Park jak z gazetek Jehowych: wszystko kwitnie, łagodne zielone przestrzenie zalane słońcem, po których spacerują ludzie i zwierzęta. W Farmleigh było chyba pół Dublina, dwa konie, trzy owce i dwie alpaki. Zwierzaki leniwie żuły trawę w cieniu, a ludzie kanapki, suedzieli na ławkach oraz pili kawkę. Magnolia Walk zatykał dech, jabłonki w sadzie były opitolone gorzej niż moja, co mi wlało nadzieję w serce.
A dziś kupiłam sobie odkurzacz (Miele L1), co sprawiło mi prawie równie dużo radości.








