Terapia codziennością, niełatwą

21 godzin temu

Mła leczy serce zbolałe i zbliznowaciałe po odejściu Szpagetki wszystkim czym się da. Znaczy na chama zajmuję głowę i ręce czym tam podleci. Mam czym. Zrobiłam solidny przegląd info i odwaliłam prasówkę, mam nadzieję iż na miesiąc starczy i świat, który nam się ostatnio coś gwałtownie zmienia, troszki wyhamuje z tą zmiennością. Tym bardziej iż ludzie coraz bardziej zmęczoni Ryżyzmem, zaczynają "otorbiać" problem, znaczy ignoruje się występy, zakładają najgorsze i robią swoje, co zdaniem mła z czasem uspokoi sytuejszyn międzynarodową. Te pretensje Amerykanów do reszty świata się wypalą. Polityczne wyszły już z szoku po występach a mendia się zakałapućkały tymi sensacjami. Jeszcze trochę a będziemy mieli ignorowanie kolejnych oświadczeń najwyższego amerykańskiego urzędnika. Mła się aż nie chce wierzyć iż to tak gwałtownie postępuje, ten spadek znaczenia przeca kraju z olbrzymią gospodarką. No ale jest, jak jest, świat się w końcu nieustannie zmienia, trza to brać na klatę i kiwać głową ze zdumieniem iż ci od teorii przeciągania liny mieli rację. Wicie rozumicie - przy przeciąganiu liny często się zdarza iż padają obaj przeciągający, tylko w różnych odstępach czasu. Ech... tak po prawdzie europejski problem z amerykańskim mentalem polega na różnym postrzeganiu wolności - w USA jest "wolność do" w Europie "wolność od". Europa nie rozumie tych gorzkich żalów za petrodolarem, który pozwalał sprzedawać najlepszy amerykański produkt - walutę, kiedy ma na europejskich ulicach stada migrantów z Bliskiego Wschodu. Ich obecność jest efektem chęci utrzymania petrodolara w grze, co Europę, której usiłuje się zabrać "darmowe" amerykańskie wsparcie zaczęło wnerwiać.

Duża część ludzi w USA z kolei uważa iż mamy rzeczywiście darmowe wsparcie militarne, nie zdając sobie sprawy z ceny jaką za to płaciliśmy. Ponadto większość Yankees kompletnie nie kuma europejskiego mentalu, jesteśmy dla nich niewolnikami państwa. Hym... tego iż są niewolnikami sroższego pana, czyli korporacji, jakoś zauważyć nie chcą, goniąc to swoje american dream. Smętny ten rozłam Zachodu. Za miesiąc z hakiem u nas wybory prezydenckie, mła ma jednak wrażenie iż adekwatnie jest już po wyborach. Szczerze pisząc choćby mła się pisać o tych wyborach nie chce, kampania prezydencka nudna jak flaki z olejem, w dodatku wszyscy zdają sobie sprawę iż chodzi o wybór notariusza. Mła zatem uważa iż łobowiązek prasówkowy odwalony i tymi wszystkimi politycznymi gierkami typu geopolo, wybory prezydenckie i inne teatry polityczne zajmować się już w tym miesiącu nie musi. Tak po prawdzie to są dla mła ważniejsze sprawy na tym świecie, którymi będzie zasypywała smutek.

