Miłość nie na pokaz
Bogusia wyszła z drewnianej chaty z pełnym wiadrem świńskiego żarcia i z niezadowoloną miną przeszła obok męża Henia, który już trzeci dzień z rzędu wiercił się przy studni, dłubiąc w niej dla ozdoby. Wpadło mu do głowy, żeby mieć piękny, rzeźbiony kołowrót, jakby nie było ważniejszych rzeczy w gospodarstwie! Ona krząta się od świtu, karmi zwierzynę, a on stoi z dłutem, cały w trocinach, uśmiecha się i patrzy, jakby ze snu się nie wybudził. Co to za mąż taki? Ani dobrego słowa nie powie, ani pięścią w stół nie walnie, tylko pracuje w ciszy, czasem podejdzie blisko, spojrzy prosto w oczy i pogładzi jej grubego warkocza na tyle go stać z czułości. A jej by się chciało, by nazwał ją „gwiazdeczką”, „gołąbeczkiem”…
Myśli o kobiecym losie pogrążyły ją tak bardzo, iż o mało nie przewróciła się o starego psa, Burka. Heniu natychmiast zerwał się, złapał żonę, a na Burka rzucił surowe spojrzenie:
I co tam się łasisz pod nogi? Gospodyni jeszcze potłuczesz.
Burek ze spuszczonym łbem powlókł się do budy. Bogusia nie po raz pierwszy dziwiła się, jak zwierzęta rozumieją Henia. Spytała go kiedyś o to, a on tylko odrzekł:
Kocham je, więc one też mnie kochają.
Bogusia też marzyła o wielkiej miłości: żeby ją na rękach nosił, szeptał czułe słówka do ucha, kwiaty rano na poduszce kładł Ale Heniu był skąpy w okazywaniu uczuć, aż zaczęła się zastanawiać, czy on ją w ogóle kocha?
Szczęść Boże, sąsiadko zajrzał przez płot Wacek. Heniu, co ty tam znowu dłubiesz? Komu potrzebne te twoje wzorki?
Chciałbym, by moje dzieci rosły wśród piękna, to będą lepszymi ludźmi odpowiedział Heniu.
Dzieci to trzeba najpierw narobić, ha ha! parsknął Wacek, puszczając oko do Bogusi.
Heniu spojrzał na żonę z żalem, a Bogusia, zarumieniona, popędziła do domu. Nie spieszyło jej się do dzieci była młoda, ładna, chciała się jeszcze nacieszyć życiem. Zresztą mąż był taki nijaki. A sąsiad, Wacek Przystojny chłop! Wysoki, ramiona jakby nosił worki z mąką. Heniu niby niczego sobie, ale Wacek to prawdziwy facet! Jak spotka ją przy płocie, tak mówi słodko, jakby letni deszcz szeptał: Rosa na trawie, słońce na niebie. W sercu aż ściska, nogi się uginają, ale zawsze ucieka od jego uroków. Bo przecież, gdy wychodziła za mąż, przysięgała wierność. Rodzice nauczyli ją szanować małżeństwo, dawali przykład przeżyli razem mnóstwo lat w zgodzie.
Mimo to, dlaczego ciągle zerka przez okno, czy wzrokiem nie spotka się z Wackiem?
Następnego ranka, gdy Bogusia wypędzała krowę na łąkę, Wacek spotkał ją przy furtce:
Bogusiu, gołąbku, czemu tak ode mnie uciekasz? Boisz się czegoś? Patrzeć na ciebie nie mogę kręci mi się w głowie jak patrzę na twoją urodę
Przyjdź do mnie o świcie. Jak twój Heniu znowu pójdzie rano nad rzekę, zjaw się u mnie. Tyle ci dam czułości, iż najszczęśliwsza będziesz na świecie.
Twarz Bogusi zapłonęła, serce podskoczyło, ale nic Wackowi nie odpowiedziała tylko gwałtownie przeszła obok.
Będę czekał! rzucił za nią cicho.
Cały dzień myślała o sąsiedzie. Pragnęła miłości i czułości, a Wacek patrzył tak gorąco Ale nie mogła się zdecydować. Do świtu daleko, może
Wieczorem Heniu rozpalił saunę w starej łaźni. Zaprosił jeszcze i sąsiada do pary. Wacek był aż zadowolony własnej nie musi grzać, drzewa nie marnować. Chlupali się więc pod gołym niebem, okładali brzozowymi witkami i szeptali sobie rzeczy nie do końca ze snu tego świata. Gdy już się wystukali, przenieśli się do przedsionka wypocząć. Tam czekała karafka samogonu i przekąski, a Bogusia, przypomniawszy sobie o ogórkach, zeszła do piwniczki.
Z pełną miską ogórków już miała wejść do nich, ale przez uchylone drzwi usłyszała rozmowę i wstrzymała się, zaciekawiona.
Coś ty taki niezdecydowany, Heniu szepnął Wacek. Chodź ze mną, będzie zabawa wdówki są tam piękne, utulą cię, a taka twoja Bogusia to szara mysz!
Nie, Wacku usłyszała cichy, ale stanowczy głos Henia nie potrzebuję żadnej innej kobiety. choćby myśleć o tym nie chcę. Moja żona to kwiat wśród wszystkich kobiet, najpiękniejsza na tej ziemi. Nie ma na świecie owocu ni kwiatu piękniejszego od niej. Kiedy na nią patrzę, nie widzę słońca tylko jej oczy i smukłą sylwetkę. Tak mnie rozpiera miłość, jak wiosną Wisłę, ale słów dobrych nie umiem mówić. Nie potrafię jej wyjaśnić, jak bardzo ją kocham… Wiem, iż jest jej przykro, widzę, ale boję się ją stracić. Bez niej dnia bym nie przeżył, tchu by mi zabrakło.
Bogusia stała jak zahipnotyzowana, łza jej po policzku spłynęła. Zebrała się w sobie, weszła do przedsionka i na cały głos rzekła:
Idź, sąsiedzie, pocieszać wdówki my z mężem mamy poważniejsze sprawy. Nasze oczy jeszcze nie mają się w co wpatrywać, bo nikogo nam nie wyciął Henio w drzewie. Przebacz mi, ukochany, głupie myśli i ślepotę. Szczęście miałam w rękach, nie poznałam Chodź, starczy już tego zmarnowanego czasu…
O świcie Heniu nie poszedł na ryby.

16 godzin temu





