Rośliny

Zielona inwestycja na Krowodrzy: rusza projektowanie ogrodu deszczowego przy ZSP nr 4 na ul. Urzędniczej
Miasto rozdaje 5000 złotych za zbieranie deszczu. Tylko 25 dni na złożenie wniosku, a pieniądze już się kończą
Czy raciborski Ogród Malucha w końcu powstanie? Ratusz podjął próbę
Awaria sieci wodociągowej na drodze krajowej DK-57 przy ul. Ogrodowej - KOMUNIKAT ZGKiM
TOMEK ROŻEK OBALA MIT TRÓJKĄTA BERMUDZKIEGO I NAUKOWE ZERO
Sansewieria może zakwitnąć. Musisz jednak zadbać o to
Gmina pozyskała 300 tysięcy złotych na nowy plac zabaw
Kolejne kamienice do remontu
Formę na lato robi się zimą…
Zamiast rosnąć gnije? Aloes nie wybacza błędu z wodą. Jak go podlewać?
Regenerujący napój dla skrzydłokwiatu. Podlej go i patrz jak obsypuje się morzem nowych liści
Mówią na nią „naturalny Ozempic”. Naukowcy zwracają uwagę na jedno
O ptakach, które zimą przylatują do Polski
Zimowe perkozki
Pierwszy prywatny park w Krakowie. "Odbicie od płotu było szokujące"
Z pozoru śpią, ale pąki już się formują. jeżeli je stracisz w lutym, wiosna będzie pusta
Włóż do wazonu i postaw w pokoju. Po kilku godzinach dom będzie pachnieć obłędnie
Zbliża się najlepszy moment na wysiew papryki. Nie prześpij tego terminu
WYBIERAJ: ALBO TWÓJ PIES, ALBO JA! MAM DOŚĆ TEJ PSIEJ WONI! — OŚWIADCZYŁ MĄŻ. ONA WYBRAŁA MĘŻA, ODWIÓZŁA PSA DO LASU… A WIECZOREM USŁYSZAŁA, ŻE ODCHODZI DO INNEJ Renata kochała swojego męża, Marka, do szaleństwa. Mieszkali razem pięć lat, dzieci jeszcze nie mieli, za to był Max — stary owczarek niemiecki, którego Renata przygarnęła jeszcze jako szczeniaka, na długo przed poznaniem Marka. Max był członkiem rodziny. Inteligentny, wierny, rozumiał wszystko bez słów. Ale lata robiły swoje: zaczęły go boleć łapy, źle pachniał, a sierść wypadała mu garściami. Marek długo znosił tę sytuację. Ale kiedy Max nie wytrzymał do spaceru i zostawił kałużę na nowym panelu w korytarzu, jego cierpliwość się skończyła. — Koniec! Dość tego! — wrzasnął Marek, wsadzając pysk starego psa w kałużę. — Żyję w psiarni! Smród, sierść w jedzeniu, a teraz jeszcze to! Renata, zdecyduj się: ja, czy ten wrak! — Marek, co ja z nim zrobię? On ma dwanaście lat… — zapłakała Renata, przytulając winnego psa. — Do schroniska! Do lasu! Uśpij go! Mam to gdzieś! — odciął się mąż. — o ile go tu wieczorem nie będzie — ja odchodzę. Chcę mieszkać w czystości, a nie sprzątać po twoim zawszonym „synku”! Renata była słaba. Panicznym lękiem napawała ją samotność. Bała się stracić Marka, który utrzymywał ich dom, z którym mieli plany na wakacje, na kredyt… Wybrała męża. Wywiozła Maxa za miasto. Pies ledwo wskoczył do auta, skomląc z bólu w stawach, ale polizał jej rękę. Myślał, iż jadą na spacer. Renata płakała całą drogę. Zostawiła go w lesie, dwadzieścia kilometrów od miasta. Przywiązała do drzewa, żeby nie pobiegł za samochodem. — Przepraszam cię, Max… Przepraszam… — szeptała, nie mogąc patrzeć w jego