Trzy noce z rzędu ten kot skrobał w drzwi po drugiej stronie klatki. Za pierwszym razem Zenek pomyślał, iż to szczury się zalęgły w piwnicy i wyszły na górę. Za drugim już wiedział, iż to nie szczury. A za trzecim otworzył własne drzwi, zobaczył, co tam siedzi, i osunął się na wycieraczkę, bo nogi odmówiły posłuszeństwa.
Nazywam się Ryszard Kowalik, mam sześćdziesiąt jeden lat i mieszkam pod Zenkiem od jedenastu lat, na drugim piętrze bloku przy Sikorskiego w Radomiu. On na trzecim, ja pode mną — to ważne, bo kiedy w listopadzie zaczęło się to całe zamieszanie z kotem, słyszałem wszystko przez strop, jakby ktoś skrobał paznokciem po moim własnym suficie.
Zenek — adekwatnie Zenon Lipiński — stracił żonę w marcu. Basia. Pochowali ją na cmentarzu przy Firleja, poszedłem, bo tyle lat sąsiadowania coś znaczy, chociaż z Zenkiem nigdy nie byliśmy specjalnie zżyci. Kiwaliśmy sobie głowami na klatce, czasem pożyczałem mu wiertarkę, on mi kiedyś pomógł znieść pralkę. Tyle. Po pogrzebie zauważyłem, iż przestał wynosić śmieci wieczorami — teraz robił to rano, jakby unikał ciemności na klatce.
Naprzeciwko niego, na trzecim piętrze, mieszkanie stało puste od lipca. Wcześniej gnieździła się tam starsza pani, Wanda Sokołowska, wdowa po kolejarzu, zawsze w tym samym niebieskim fartuchu z kieszeniami pełnymi landrynek. Latem zabrali ją dzieci — przyjechali czarnym kombi, w jeden dzień spakowali wszystko do kartonów, a ją samą wsadzili na tylne siedzenie. Pamiętam, jak wychyliła się przez okno i krzyknęła coś do Zenka o rudym kocie, którego karmiła gotowaną rybą. Zenek obiecał, iż dopilnuje. Mieszkanie od tamtej pory stało zamknięte na klucz, dzieci Sokołowskiej nie kwapiły się ani sprzedać, ani wynająć — pewnie czekali, aż się wszystko formalnie poukłada, spadek, notariusz, te sprawy.
Pierwszej nocy, kiedy to się zaczęło, akurat nie mogłem spać przez ból w kolanie — pogoda się łamała, listopad w tym roku był mokry, żaden śnieg, tylko ten wieczny kapuśniaczek za oknem i zapach mokrego liścia z klombu pod blokiem. Koło północy usłyszałem przez sufit stukanie. Rytmiczne, uparte. Pomyślałem, iż to Zenek coś przestawia, bo od śmierci Basi nie sypiał normalnie, słyszałem czasem, jak chodzi po mieszkaniu o trzeciej w nocy.
Drugiej nocy stukanie się powtórzyło, dokładnie o tej samej porze. Wyszedłem na klatkę w kapciach, bo już mnie wzięła ciekawość, i zobaczyłem drzwi Zenka uchylone, a jego samego w drzwiach — w szlafroku, który wyglądał na damski, za duży na niego w ramionach. Stał i patrzył na drzwi naprzeciwko.
— Co tam, Zenek? — zapytałem cicho z klatki schodowej niżej.
— Kot — powiedział tylko, nie odwracając głowy. — Rudy kot Sokołowskiej. Skrobie do niej trzecią noc.
Nie wszedłem wtedy na górę, bo było zimno, a ja w samej piżamie. Wróciłem do siebie, ale nie zasnąłem. Leżałem i myślałem o tym kocie, którego nigdy nie widziałem, i o Zenku w tym babskim szlafroku, i o tym, iż jak się człowiekowi umiera żona, to zostaje mu pusty fotel, kubek, którego nikt nie umyje tak jak ona myła, i cała reszta ciszy, którą trzeba jakoś wypełnić.
Trzeciej nocy nie wytrzymałem i poszedłem na górę. Było kwadrans po pierwszej. Zenek stał na klatce, drzwi otwarte, światło z korytarza padało na wycieraczkę przed mieszkaniem Sokołowskiej. Tam, przy progu, siedziało coś, co ledwo przypominało kota — chudzina z wystającym grzbietem, sierść w kołtunach, ogon jak sznurek od pralki. Skrobał drzwi prawą łapą, miarowo, jakby odliczał sekundy, i w ogóle nas nie zauważał.
— Trzy noce tak robi — powiedział Zenek, kiedy mnie zobaczył. — Nie wpuszczam go, bo co ja z nim zrobię. A on nie odchodzi.
Usiadłem obok niego na schodku, bo kolano zabolało od stania, i patrzyłem, jak ten kot drapie drewno drzwi Sokołowskiej, w ogóle się nie zniechęcając, chociaż paznokciami już musiał zdzierać sobie pazury do żywego. W pewnym momencie Zenek nie wytrzymał, ukucnął przy nim i powiedział cicho:
— Nie ma jej tu, głupi. Wyjechała. Zabrali ją córki do Wrocławia. Rozumiesz?
Kot odwrócił łeb, spojrzał na niego żółtymi ślepiami przez dwie, trzy sekundy i wrócił do skrobania. I wtedy zobaczyłem, jak Zenkowi drgnęła szczęka — nie płakał, nie, ale coś w nim pękło, bo powiedział cicho, adekwatnie do siebie:
— On czeka na kogoś, kto go karmił. A ja czekam na kogoś, kto już nie wróci. Chyba się rozumiemy.
