Kot, moja żona i prawdziwe szczęście: Opowieść o zazdrosnym kocie, wojnie o rybę, wybuchu pod domem …

7 godzin temu

Kot spał z żoną. Przytulał się do niej plecami, a mnie odpychał wszystkimi czterema łapami. Rano patrzył na mnie bezczelnie i szyderczo. Złościłem się, ale nic nie mogłem zrobić. Ulubieniec, widzicie. Skarbek i słoneczko. Żona się śmiała, ale mi wcale nie było do śmiechu.

Dla tego właśnie skarbeczka smażyła się rybka, później żona dokładnie wybierała ości, a chrupiącą, pyszną skórkę układała obok jeszcze dymiących, soczystych kawałeczków na jego talerzyku. Kot rzucał mi spojrzenie jakby z pogardliwym uśmieszkiem, co pewnie miało znaczyć:
Ty to pechowiec, a prawdziwy pan i pupil to tutaj jestem ja.
Mnie przypadały te kawałki ryby, na które kot choćby nie spojrzał. Mówiąc krótko, jak mógł, tak się nade mną znęcał. Mściłem się jak umiałem czasami lekko go odsunąłem od talerza z rybą, czasami zepchnąłem z kanapy. Wojna na całego.

Często w moich kapciach i butach lądowały miny z opóźnionym zapłonem. A żona tylko się śmiała i mówiła:
Sam sobie winien, nie bądź dla niego niemiły. i głaskała swojego kociaka-słoneczko. Szary kot patrzył na mnie z pobłażaniem, niczym arystokrata na plebejusza. Westchnąłem. Cóż można? Żona była tylko jedna i nie było o czym rozmawiać. Musiałem się pogodzić. Ale tego ranka…

Tego ranka, zbierając się do pracy, usłyszałem w przedpokoju rozpaczliwy krzyk żony. Wbiegłem tam i ujrzałem dziwny widok. Sześć kilo rozczochranej sierści, pazurów i złego humoru rzucało się na żonę, jak byk na czerwoną płachtę.

Na mój widok kot rzucił się na moją pierś i tak pchnął, iż wyleciałem z przedpokoju, lądując na podłodze. Zerwałem się, chwyciłem krzesło jak tarczę, złapałem żonę za rękę i pociągnąłem do sypialni. Kot, próbując na nas skoczyć, uderzył łapą w nogę krzesła i zawył przeraźliwie. Tak głośno, iż aż mnie zamurowało.

To go jednak nie powstrzymało. Atakował nas dalej, aż w końcu zatrzasnęliśmy drzwi do sypialni. Wsłuchiwaliśmy się w jego syczenie za drzwiami, a potem smarowaliśmy spirytusem i jodyną z apteczki swoje pokiereszowane ręce. Żona, stojąc w sypialni, dzwoniła do pracy i tłumaczyła:
Nasz kot wpadł w szał i nas podrapał, musimy zamiast do pracy jechać na pogotowie.
Po niej zadzwoniłem ja i powtórzyłem słowo w słowo swojemu szefowi. I wtedy…

Nagle ziemia zadrżała, a cały blok mocno się przechylił. Szyby w kuchni strzaskały się i wypadły, w łazience pękło okno na zewnątrz. Telefon wypadł mi z ręki. Zapadła ogłuszająca cisza. Zapomniawszy o kocie, wybiegliśmy z żoną z sypialni i rzuciliśmy się do kuchennego okna.

Pod blokiem zionęła ogromna dziura w ziemi. Rozrzucone były kawałki samochodu. Okazało się, iż to był dostawczak sąsiada, jeżdżący na gazie, załadowany kilkoma butlami. Najwyraźniej wybuchł. Na parkingu leżały porozrzucane i wywrócone samochody. Bezradnie kręciły kołami, jak przewrócone żółwie. W oddali słychać było syreny policyjne i karetki.

Oniemiali odwróciliśmy się z żoną jednocześnie w kierunku kota.
Siedział skulony w kącie, przyciskając do klatki złamaną prawą przednią łapkę i cicho popłakiwał.

Żona zapiszczała, rzuciła się do niego, porwała na ręce i przytuliła mocno. Ja wyciągnąłem z kieszeni kluczyki do auta i pognaliśmy na dół, omijając windę i przeskakując po dwa stopnie. Całe siedem pięter pokonaliśmy w milczeniu.

Mam nadzieję, iż wybaczą mi wszyscy poszkodowani w tym wybuchu, ale my mieliśmy naszego rannego wojownika.

Na szczęście nasze auto stało za blokiem. Wsiedliśmy i ruszyliśmy prosto do znajomego weterynarza. Mnie na duszy drapały koty akurat jeszcze z radia płynęła sentymentalna muzyka z filmu Dwoje w kawiarni w wykonaniu Michała Lorenca.

Po godzinie, kiedy wyszliśmy od lekarza, żona niosła swojego skarbeczka, a on… On dumnie prezentował zabandażowaną łapę wszystkim oczekującym w poczekalni ze swoimi zwierzakami. Kiedy dowiedzieli się, co się stało, ludzie podchodzili i głaskali naszego kota.

Wróciwszy do domu, żona od razu poszła przygotować kotu ulubioną rybkę. Smażyła ją jak zawsze, wyjmowała ości i układała chrupiącą skórkę w mały kopczyk. Mnie zostawiła tylko resztki.

Kot, utykając na trzech łapach, podszedł do swojego talerzyka i patrzył na mnie z bólem w oczach, jakby chciał znów zrobić zgryźliwą minę, ale wyszła mu tylko grymas.

Byłem bardzo zajęty, spieszyłem się, ale gdy skończyłem, podszedłem do jego talerza i dołożyłem mu swoją porcję rybki, wcześniej oczyszczoną z ości.

Kot spojrzał na mnie z niemym zaskoczeniem. Przygarnął bolącą łapkę do piersi i cicho miauknął pytająco.

Podniosłem go na ręce, przytuliłem i szepnąłem:
Może i jestem pechowcem. Ale skoro mam taką żonę i takiego kota, to jestem najszczęśliwszym pechowcem na świecie. i pocałowałem go w pyszczek.

Kot z cichym mruczeniem oparł swoją wielką łebkę o mój policzek. Postawiłem go na podłodze i, choć z grymasem bólu, zaczął powoli jeść swoją rybkę. A my z żoną, obejmując się, patrzyliśmy na niego i uśmiechaliśmy się przez łzy.

Od tego czasu kot śpi już tylko ze mną. Patrzy mi w oczy, a ja modlę się tylko o jedno:
Bym jak najdłużej mógł widzieć tuż obok niego i moją żonę.
I niczego więcej nie potrzebuję.
Naprawdę.
Bo to jest prawdziwe szczęście.

Idź do oryginalnego materiału