wierne, starsze oczy. Max nie wyrywał się. Po prostu usiadł i patrzył na nią. Wszystko zrozumiał. Renata zostawiła mu miskę z karmą, wsiadła do samochodu i odjechała. W lusterku widziała, jak pies rzuca się za nią mimo bólu, napina smycz i szczeka. Chrapliwie, rozpaczliwie. Ten szczek dźwięczał w jej uszach całą drogę do domu. Wróciła rozbita. Oczy miała spuchnięte od płaczu. Marek był w domu. Pakował rzeczy. — Co robisz? — nie rozumiała. — Już po wszystkim. Maxa nie ma. Odwiozłam go… Marek spojrzał na nią z zimnym uśmiechem. — Super. gwałtownie poszło. Ale wiesz… i tak odchodzę. — Jak to? Dokąd?! — Do Magdy. Znasz ją z księgowości. Spotykamy się już pół roku. Jest w ciąży. Renata osunęła się na krzesło. Świat się zatrząsł. — Ale… przecież postawiłeś warunek… Pies albo ty… Po co?! — Sprawdzałem — cynicznie stwierdził Marek. — Chciałem zobaczyć, czy masz charakter. Zdradziłaś przyjaciela dla moich spodni. Wiesz, bałbym się z tobą żyć. jeżeli psa, który cię kochał przez dziesięć lat, wywiozłaś do lasu, to mnie — gdy zachoruję — pewnie wyrzucisz na śmietnik. Zamknął walizkę. — Żegnaj, Renata. I wiesz co… Max był jedynym facetem w tym domu. Ty jesteś zwyczajną zdrajczynią. Gdy drzwi za nim trzasnęły, Renata zawyła. Zrozumiała, co zrobiła. Dla człowieka, który jej nie kochał, zabiła duszę kogoś, kto ją uwielbiał. Chwyciła kluczyki i pojechała z powrotem do lasu. Była noc. Padał deszcz. Dojechała pod drzewo. Smycz była przegryziona. Miska przewrócona. Maxa nie było. — Max! Max! Chłopczyku mój! — krzyczała, biegając po mokrym lesie, drąc twarz o gałęzie. Szukała go trzy dni. Wieszała ogłoszenia, pisała do wolontariuszy. Nie spała, nie jadła. Czwartego dnia zadzwonił telefon. — Szuka pani owczarka? Podobnego znaleziono przy trasie. Potrąciła go ciężarówka. Renata pojechała na identyfikację. To był Max. Przegryzł smycz, pobiegł jej szukać. Biegł do domu. Na bolących łapach, przez ból i strach. Biegł do tej, która go zdradziła. I zginął na poboczu, nie doczekawszy się. Renata pochowała Maxa. Minęły dwa lata. Mieszka sama. Nie wyszła ponownie za mąż — nie potrafi zaufać ludziom, ani sobie samej. Marek jest szczęśliwy z nową żoną i dzieckiem. Zapomniał o Renacie jak o złym śnie. Dla niego to była tylko „próba”, wygodny powód do odejścia i zrzucenia winy na żonę. A Renata… Renata pracuje jako wolontariuszka w schronisku dla starych psów. Sprząta im boksy, zbiera odchody, opatruje rany. Próbuje odkupić swoją winę. Co noc śni jej się ten sam sen: stoi przy drzewie, a Max patrzy na nią. Woła go, a on nie podchodzi. Tylko patrzy. Bez złości. Z nieskończoną psią tęsknotą. I w tym spojrzeniu — jej wyrok. Morał: Zdrada nie zostaje wybaczona. Nigdy nie poświęcaj wiernych przyjaciół dla tych, którzy stawiają ci ultimatum. Ten, kto naprawdę kocha — nie zmusza do wyboru. jeżeli zmusza — już cię zdradził, a ty tylko przedłużasz nieunikniony koniec, popełniając tragiczną pomyłkę.
