Pola, zabierz tę orchideę, bo w przeciwnym razie ją wyrzucę powiedziała Kasia, wręczając mi przezroczystą doniczkę z kwiatem z parapetu, jakby jej wcale nie żal było rośliny.
Ojej, dzięki, kochana! Powiedz mi tylko, czym ci ta orchidea podpadła? spytałam, rozglądając się po parapecie, na którym stały jeszcze trzy dorodne, zadbane storczyki.
Ten kwiat dostał mój syn na ślub. A sama dobrze wiesz, jak to się skończyło westchnęła ciężko Kasia.
Wiem, twój Tomek rozwiódł się niecały rok po ślubie. O przyczynę nie pytam domyślam się, iż była poważna. Tomek przecież z Tosią był wręcz za pan brat nie chciałam rozdrapywać świeżej rany przyjaciółki.
Opowiem ci kiedyś, Polu, dlaczego się rozstali. Teraz jeszcze za bardzo to boli z żalem uroniła łzę.
Przyniosłam wygnaną i niechcianą orchideę do domu. Mąż rzucił na nią współczujące spojrzenie.
Po co ci ten marny kwiatek? W nim nie ma życia choćby ja to widzę. Nie marnuj na niego czasu.
Chcę mu dać odrobinę miłości i czułości. Wierzę, iż jeszcze cię zachwyci! pragnęłam tchnąć życie w ten smutny, niemal usychający kwiat.
Mąż zaśmiał się i porozumiewawczo mrugnął:
Od miłości jeszcze nikt nie ucierpiał!
Po tygodniu zadzwoniła Kasia:
Pola, mogę wpaść? Nie mogę już nosić tego ciężaru. Chcę ci wszystko opowiedzieć o nieudanym małżeństwie Tomka.
Kasiu, przyjeżdżaj od razu! Czekam na ciebie nie mogłabym jej odmówić. Przecież to ona wspierała mnie, gdy sama przeżywałam trudny rozwód, kiedy nie układało mi się z drugim mężem Nasza przyjaźń przetrwała wiele prób.
Przyleciała w godzinę.
Usiadła wygodnie przy kuchennym stole, a przy kieliszku wytrawnego wina, filiżance świeżo mielonej kawy i tabliczce gorzkiej czekolady zaczęła opowiadać:
W życiu bym się nie spodziewała, iż moja była synowa do czegoś takiego jest zdolna. Tomek i Tosia byli razem siedem lat. Długo się jej przyglądał. Dla niej zostawił Anię, moją ulubienicę. Zawsze mówiłam na nią córcia, taka była domowa i ciepła. Aż tu nagle pojawiła się piękna jak z okładki Tosia. Tomek oszalał, latał wokół niej, jak pszczoła do kwiatu. Miłość do Tosi była aż spalająca. Anię odsunął na bok.
Prawda, Tosia miała urodę modelki. Tomkowi sprawiało frajdę, gdy koledzy z podziwem zerkali na nią, przechodnie się obracali. Zadziwiało, iż przez siedem lat nie mieli dziecka. Myślałam: pewnie chce wszystko po kolei. Ślub, potem dzieci. Tomek nie lubił się zwierzać, a my z mężem szanowaliśmy jego prywatność.
Aż pewnego dnia postawił nas przed faktem:
Mamo, tato, oświadczam się Tosi. Składamy papiery w urzędzie, wesele będzie na bogato. Żadnych pieniędzy nie pożałuję!
Bardzo się ucieszyliśmy. Najwyższy czas, w końcu skończył trzydzieści lat.
Ale, wyobraź sobie Pola, datę ślubu dwa razy musieliśmy zmieniać raz Tomek zachorował, raz ja się opóźniłam w delegacji. Przyszło mi wtedy na myśl, iż coś jest nie tak. Nic synowi nie mówiłam był taki szczęśliwy. Po co zadręczać? Potem postanowił, iż chce z Tosią ślub kościelny, koniecznie u księdza Stanisława, z jego rodzinnej parafii. No, ale i tu się nie złożyło, bo księdza akurat nie było na miejscu. Same znaki od losu
Wreszcie wesele huczne, pełne śmiechu i radości. Zobacz na zdjęciach, jaka piękna ta orchidea była! Kwitnąca, liście sztywne, jak żołnierzyki, a teraz choćby nie chce się patrzeć. Z liści zostały tylko smętne strzępki.
Tomek z Tosią mieli jechać w podróż poślubną do Paryża. I tu pech. Tosi nie wypuścili z kraju wyszło na jaw, iż ma jakiś wielki mandat, którego nie opłaciła. Już na lotnisku zostali cofnięci. Tomek nie przejął się, wciąż bujał w obłokach, marzył o szczęśliwej rodzinie.