Na ten przykład mła w tej chwili przeżywa dość silny wkarw związany z leczeniem Pana Dzidka. Szpital w osobie młodego lekarza zaćwierkał iż będzie wypisywał Pana Dzidka z oddziału udarowego, zamiast na oddział rehabilitacyjny, to do domu. Wszystko fajnie, tylko iż super osiągnięciem Pana Dzidka jest samodzielne stanie przy chodziku, przy pierwszym kroku leeeciał... Nie wiem jak ma ten rehab w domu przebiegać, co z pójściem do łazienki czy z posiłkami? Przecież to jest formalnie samotny, stary człowiek, sąsiedzi pomagają ale państwo też się powinno trochę poczuć - facet płacił ponad dzieści lat składki a teraz co? Wiem iż szpital nie przytułek ale tu qurcze o rehab chodzi a nie o trzymanie staruszka na szpitalnym garnuszku w nieskończoność. O terapię, bo przywracanie sprawności to leczenie. Mają go usprawniać teraz a nie za pół roku. Za pół roku to będzie po ptokach. Pan Dzidek się nie wykłócał o ten oddział rehabilitacyjny, cieszył się iż niedowładów wielkich nie ma. Przestraszył się dopiero przy próbie poruszania. Mła się martwi żeby ciśnienie mu nie skoczyło na tym udarowym z tych nerwów. Co za dupanda! Oczywiście mła ze swej strony podjęła kroki po pogadance ze starą pielęgniarką i Pan Dzidek zaczął ociupinkę dreptać, wypłakując, bo rozruszanie nie jest przeca ani łatwe, ani przyjemne. w tej chwili mła usiłuję wymusić na owym młodym doktorze choć tydzień rehabu szpitalnego, na innym oddziale. Na moje oko tyle wystarczy żeby Pana Dzidka można było dalej rehabilitować w domu.

Ogród u mła leży odłogiem, zarówno w Alcatrazie jak i na Suchej - Żwirowej porasta trawa. Mła obiecuje sobie iż się zabierze ale najsampierw odgruzuje chałupę, co też proste nie będzie, bo nie dość iż mła ma tzw. swoją robotę, to teraz jeszcze mła ten szpital wypadł, sprzątanie u Pana Dzidka i kto wie co będzie dalej. Cała mła nadzieja w tym iż sąsiadka Ela będzie pomagać w doglądaniu a jakby co ciężkiego na nas trafiło to są jeszcze chłopaki z dołu. Jak widzicie czasu w ogród mało i w związku z tym ogrodowanie mła sprowadziło się ostatnio do kupienia pierwiosnków kluczyków, które mła zamierzała posadzić w okolicach Najpiękniejszej. Mła w ogrodzie bywa z doskoku, patrzę co tam kwitnie, jakie rośliny trzeba wspomóc, co ewentualnie rozsadzić ( wygląda na to iż mła będzie musiała popracować na serio z miodunkami i odtworzyć ułudkowe łączki razem z tymi z zawilców leśnych, nie mylić z zawilcami gajowymi ). Mnóstwo roboty mła czeka, szczerze pisząc to nie wiadomo jak mła temu ma podołać, bo u mła siły jakby już nie te co kiedyś. Mła odczuwa iż ząb czasu nieco ją nadgryzł. Ech... "Gdy się człowiek robi starszy, wszystko w nim po trochu parszywieje" - jak pisał Boy - Żeleński. Mła ma takie wrażenie iż u niej to parszywieje nie tak po trochu ale po całości. Takie podłamstwo ma psychiczne, które się na słabość fizyczną przekłada. Widzę iż to nie idzie u mnie w dobrym kierunku, do przekonania iż żyję pożyczonym życiem jeszcze nie doszło ale cóś nie najlepiej jest z odczuwaniem u mła. To przez to iż odejście Szpagetki było tą kroplą, która przelała czarę goryczy, w ciągu ostatnich dwóch lat pochowałam pięć bliskich mi osób i jeszcze Szpagetkę. Straciłam też Pasiaka. Trochę dużo jak na jedną mła.