A jeszcze mamy tu swoje sprawy do załatwienia… Babcia Walentyna z trudem otworzyła furtkę, powoli doczłapała do drzwi, długo mocowała się z zardzewiałym zamkiem, weszła do swojego dawno nieogrzewanego domku i usiadła na taborecie przy zimnym piecu kaflowym. W chacie pachniało pustką. Nie było jej tylko trzy miesiące, ale pajęczyny już oplatały sufit, stary stołek żałośnie skrzypiał, wiatr huczał w kominie — dom przywitał ją z wyrzutem: gdzie byłaś, gospodyni, na kogo zostawiłaś?! Jak my tu przezimujemy?! – Już, już, mój kochany, poczekaj chwilkę, odpocznę… Napalę w piecu, ogrzejemy się… Jeszcze rok temu babcia Walentyna krzątała się sprawnie po starym domu: to wybielić, to podmalować, to wody przynieść. Jej drobna sylwetka raz kłaniała się przed ikonami, raz gospodarzyła przy piecu, innym razem fruwała po ogrodzie – zdążyła posadzić, wypielić, podlać wszystko na czas. I dom cieszył się z gospodynią – pod jej lekkim krokiem deski aż wesoło skrzypiały, drzwi i okna otwierały się od pierwszego muśnięcia drobnych, spracowanych dłoni, a piec piekł pulchne drożdżówki z oddaniem. Dobrze im razem było: Walentynie i jej starej chałupie. Wcześnie pochowała męża. Wychowała troje dzieci, wszystkim dała wykształcenie i wyprawiła w świat. Jeden syn – kapitan żeglugi dalekomorskiej, drugi – wojskowy, pułkownik, obaj mieszkają daleko, rzadko odwiedzają matkę. Tylko najmłodsza córka, Tamara, została we wsi jako główny agronom – od rana do wieczora pracuje, do matki wpadnie tylko w niedzielę, przyniesie ciasto i znów tydzień się nie widzą. Pociechą – wnuczka Świetusia. Można powiedzieć, u babci wyrosła. A jaka wyrosła! Prawdziwa piękność: wielkie szare oczy, włosy jak dojrzały owies – długie, kręcone, błyszczące, promieniujące aż blaskiem. Zrobi sobie koński ogon, kosmyki spadają na ramiona – chłopakom we wsi aż mowę odbierało. Figurę miała smukłą, wyprostowaną – skąd u dziewczyny ze wsi taka postura, taka uroda? Babcia Walentyna też była za młodu śliczna, ale jak porównać stare zdjęcie i Świetusię – to jak pasterka i królowa… I jeszcze mądra! Ukończyła Akademię Rolniczą w Krakowie, wróciła do rodzinnej wsi pracować jako ekonomistka. Wyszła za mąż za młodego weterynarza, a dzięki programowi dla młodych rodzin dostali nowy dom. A dom to był! Murowany, porządny, solidny – na owe czasy willa, nie chałupa. Tylko: wokół babcinej izby ogród – wszystko rośnie, wszystko kwitnie. A przy nowym domu wnuczki jeszcze nic nie zdążyło urosnąć – tylko trzy badyle. I do ogrodnictwa, prawdę mówiąc, Świetusia nie miała zapału. Choć ze wsi, dziewczyna była delikatna, babcia chroniła ją od przeciągów i cięższej pracy. Jeszcze syn im się urodził, Wacuś. Wtedy już zupełnie czasu w ogród zabrakło. I zaczęła Świetusia babcię do siebie zapraszać: chodź do mnie mieszkać, dom duży, wygodny, pieca palić nie trzeba. Babcia zaczęła chorować, stuknęło jej osiemdziesiąt lat i – jakby choroba czekała na okrągłą rocznicę – nogi kiedyś lekkie, teraz ledwo się ruszały. Dała się babcia namówić. Pobawiła u wnuczki kilka miesięcy. Aż usłyszała: – Babciu kochana, wiesz jak cię kocham! Ale co ty tak tylko siedzisz? Ty przecież całe życie harowałaś, energii ci nie brakowało, a tu taka osiadła… Ja gospodarstwo chcę rozwinąć, pomocy od ciebie oczekuję… – Córeczko, nie mogę już, nogi mnie nie niosą… Stara już jestem… – Hm… Jak tylko do nas przyjechałaś – od razu się postarzałaś… gwałtownie więc babcia, nie spełniwszy oczekiwań, została odesłana do siebie, do starego domu. Z żalu, iż nie podołała i nie pomogła ukochanej wnuczce, babcia Walentyna ostatecznie opadła z sił. Nogi ledwo powłóczyły po podłodze, dojście do stołu stało się wyczynem a do ukochanego kościółka – zupełnie niemożliwe. Wtedy to sam ksiądz proboszcz, ojciec Borys, przyszedł do swej parafianki, niegdyś pełnej energii, wiecznej pomocnicy w potrzeby starego wiejskiego kościółka. Rozejrzał się uważnie. Babcia