzina mojego męża zaprosiła nas na wakacje nad morze. Mieszkają niedaleko Bałtyku i chętnie przyjęliby mnie oraz moją córkę na całe lato. Oczywiście, chcę tam pojechać lekarz zalecił, żeby zabrać dziecko nad morze, by rzadziej chorowało w ciągu roku.

Ale mama płacze, iż to dla niej nie do przyjęcia, bo latem jest mnóstwo pracy w ogrodzie i sama sobie nie poradzi. Bardzo liczy na moją pomoc. Zarzuca mi, iż w zeszłym roku za mało jej pomagałam. To prawda wtedy moja Pola miała zaledwie kilka miesięcy i nie miałam głowy do mamy działki.

Już w liceum miałam dość maminych upraw. Wszyscy mieli wakacje i wolne popołudnia, a ja prawie codziennie chodziłam na działkę z listą zadań pielenie, podlewanie i kolejne obowiązki. Rodzice pracowali i bywali tam tylko w weekendy. Ja miałam wolne, więc ich zdaniem mogłam się tym zająć.

Podczas gdy inne dzieci spacerowały, pływały w jeziorze albo bawiły się na świeżym powietrzu, ja walczyłam z chwastami, żeby mama, przeglądając swoje ukochane sadzonki, mogła przez cały weekend mówić mi, iż wszystko robię źle.

Na studiach chciałam dorobić sobie w wakacje, na co oczywiście znowu słyszałam pretensje.

Kiedy wyszłam za mąż, mama próbowała wciągnąć mojego męża w swoje ogrodowe sprawy, ale po kilku wizytach zrozumiał, iż tej pracy się nie kończy i żadnego sensu w tym nie widział. Kategorycznie odmówił stwierdził, iż łatwiej i taniej jest kupić wszystko w sklepie niż co weekend spędzać czas na działce mamy.

Ja też rzadko tam bywałam, choć mama potrafiła mi o tym przypominać choćby z odległości kilometra. Potem zaszłam w ciążę i kłopot się rozwiązał sam. W upały nie mogłam tam być, bo bardzo źle je znosiłam.

Po urodzeniu Poli też odpuściłam cały sezon ogrodowy, chociaż mama delikatnie sugerowała, iż może dałoby się to jakoś pogodzić. Ale choćby ona zobaczyła, iż z takim małym dzieckiem nic dobrego z pracy w ogrodzie by nie wyszło. Za to już planowała przyszły rok.

Według mamy do tego czasu dziecko podrośnie, będzie można się zmieniać w opiece a ja zacznę znowu swoją przygodę z grządkami.

A dla dziecka to będzie świetne. W mieście wszędzie zanieczyszczenia, zielenina cała w kurzu, a tu na wsi taki piękny klimat świeże powietrze, słońce, kupimy malutki basen, rozłożymy parasol i Pola będzie się chlapać, marzyła mama.

Te wizje wcale mnie nie rozgrzewały, ale nie wyrażałam tego głośno, żeby nie pogarszać sytuacji. Miałam swoje własne plany.

Podczas świąt Bożego Narodzenia odwiedziła teściową jej siostra ciocia i chrzestna mojego męża, którą traktuje jak drugą matkę. Ona oraz jej mąż mieszkają nad morzem, mają własny dom. Ich dorosły syn wyjechał za granicę za pracą, więc zostali tylko we dwoje.

Zaprosili nas na całe wakacje i nie chcą żadnych pieniędzy. Mówili, iż będą szczęśliwi, jeżeli przyjedziemy do nich.

Początkowo myślałam, iż to z grzeczności, ale potem ciocia kilkakrotnie dzwoniła do męża i przypominała, iż na nas czekają. Mój mąż nie może być z nami całe wakacje, ale wziąć tydzień wolnego na początku, żeby nas zawieźć, i jeszcze tydzień na jesieni, by nas odebrać to już jest w stanie.

Bardzo chcieliśmy wyjechać nad morze, a dodatkowo lekarz polecił wyjazd na poprawę zdrowia Poli. Dlatego się zgodziłam. Ale mama… Znowu wszystko zepsuła.

Nagle słońce stało się niebezpieczne, zaczęła się zadręczać, u kogo to ja jadę, przecież ogród jest idealny na poprawę zdrowia dziecka, po co nad morze… Przypomniała sobie, iż w zeszłym sezonie sama tam wszystkiego dopilnowała. A moja stanowczość, żeby jechać, jeszcze bardziej ją denerwuje.

Bo, szczerze, kto o zdrowych zmysłach, mając wybór między działką a morzem, wybierze grządkę? Zwłaszcza gdy niczego nam z niej nie potrzeba. My kupujemy wszystko w sklepie, a słoiki i powidła mamy jeszcze w piwnicy hurtem nie jemy ich, nie jesteśmy ich fanami…

Idź do oryginalnego materiału