A wtedy nagle poważnie zachorował. Trafił do szpitala, lekarze rozkładali ręce. Tosia odwiedzała go przez tydzień, po czym oznajmiła:
Przepraszam, ale mąż inwalida mi nie pasuje. Złożyłam pozew o rozwód.
Wyobrażasz sobie Pola, co wtedy czuł mój syn, unieruchomiony w szpitalnym łóżku? Odpowiedział jej tylko spokojnie:
Rozumiem Cię, Tosi. Nie będę się opierał rozwodowi.
I rozeszli się.
Ale Tomek wyzdrowiał. Trafiliśmy na świetnego lekarza, doktora Piotra Bogdanowicza, który w pół roku postawił go na nogi. A doktor miał córkę Marysię, dwudziestoletnią, cichą i drobną. Tomkowi się nie spodobała:
Jakaś taka niziutka, choćby niezbyt urodziwa.
Kochany, popatrz głębiej. Z wyglądu wody nie wypijesz. Modelkę już miałeś Lepiej pić z wodą szczęścia niż żałości odpowiedziałam mu.
Syn nie mógł zapomnieć Tosi. Jej zdrada mocno go poraniła. A Marysia zakochała się w nim bez pamięci, dzwoniła, trzymała się bliżej, starała się.
Chcieliśmy ich do siebie zbliżyć. Pojechaliśmy razem na działkę, na grilla. Tomek cały czas chodził przybity, nie cieszył go ani ogień, ani szaszłyki, ani nasza wesoła gromada. Marysia łapała każde jego spojrzenie, ale on nie patrzył na nią ani razu.
Mówię do męża:
Cała ta swatanina na próżno. Tomek wciąż tęskni do Tosi, ona mu siedzi w sercu jak drzazga.
Minęło kilka miesięcy. Otwieram drzwi, a tu stoi Tomek. W rękach trzyma dobrze znaną orchideę.
Mamo, przynoszę ci resztki dawnego szczęścia. Rób z tym kwiatem, co chcesz. Mi już niepotrzebny.
Niechętnie ją przyjęłam, wręcz nie polubiłam jej. Jakby to ten kwiat był odpowiedzialny za nieszczęście mojego syna. Odstawiłam ją w kąt, nie podlewałam, nie patrzyłam.
Aż pewnego dnia spotkałam sąsiadkę:
Kasiu, widziałam twojego Tomka z jakąś drobną dziewczynką. Poprzednia żona była wyższa i ładniejsza.
Nie wierzyłam, iż to możliwe
Poznajcie nową synową. Ja z Marysią jesteśmy już małżeństwem powiedział Tomek, czule trzymając ją za rękę.
Spojrzeliśmy z mężem na siebie:
Jak to? A wesele? A goście?
Niepotrzebny ten cały zgiełk. Już to przerabialiśmy. Cicho wzięliśmy ślub cywilny, ksiądz Stanisław nas pobłogosławił. Teraz na zawsze razem.
Wzięłam syna na bok:
Tomku, pokochałeś tę dziewczynę? Nie skrzywdzisz Marysi? Nie robisz tego na złość Tosi?
Nie, mamo, nie mszczę się. Już się wyleczyłem. A z Marysią po prostu nasze światy się spotkały.
I taka to historia, Pola.
Kasia wypowiedziała wszystko do końca serca.
Po tej szczerej rozmowie nie widziałyśmy się dwa lata życie, obowiązki, codzienność.
Orchidea jednak odżyła i zakwitła pięknie. Kwiaty potrafią podziękować za troskę.
Spotkałam Kasię w szpitalu:
Cześć, przyjaciółko. Co tu robisz?
Marysia urodziła bliźniaki, dziś wychodzą do domu promieniała Kasia.
Tomek z jej mężem czekali nieopodal z bukietem czerwonych róż.
Na progu pojawiła się zmęczona, ale szczęśliwa Marysia, a za nią pielęgniarka niosła dwa śpiące zawiniątka.
Chwilę później przyszła moja córka z moją nowo narodzoną wnuczką.
Tymczasem Tosia, z żalem, prosiła Tomka o przebaczenie i danie nowej szansy
Ale filiżankę można skleić, tylko pić się z niej już nie da.
Z tej historii wnioskuję nie przedkładaj cudzych iluzji nad własne serce i pamiętaj, iż to, co pozwolimy zaopiekować się miłością niezależnie czy to człowiek, czy kwiat będzie kwitło i odwdzięczy się piękniejszym jutrem.

22 godzin temu