Walentyna siedziała przy stole, wypełniała ważne zajęcie – pisała jak zwykle swe comiesięczne listy do synów. W chacie chłodno, piec ledwo ciepły. Na niej ciepła, ale znoszona bluza, brudnawy chusteczka – ona, pedantka i czyścioszka! Na nogach powycierane walonki. Ojciec Borys westchnął – babci trzeba pomocy. Kogo by tu prosić? Może Ankę? Mieszka niedaleko, jeszcze silna, dwadzieścia lat młodsza od Walentyny. Wyjął bochenek chleba, pierniki i pół dużej, jeszcze ciepłej ryby w cieście (od matki Aleksandry). Zakasał rękawy, wygarnął popiół z pieca, w trzech turach przyniósł naręcza drewna i ułożył w kącie. Napalił w piecu, przyniósł wody, postawił na piecu duży okopcony czajnik. – Synku kochany! Oj, to znaczy, księże drogi! Pomóż mi zaadresować koperty. Bo ja jak swoją kurzą łapką nabazgrolę – to przecież pewnie nie dojdzie! Ojciec Borys siadł, wypisał adresy, rzucił okiem na listy. Od razu w oczy rzuciło mu się jedno zdanie, napisane dużymi, drżącymi literami: „A żyje mi się bardzo dobrze, kochany synku. Mam wszystko, dzięki Bogu!” Tyle iż te listy o dobrym życiu babci Walentyny pełne były kleksów – a te kleksy, zdaje się, słone były… Anna wzięła pod opiekę staruszkę, ksiądz Borys starał się ją regularnie odwiedzać z sakramentami, a w większe święta mąż Anny, wujek Piotr, stary marynarz, zabierał babcię motorem na mszę. Powoli życie wracało do normy. Wnuczka nie pokazywała się, aż po kilku latach ciężko zachorowała. Od dawna narzekała na żołądek, zganiała wszystko na wrzody. Tymczasem okazało się, iż to rak płuc… Nikt nie wie, skąd taka choroba u Świetusi, ale zgasła w pół roku. Jej mąż zamieszkał praktycznie na cmentarzu: kupował wódkę, pił, spał na grobie Świetusi, rano szedł po następną butelkę. Czteroletni Wacuś stał się nikomu niepotrzebny – brudny, głodny, zapłakany. Zabrała go do siebie Tamara, ale z powodu ciężkiej pracy nie miała dla niego czasu, więc chłopca zaczęto przygotowywać do umieszczenia w domu dziecka. Dom dziecka uchodził za dobry: energiczny dyrektor, dobre wyżywienie, na weekend można było zabierać dzieci do domu. To jednak nie było rodzinne wychowanie, ale Tamara nie miała innego wyjścia – do emerytury jeszcze długa droga. Wtedy babcia Walentyna w koszu starego „WSK” przyjechała do córki. Za kierownicą siedział sąsiad wujek Piotr – gruby, w pasiaku, z tatuażami kotwic i syrenek na obu ramionach. Wyglądali groźnie. Babcia Walentyna powiedziała krótko: – Biorę Wacusia do siebie. – Mamo, ledwo chodzisz! Jak sobie z nim poradzisz? Trzeba ugotować, wyprać… – Póki żyję, Wacusia nie dam do domu dziecka – ucięła. Zaskoczona twardością zwykle łagodnej matki Tamara zamilkła i zaczęła pakować rzeczy wnuka. Wujek Piotr zawiózł staruszkę i chłopca do domu, wypakował, prawie wniósł oboje do chaty. Sąsiedzi kręcili głowami: – Dobra była ta babcia, kochana, ale na starość to już postradała rozum – sama wymaga opieki, a jeszcze dziecko przygarnia… Przecież to nie szczeniak! Trzeba się opiekować… I gdzie Tamara miała oczy?! Po niedzielnej mszy ojciec Borys poszedł do babci Walentyny z niepokojem: czy nie trzeba będzie odebrać wygłodzonego i zaniedbanego Wacusia starej i schorowanej kobiecie? W izbie było ciepło, piec napalone porządnie. Wacuś czysty, uśmiechnięty, słuchał ze starego gramofonu bajki o Czerwonym Kapturku. A schorowana staruszka krzątała się w kuchni: smarowała blaszkę, wyrabiała ciasto, wbijała jajka do twarogu. Jej stare, schorowane nogi poruszały się żwawo – jak dawniej. – Księże drogi! Ja tu właśnie… serniczki piekę… Zaczekaj chwilę – dla księdza i pani Aleksandry będzie gorący poczęstunek… Ojciec Borys wrócił do domu oszołomiony i opowiedział żonie, co zobaczył. Matka Aleksandra zamyśliła się na chwilę, sięgnęła po grubą niebieską księgę, przekartkowała i przeczytała odpowiedni fragment: „Stara Egorowna dożyła już swojego. Wszystko przeminęło, wszystkie marzenia, uczucia, nadzieje – wszystko