Lubiszę cię, nie uciekaj. Co robisz w naszej klatce schodowej?” – Kot patrzył skruszony, cicho układając zmarznięte łapki na kałuży, która powstała z topniejącego lodu na jego futrze.

polregion.pl 14 godzin temu

*”Widzę cię, nie chowaj się. Co robisz w naszej klatce schodowej?”* kot spojrzał winowajczo, cicho przestępując z łapy na łapę nad kałużą z topniejącego lodu, który obciążył jego futro po mroźnej nocy.

Nikt już nie pamiętał, kiedy ten włóczęga pojawił się na podwórku. Żył cicho, niemal niewidocznie jak cień piękny, choć brudny i wychudzony. Tylko to wiedziano: przyszedł z wiosną.

Dziewczyna o imieniu Zosia czasem go karmiła, na ile mogła. Zimą otwierała drzwi do piwnicy, jeżeli nie były zamknięte, kładła pod nim starą kołdrę. Pewnego razu choćby posmarowała mu łapę zieloną maścią, gdy dostrzegła ranę.

Tak żył ten kot w ciszy, ostrożnie, jak duch

Aż pewnego dnia zobaczył, jak ta sama Zosia w białej sukni, z kwiatami we włosach, wyszła z klatki schodowej na ramieniu eleganckiego mężczyzny. Wokół nich tłum, śmiechy, brawa. Wszyscy wsiadali do aut udekorowanych wstążkami i odjeżdżali. Od tamtej pory dziewczyny już nie widziano.

Kot został sam. Głodny, nocą skradał się do śmietników w ciemności było ciszej, miał szansę znaleźć coś do zjedzenia, zanim wrócą bezpańskie psy.

Najważniejsze było unikać tych przeklętych kundli. Tak przeżył Aż nadszedł wyjątkowo okrutny mróz, a nowy dozorca wyrzucił go z piwnicy, zamykając drzwi na stałe.

Gdzie miał iść? Zziębnięty próbował dostać się do klatki schodowej. Ale tu też go nie chciano: jedni wręcz wyrzucali, inni krzyczeli, kopiąc w jego stronę. Nikt nie miał litości dla tego drżącego stworzenia.

Zdesperowany, pewnego wieczoru wślizgnął się do klatki najwyższego, pięciopiętrowego bloku. Nie miał już siły się bać, ani mieć nadziei. Wszystko mu było jedno byle nie zamarznąć tej nocy.

Pierwsza zauważyła go Elżbieta Stefanowa, znana jako *ciocia Ela*, mieszkająca na drugim piętrze. Kobieta przyszła sprawdzić skrzynkę czekała na rachunek za czynsz. Była surowa, ale sprawiedliwa, szanowana przez całe osiedle. W każdej sprawie potrafiła powiedzieć prawdę bez ogródek, dlatego choćby zarząd spółdzielni się jej bał.

Kot, który wślizgnął się za kimś do środka, przytulił się do kaloryfera w załomie schodów, ledwie oddychając. Jego sierść była pokryta szronem, w oczach błaganie i wyczerpanie.

*”Widzę cię, nie udawaj. Co cię tu przywiodło? Zmarzłeś, głodny jesteś, co?”* burknęła ciocia Ela.

Zwierzę podniosło wzrok, ledwie poruszając zesztywniałymi łapami, spod których powoli spływała woda z topniejącego lodu.

*”No i co mam z tobą zrobić Zaczekaj chwilę”*

Ona wiedziała, co to głód. Jej nogi, zniszczone przez wojnę, ledwo ją niosły, ale i tak weszła po schodach, by wrócić z miską jedzenia, wodą i starą, molem podziurawioną swetrową kamizelką.

*”No, jedz. Biedactwo, nie bój się, nie zabiorę ci tego”* westchnęła, patrząc, jak kot dławi się, łapczywie połykając kaszę gryczaną z kawałkami wątróbki.

Rozłożyła sweter, po czym wróciła do mieszkania, zupełnie zapominając o rachunku

Kot, który pierwszy raz od dawna zaznał spokoju, uznał, iż to jego dom, a ta surowa, ale dobra kobieta jego panią.

By go nie wyrzucili jak poprzednio, zachowywał się cicho i dyskretnie, tak jak kiedyś, gdy jeszcze był czyimś pupilem. Ciocia Ela dała mu choćby imię Mruczek.

Ale nie wszystkim sąsiadom podobał się nowy lokator. Z trzeciego piętra zeszli Państwo Kowalscy. Edward Albertowicz zatrzymał się przed ciocią Elą, patrząc na kota z niesmakiem.

*”Co to za zoo u nas w klatce?”*

Jego żona, otulona w drogą futrzaną kurtkę, demonstracyjnie zatkała nos.

*”Edziu, ten kot śmierdzi!”*

*”Wyrzuć go stąd!”* rozkazał mężczyzna.

Ciocia Ela wyprostowała się:

*”A dlaczego? Nikomu nie przeszkadza. Nigdzie nie chodzi zostanie tu.”*

*”Dobrze, zaraz zadzwonię po straż miejską, sanepid go zabierze, a panią ukarzą. To miejsce wspólne!”*

*”Świetnie. A ja zgłoszę się do CBA. Niech sprawdzą, jak zwykły magazynier żyje jak hrabia, codziennie wynosząc braki z pracy. Sąsiedzi potwierdzą. Spróbuj tylko tknąć tego kota a sam pożałujesz.”*

Od tamtej pory zostawili Mruczka w spokoju. choćby jamnik Gogo, który zwykle szczekał na wszystko, przechodził obok niego, jakby go nie widział.

Po kilku tygodniach wszyscy się przyzwyczaili. Ale ciocia Ela wiedziała: Mruczek i tak nie był bezpieczny. Choć trzymał się blisko niej, wciąż był bezdomny.

Zastanawiała się, czy wziąć go do mieszkania, ale kot unikał drzwi, jakby się ich bał. Czuła, iż musiało spotkać go coś strasznego.

Nie nalegała miała nadzieję, iż pewnego dnia sam wejdzie.

I rzeczywiście, ilekroć otwierała drzwi, Mruczek podążał za nią ukradkiem, nasłuchując, ale nie przekraczając progu

W lutym, podczas zamieci, Elżbieta Stefanowa obudziła się w panice nie mogła złapać tchu. Ból przeszył jej ciało, choćby krzyknąć nie miała siły. Wszystko wokół spowijała mgła

Sąsiadów obudziło rozpaczliwe miauczenie Mruczka. Rwał pazurami drzwi, drapiąc je do krwi.

Wyjrzeli, pukali żadnej odpowiedzi. Wtedy zeszła Nina Silantiewa z trzeciego piętra:

*”Ja mam klucz. Tak się z Elą umówiłyśmy”*

Otworzyli. Wezwali pogotowie. Mruczek nie odstępował siedział pod łóżkiem, żałośnie zawodząc.

Elżbieta Stefanowa nie miała rodziny. Wojna zabrała wszystkich. Została sama

Ale sąsiedzi odwiedzali ją w szpitalu, przynosząc drobne upominki. Ona za każdym razem powtarzała tylko jedno:

*”Dbajcie o Mruczka. Nakarmcie go, wpuśćcie z powrotem. To on uratował mi życie”*

Po trzech tygodniach, pewnego marcowego rank

Idź do oryginalnego materiału