Cholera, znowu narzekam, znów się ze mła ulewa. Ech... Niby zajęć od groma a na narzekanie to się zawsze czas znajdzie. To ponarzekam ogrodowo, zawsze to milsze niż zwyczajne skwierczenie. Nie iż Alcatraz jakiś niewdzięczny czy coś, nic z tych rzeczy. Alcatraz zostawiony sam sobie dokonuje selekcji, rośliny, które mu nie paszą mało dyskretnie wykańcza, to co mu podpasiło sieje się jak wściekłe i powoli zadarnia ogród. o ile o coś mam do Alcatrazu pretensje, to o zbytnie sprzyjanie siewkom paskudnych jesionków. Natomiast temu co Alcatraz wyprawia z ciemiernikami, mła przyklaskuje. Jak tak dalej pójdzie to mła się zastanowi nad owacją na stojąco, bowiem Alcatraz postanowił zamienić się w Ciemiernikowszczyznę po całości. Mła się ten pomysł bardzo podoba, ogrodowanie najbardziej cieszy mła wczesną wiosną. Późną wiosną, latem i jesienią ogród jest jedną wielką bazą kotów, mła w tych porach bardziej skupia się na ogrodowaniu na Suchej - Żwirowej. Alcatraz sobie dziczeje, koty w nim szaleją, pojawia się żywina typu krewni Posrywka a mła sobie może urządzać drzemki na kocyku w cieniu drzew. Ponieważ jestem miastowa do bólu, to odgłosy fabryczne mła w tych zaleganiach nie przeszkadzają. Za to wczesną wiosną Alcatraz pięknie zakwita i cieszy oczy mła i jej serducho zgnębione ciemnością i chłodem zimy. Niestety Alcatraz nie ma wpływu na Wielkiego Pogodowego, który od czasu do czasy lubi się wyzłośliwić. Niekiedy naprawdę wrednie. No i teraz będzie adekwatne narzekanie.

W tym roku Wielki Pogodowy wyzłośliwiał się już w lutym, na przemian racząc nas dniami aż nadto ciepłymi jak na przedwiosenną porę, po to by zaraz przymrozić i to tak solidnie. W związku ze związkiem, mła jest dość mocno poszkodowana w ciemiernikowych zasobach. Roślinom w zasadzie nic się nie stało ale wiele odmian, zwłaszcza z serii HGC, ma pouszkadzane kwiaty. Mróz załatwił pąki i dopiero teraz niektóre z tych odmian pokazują normalnie rozwinięte z kolejnych pąków kwiaty. No niestety, mieszańcowe ciemierniki są bardziej wrażliwe niż te podstawowe dla naszego klimatu gatunki i nie zawsze człowiek może się cieszyć takim ciemierniczym kwitnieniem, jak to w ogrodach Francji czy Wielkiej Brytanii. Wielki Pogodowy tak kombinuje żeby się ogrodnik żyjący w Europie Środkowej zbytnio nie rozhulał - tydzień ciepełka i srruu, cztery mocno mroźne nocki! Taka polityka Wielkiego Pogodowego sprawiła iż mła nie tylko martwiła się kwiatami ciemierników. W tym roku to choćby krokusy oberwały i to solidnie, bardzo krótko cieszyłam się urodą tzw. krokusów botanicznych, głównie Crocus chrysanthus. Najpierw ich kwiaty zarobiły marznącym deszczem a potem domroziło.

Na szczęście w ogrodzie oprócz rarytetnych ciemierników mnóstwo swojskich siewek produkujących bardziej odporne kwiaty. Mła dzięki temu może się cieszyć w tym roku całkiem niezłym kwitnieniem, mimo złośliwości Wielkiego Pogodowego.

Ciemiernikom towarzyszą wiosenne cebulaczki: cebulica syberyjska w paru formach, śnieżniki w odmianach i puszkinie. Dają czadu też fiołki odoratki i powoli zbierają się do lepszego kwitnienia przymrożone wcześniej bratki. Dają radę, jak ta dziczyzna, która u Ani Bzikowej powoli wypełza spod Projektu.

Teraz mła się martwi kolejną prognozą kiepskiej pogody, w weekend ma zacząć mrozić nocami, dla miasta Odzi przewiduje się w porywach cztery na minusie. No a właśnie zaczęły kwitnąć magnolki. Taa... Jak tu nie podejrzewać Wielkiego Pogodowego o małpią złośliwość?!

Dobra, tyle tego ulewania się i narzekania. Spróbuję cóś obejrzeć i może choćby zasnę. Ostatnio ciężko u mła ze snem, nerwy ze mła wychodzą albo co, bo mimo zmęczenia słabo sypiam. Głównie wałkuję w myślach pokonywanie przez Pana Dzidka domowych tras z chodzikiem, trzeba to jakoś z głową zorganizować, żeby było bezpiecznie. Ech... Nic to, jakoś to będzie, zawsze jest jakoś. Dziś fotki ogrodowe a w Muzyczniku same cymesy z Krakowa od Zygmunta Koniecznego.


Idź do oryginalnego materiału