śpi pod białym śniegiem. Pora tam, gdzie nie ma już choroby, ni smutku, ni westchnienia… Pewnego śnieżnego, lutowego wieczoru Egorowna długo modliła się przy ikonach, potem położyła się i rzekła: ‘Wołajcie księdza – będę umierać’. Twarz jej zrobiła się biała jak śnieg za oknem. Domownicy wezwali księdza, Egorowna wyspowiadała się, przyjęła Komunię i już całą dobę leżała bez jedzenia i picia. Tylko lekkie tchnienie zdradzało, iż dusza jeszcze nie uleciała z postarzałego ciała. I wtedy otworzyły się drzwi, powiał mróz i rozległ się krzyk niemowlaka. – Ciszej, babcia tu umiera. – Niemowlakowi buzi nie zatkam, dopiero się urodził, nie rozumie, iż nie wolno płakać… Wróciła z porodówki wnuczka starej Egorownej, Nastka, z małą córeczką. Rano wszyscy wyszli do pracy, zostawiając babcię i młodą mamę same. Nastka jeszcze nie miała pokarmu, nie umiała się córce przystawić i noworodek wrzeszczał, przeszkadzając Egorownej w umieraniu. Kobieta podniosła głowę, nieobecny wzrok odzyskał jasność. Usiadła z trudnością, spuściła bose stopy na podłogę i zaczęła szukać kapci. Gdy domownicy wrócili, całe popołudnie odwoływali się z pracy ‘z powodu babci co może już zeszła…’, zastali Egorownę nie dość, iż żywą, to jeszcze w lepszej formie niż zwykle. Zmieniła zdanie i chodziła po pokoju wte i wewte, kołysząc zadowoloną, wreszcie najedzoną wnuczkę, podczas gdy zmęczona matka ułożyła się na kanapie na odpoczynek”. Aleksandra zamknęła pamiętnik i uśmiechnęła się do męża: – Moja prababcia, Wiera Egorowna, tak mnie pokochała, iż po prostu nie pozwoliła sobie umrzeć. Powiedziała: „A pomierać nam jeszcze nie przyszło – jest w domu robota!” Potem przeżyła jeszcze dziesięć lat, pomagając mojej mamie, czyli twojej teściowej, wychować mnie – swoją ukochaną prawnuczkę. I ojciec Borys uśmiechnął się do żony.
Sezon Zaufania: Jak Budować i Wzmacniać Relacje w Polskiej Rzeczywistości
Domowa uprawa imbiru w doniczkach. Wyhoduj go na parapecie. To łatwiejsze, niż myślisz
Są bardzo agresywne. To toksyczne piękności
Chcesz mojego męża? Twoja kolej!” – powiedziała żona z uśmiechem do nieznajomej, która pojawiła się w jej drzwiach.
Cicha pułapka na Twojej posesji. Jeden ruch bramy może kosztować fortunę
Zrób to, a grudnik znów zakwitnie. Wiosną będzie królem parapetu
Gdy warkot silnika Mercedesa zniknął między drzewami, cisza spadła na mnie jak ciężki koc
Twoja brama może stać się nielegalna. Rewolucja w prawie budowlanym uderzy w właścicieli posesji
Co zrobić z choinką po świętach?
Piotrków i samochodoza: przepisy łamane, zieleń niszczona, powietrze zanieczyszczone
Nowości na Wawelu
Tylko 1 łyżka dodana do podlewania sprawi, iż anturium obsypie się kwiatami choćby zimą
Wsyp do doniczki i wymieszaj z ziemią. Zamiokulkas gwałtownie wypuści dużo nowych liści, choćby zimą
Odkrycie, które zmieniło całe życie: Historia Michała – niepokornego chłopaka z polskiej wsi, który po latach beztroski odnalazł spokój, dom zbudowany własnymi rękami i miłość sąsiadki Julii, dawnej koleżanki z podwórka, nauczycielki w wiejskiej szkole – opowieść o dojrzewaniu, pracy, rodzinie i cichej nadziei, która w końcu rozkwitła szczęściem pod jesiennymi chmurami.
Jak będzie wyglądać druga część Parku Pokoju w Oświęcimiu?
Pięciu mężczyzn zapytanych, kiedy się oświadczyć. Odpowiedzi zaskakują!
Kupujesz rośliny przez internet? Ten szczegół może cię słono kosztować. Wciąż mało kto o tym wie
Czy można wyciąć drzewo na swojej działce bez zezwolenia 2026? Decyduje obwód pnia
Zdewastowane ogrodzenie ambasady Turcji
Obcy Dom na Wsi
Zamiast wyrzucać, postaw na parapecie. Rośliny będą rosnąć w tym lepiej niż w donicach
​W lutym poczęstuj tym anturium. Wybuchnie nowymi kwiatami
Diagnostyka i leczenie online
Akt wandalizmu w Warszawie. Zdewastowano ambasadę Turcji
Choroba a formalności – jak załatwić je online
Cięcie drzew owocowych - kiedy przycinać drzewa owocowe zimą? Jak przycinać drzewa owocowe?