Wtedy, na tych schodach, coś w nim zdecydowało. Zniknął na chwilę do mieszkania i wrócił z puszką tuńczyka — pewnie ostatnią z zapasów po Basi, bo ona lubiła sałatkę z tuńczykiem na kolację. Wyłożył zawartość na spodek i postawił przed kotem. Ten rzucił się na jedzenie tak, iż aż się zakrztusił, i przez chwilę patrzyliśmy obaj, jak wychudzone zwierzę pochłania rybę, oglądając się co drugi kęs, czy nikt mu jej nie odbierze.
Od tej nocy Zenek zaczął zostawiać miskę na klatce. Kot przychodził regularnie, coraz mniej chudy, ale przez cały czas nie wchodził do mieszkania Zenka — siedział na wycieraczce Sokołowskiej, jakby to był jego posterunek, z którego nie zamierzał zejść, dopóki nie zjawi się adekwatna osoba. Zenek zaczął mówić do niego przez uchylone drzwi po prostu tak, żeby coś powiedzieć na głos — o Basi, o córce Justynie, która dzwoniła z Wrocławia raz w tygodniu i pytała, czy tabletki bierze, czy je normalnie. Powiedział mi kiedyś, iż kotu łatwiej się zwierzyć niż córce, bo kot nie odkłada słuchawki i nie musi zaraz wracać do dzieci.
Sprawa nabrała innego obrotu w połowie grudnia, kiedy pod blok podjechał ten sam czarny kombi, którym latem zabrano Wandę Sokołowską. Wysiadła z niego jej córka, Beata, w futrze nie na tę pogodę, z teczką dokumentów pod pachą — przyjechała podpisać coś u notariusza w sprawie mieszkania, bo w końcu zdecydowali się je sprzedać. Zenek akurat wynosił śmieci i zderzył się z nią na klatce.
— Pan Lipiński? — zapytała, poznając go. — Mama pytała o pana. Mówiła, żeby podziękować za kota.
— Kot tu ciągle przychodzi — powiedział Zenek. — Codziennie. Karmię go.
Beata spojrzała na niego z takim wyrazem twarzy, jakby dopiero teraz sobie coś przypomniała, i powiedziała, iż mama w domu opieki we Wrocławiu marnieje, iż nie je, iż wciąż pyta o "swojego rudzielca" i o mieszkanie, i iż lekarz mówił, iż to może być zwykła depresja starczego wieku, ale iż nikt nie wie, jak to leczyć. Zenek stał z workiem śmieci w ręku i słuchał, a potem powiedział coś, co mnie samego zaskoczyło, kiedy mi to później zrelacjonował:
— To niech pani go zabierze. Kota. Do niej. Może to jej pomoże bardziej niż tabletki.
Beata się zawahała — mówiła, iż w domu opieki nie wolno trzymać zwierząt, iż to niemożliwe, iż trzeba by zgody dyrekcji, papierów, zaświadczenia od weterynarza. Zenek nie odpuścił. Zadzwonił następnego dnia do tego ośrodka sam, przedstawił się jako sąsiad, opowiedział całą historię z trzema nocami skrobania, i poprosił, żeby chociaż rozważyli wyjątek. Kierowniczka placówki, jak się później okazało, miała słabość do kotów i sama trzymała dwa w gabinecie — zgodziła się na próbę, pod warunkiem szczepień i zaświadczenia od weterynarza.
Zenek zawiózł kota do lecznicy przy ulicy Wjazdowej własnym autem, zapłacił za szczepienia i odrobaczenie z własnej emerytury — sto osiemdziesiąt złotych, które odłożył sobie na opał na zimę. Powiedział mi wtedy krótko: "Basia by mnie zjadła, gdybym tego nie zrobił". Dostał zaświadczenie, kotu nadali imię Rudy — bo żadnego innego nie znali — i tydzień przed Wigilią Beata zabrała go do Wrocławia.
Dzwoniła do Zenka trzy dni później. Powiedziała, iż kiedy wniosła przenośną klatkę do pokoju matki, Wanda Sokołowska najpierw nie zrozumiała, co się dzieje, a potem, kiedy kot wyskoczył i wskoczył jej prosto na kolana, zaczęła płakać i gładzić go po grzbiecie, powtarzając w kółko to samo zdanie, które słyszałem kiedyś od Zenka, iż mówiła do kota na klatce: "jedz, jedz, rudzielcu mój, cały wychudzony". Tego wieczoru zjadła całą kolację po raz pierwszy od miesięcy.
Ja tego wszystkiego nie widziałem — słyszałem tylko od Zenka, kiedy schodziliśmy się na klatce przy skrzynkach na listy albo kiedy pożyczałem mu znowu wiertarkę, bo zabrał się w styczniu za wieszanie półek, które Basia od lat chciała mieć w kuchni, a on wciąż odkładał. Zauważyłem tylko, iż przestał wynosić śmieci rano, wrócił do wieczorów. I iż w drzwiach Sokołowskiej, kiedy w lutym w końcu sprzedali mieszkanie nowym lokatorom, nie było już żadnych zadrapań do zamalowania — Zenek sam poszedł do nich z pędzlem i lakierem do drewna i zamalował te rysy na dermie, zanim ktokolwiek zdążył go o to poprosić. Powiedział mi, iż to jedyne, co mógł jeszcze zrobić dla kota, który go nauczył, iż czekanie ma sens, jeżeli ktoś w końcu przyjdzie.

3 godzin temu