Ten trik budzi uśpione nasiona. Wschodzą 3 razy szybciej
Tata i jego działka To, iż tata sprzedał ich wspólną działkę, Olga dowiedziała się zupełnie niespodziewanie i całkiem przypadkiem. Podczas telefonicznej rozmowy, gdy z miejskiego telefonu dzwoniła do mamy do innego miasta. Takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach — kiedy przez pomyłkę stajesz się trzecim, niemym uczestnikiem czyjejś rozmowy, tylko słyszysz, jak rozmawiają inni. Jakaś telefonistka połączyła przez przypadek trzy osoby. Dwa miasta, dwie osoby, które przez kilka opłaconych minut dzielą się najważniejszą nowiną: działki już nie ma, sprzedana z zyskiem, teraz można… zdziałać wiele, choćby Olce trochę podarować! Mamy Olgi i jej ciotki Irki głosy były tak znajome, choć dzieliło je sto dwadzieścia kilometrów i linie telefoniczne przesyłające głos jako impulsy elektryczne. Fizyka zawsze była dla Olgi trudna — tata ją zawsze do nauki zmuszał. *** – Tato, czemu we wrześniu słońce jest takie inne? – Jakie, Olciu? – Sama nie wiem… trudno to wytłumaczyć, światło jest jakieś inne, bardziej miękkie, chyba. Niby świeci, ale nie tak jak w sierpniu. – Ucz się fizyki, we wrześniu układ ciał niebieskich jest zupełnie inny! Łap jabłko! – Tata się roześmiał i rzucił Olce ogromne, lekko spłaszczone, pachnące miodem czerwone jabłko. – Papierówka? – Nie, jeszcze niedojrzała. To korzenna prążkowana. Zachrzęściła w ustach, poczuła słodką, białą pianę, nasiąkniętą latem i ziemią. O odmianach jabłek, jak i o fizyce, Ola wiedziała niewiele. I w tym tkwił główny problem — bo Ola, ósmoklasistka, od dwóch lat była zakochana w nauczycielu fizyki. Świat schodził się w jedno, niebo się rozstępowało, a prawa fizyki wcale nie chciały się zmieścić w kratki szkolnego zeszytu. Tata wszystko rozumiał po jej nieobecnych oczach i kiepskim apetycie. O wszystkim mu powiedziała, już rok temu. Przepłakała noc, jak mała, u niego na kolanach. Mama była akurat w sanatorium. Starsza o dwanaście lat siostra studiowała w innym mieście. Na działce tata stawał się szczęśliwy, cały czas podśpiewywał, gwizdał melodie. W domu nigdy tego nie robił. Tu królowali mama i siostra, gdy wracała z miasta. Mama była piękna i dumna, kierownik wojskowej biblioteki, wysoka, o rudych włosach i kozackim charakterze. Farbowała włosy henną, więc co dwa miesiące wychodziła z łazienki z wielkim turbanem na głowie i pachniała trawą i deszczem. Była urzekająca na pierwszy rzut oka. Tata — drobniejszy, starszy o prawie dziesięć lat, zwyczajny. Tak kiedyś mama powiedziała siostrze, a Ola się wtedy obraziła. – Saszka taki trochę niewidoczny. Ale facet nie musi przecież być piękny. Niewidoczny na tle ogniście rudych włosów mamy, jej krzykliwych gestów, bicia talerzy i nieokiełznanego temperamentu. Mama kochała porządek i wygodę. Musiała znosić tatowe „żołnierzyki”, jak się ich nazywało — czasem spali na podłodze w ich małym, dwupokojowym mieszkaniu. Tata służył w wojsku, a po zwolnieniu został głównym mechanikiem w lipieckim telegrafie. Przez żołnierskie znajomości budował swoją działkę — znajomi przyjeżdżali pomagać kopać, stawiać dom. Mały domek z werandą, na której Ola latem uwielbiała czytać. Tata podawał jej miski z agrestem albo truskawkami prosto na dach. Najlepsze chwile. Mama rzadko na działkę zaglądała, dbała o ręce, o urodę. Ola je podziwiała, tata całował. – Takie ręce to tylko do książek, a nie do grzebania w grządkach — żartował i mrugał do Olki… *** Pierwsze krople wrześniowego deszczu zastukały w dach werandy. Wesołe, szybkie, nie melancholijne. Ola schowała książkę. – Oluś, schodź już, mama zaraz przyjedzie z Irką, trzeba obiad ugotować — tata mówił wyjątkowo pogodnym głosem. A Ola stała, patrzyła w niebo — szare, napęczniałe, ale nie groźne. Twarz miała mokrą od deszczu. Okręciła ramionami, żeby się rozgrzać. Tylko na dachu — bliżej nieba, dalej od ziemi — przez chmury przebijały się promienie słońca. Fizyka zapomniana, na pierwszym roku na polonistyce w akademiku miejskiego uniwersytetu panują zupełnie inne zasady. Ola niemal od razu dostała miejsce w akademiku, ale przez pierwszy tydzień września spała na stancji z gospodynią — druga połowa mieszkania zajęta przez studentów. Na zajęciach głębokie zanurzenie w literaturę i język. Wykładowcy, którym cała grupa się podkochiwała — takim autorytetem i charyzmą przyciągali. Po zajęciach tęskniła za domem. Jeszcze nie miała znajomych. Stołowała się skromnie, włóczyła po ulicach do wieczora. Obca uroda wielkiego miasta była zimna i samotna. Tak samotna, jakby Ola wcale nie schodziła stromą ulicą Metalowców, obok głównego gmachu uniwersytetu, przez ciemny, prywatny sektor. Nie ona wracała do nowego domu, nie ona potknęła się i rozdarła nowe, ciasne lakierki. Na kuchni unosił się zapach jabłek od taty, które w podzięce gospodyni przywiózł skrzynkami. Od tego słodkiego, lekko gnijącego zapachu napływały łzy i serce zaczynało się miotać. Gdy zamieszkała w akademiku, okazało się, iż sąsiadki to studentki z NRD — Viola, Magda i Marion. Od niemieckiego głowa pękała, wieczorem wychodziła na podwórko. Niemki przychodziły po Olę, prosiły o papierosa i zawsze potem oddawały kasę, co Polakom wydawało się dziwne. A one dziwiły się polskim przetworom mamy, zwłaszcza pomidorom, które zjadały z kartoflami. Gdy zapasy Olgi się kończyły, wyciągały wędliny, które były nie do pomyślenia — ale same nie częstowały. W maju kończyły roczną praktykę i wracały do Niemiec, na kuchni zostawały stosy zimowych butów, które kupowały na rosyjską zimę. Niemieckie buty! Polki podkradały po cichu… *** – Olciu, posiekaj kapustę, ja wykopię marchewkę. Wywar już gotowy. Mała kuchnia parowała od powolnego gotowania rosołu. Wielka główka kapusty rozłożyła się na desce koronką jasnych liści. Ola oderwała liść, chrupnęła. Z ziemi wszystko pyszne. Zaczęła siekać gwałtownie i z werwą, kapusta pachniała słodko. Otworzyła okno, wpuszczając woń mokrych liści, ogniska i jabłek. Tata widoczny z tyłu, łopata w ziemi, Ola wiedziała, iż bolą go plecy. Rzuciła nóż, wybiegła na ogród, objęła go od tyłu, przytuliła. On się odwrócił, cicho objął, pocałował ją w czubek głowy. Tego wieczoru Irka przyjechała sama — mamę rozbolała głowa, została w domu. *** Za mną uniwersytet, studenckie małżeństwo, praca w gazecie „Nowator” fabryki lotniczej, pierwszy zawał taty, narodziny córki i choćby rozwód. W pięć lat wiele się wydarzyło. Mąż Olgi odszedł do innej, a ona została z dwuletnią Marysią na stancji. Tata przyjeżdżał co dwa tygodnie, przywoził zakupy, bawił się z wnuczką. – Olka, nie miej do mamy żalu, iż nie przyjeżdża jak ja, dobrze? W drodze ją mdli… A może ma kogoś…? – Tato, co Ty?! W tym wieku adoratora?! Tata zaśmiał się gorzko. Zamilkł. Ola nagle zobaczyła, iż wyraźnie posiwiał i posmutniał. choćby przestał podgwizdywać. – Tato, może w poniedziałek wezmę urlop? Pojedźmy na działkę, póki ciepło, razem z Marysią? *** Działka była zasypana liśćmi, ostatni ciepły październik i babie lato. Rozpalili piecyk, zaparzyli herbatę z liści czarnej porzeczki. Ola na gwałtownie smażyła placki ziemniaczane. Tata zgarniał liście, Marysia pomagała, potem sama rozsypywała i piszczała z radości. Masło skwierczało, pękało. Z ogrodu dobiegało tatowe podgwizdywanie. Wieczorem palili ognisko. Ulica pusta, sąsiednie działki również. Tata nadziewał chleb na gałązki wiśniowe, pomagał Marysi trzymać nad ogniem. Ola ogrzewała zmarznięte dłonie przy ogniu, zawsze ją to fascynowało. Przypomniał się pierwszy studencki wyjazd na praktyki do Kazachstanu, gitarowe piosenki przy ognisku, uczucie zakochania bez obiektu — po prostu zakochanie w nocnej, gwiaździstej bezkresności, ciszy stepu, rozkojarzonych akordach gitary, w twarzach. Twarze przy ogniu są inne, niż za dnia. Każda twarz ma swoją tajemnicę i głębię oczu. Tam poznała przyszłego męża. Na pracy zawołali ją na zebranie partyjne — kandydatura Olgi do PZPR. Wieczorem kuła statut i materiały zjazdowe. A potem pytania — o rozwód, kto winien, kto moralnie niezdolny. Ola się jąkała, niemal płakała. W obronie wystąpił kolega: – To nie jest zebranie komunistów, tylko chamskie! Po latach wspominać to będzie z niedowierzaniem… Kiedy się ściemniło, zgasili ognisko. Przy furtce zatrzymał się samochód. Głośno trzasknęły drzwi. Mama! Piękna, w modnym płaszczu, powiedziała, iż z pracy podwiózł ją kolega. Marysia rzuciła się babci, tata się skrzywił, nieporadnie pocałował mamę. – Co to za kolega? – Saszka, naprawdę, po prostu mnie podrzucił! Nie znasz go… Przy kolacji rozmowa się nie kleiła, Marysia marudziła. Mama dopytywała Olę o pracę, myśląc o czymś swoim. Tata milczał, patrzył i pochylał coraz niżej ramiona. Wieczór się popsuł… *** Rok później taty już nie było. Rozległy zawał, odszedł w dwa dni, na początku ciepłego października. Po pogrzebie Ola wzięła urlop, żeby pobyć na działce. Marysię zostawiła babci ze strony męża. Wszystko wypadało z rąk. Jabłek było jak nigdy, Ola rozdawała wiadrami sąsiadom, gotowała konfitury z miętą i cynamonem, jak lubił tata. Przyjechał pomóc tata kolega z pracy, z którym regularnie jeździł do szkółki ogrodniczej w Grójcu po sadzonki. – Zostanę parę dni, Olka, ogarnę ogród, poprzycinam drzewa, jeżeli nie masz nic przeciw, dobrze? – Panie Janie, co Pan! Dziękuję! Na “Olka” zaraz napłynęły łzy, właśnie wtedy uderzyło uczucie absolutnej nieodwracalności, osierocenia. Przedtem jakby czekała, aż tata wróci, iż to koszmar. Pierwsze dni po odejściu, rano między snem a jawą długo nie mogła pojąć, czemu tak źle. Sekunda, przebudzenie, fale czarnych myśli — taty już nie ma. Potem zalewało poczucie winy, iż nie zatrzymała go na świecie. – Działki nie sprzedawaj, Ola, będę przyjeżdżać i pomagać. Wiesz, tamta antonówka, razem wybieraliśmy, ty byłaś jeszcze dziewczynką. Po drodze do Grójca Saszka mówił o tobie więcej niż o siostrze. Długo oglądał sadzonki, ja go popędzałem, denerwowałem się… Janek został trzy dni, przekopał ogród, podciął jabłonie, nawiózł nawozem i pod gankiem posadził trzy krzaki żółtych chryzantem za zgodą Olgi. – Syćko trochę wcześniej lepiej sadzić, ale jesień ciepła — się przyjmą! Na pamiątkę Saszki. Różę jeszcze trzeba okryć, liście zebrać, ale to już następnym razem. Przy pożegnaniu się przytulili. Zaczął padać deszcz. Ola długo stała przy furtce i patrzyła, jak Janek odchodzi. Poczuł, obejrzał się, pomachał, żeby wracała do domu. Deszcz się wzmógł, uderzał w dach. Wiatr gwałtownie trzasnął furtką. Próg domu zasypały żółte płatki chryzantem. Wszystko tu było taty i na zawsze jego pozostanie. Deszcz, drzewa, jesienne zapachy, ziemia. A więc on jest tu — i będzie zawsze. Ola jeszcze się wszystkiego nauczy. Będzie tu jeździć z Marysią do pierwszych przymrozków, tylko dwie godziny autobusem. Potem na wiosnę jak tylko stopnieje śnieg, może uda się zrobić ogrzewanie. Trzeba zacząć oszczędzać. A na wiosnę koniecznie z Jankiem do Grójca po białą porzeczkę, tata zawsze marzył… *** Po pół roku, w kwietniu, akurat gdy spadł pierwszy śnieg, działka została sprzedana. Ola dowiedziała się przypadkowo przez telefon, na powrocie z Grójca, dzwoniąc do domu z automatówki. W ciasnej budce, na podłodze w worku, o korzeniach owiniętych mokrą dziecięcą koszulką, stała sadzonka białej porzeczki.
Ludzie w Poznaniu dalej to robią. Może skończyć się tragedią