Zwierzęta

Znalazłem powód, by się oświadczyć. Opowieść o sąsiedztwie, rasowym psie za darmo, kotce Misi i pannie Marcinie, która myślała, iż nikt już nie poprosi jej o rękę – aż do dnia, gdy z córką Polą odwiedziły starą kamienicę i spotkały A natoliego ze swoim nietypowym zaręczynowym planem
'Monarcha, wielki niedźwiedź Tallacu'. Część czternasta. / Schwengel2009
Wodzenie Niedźwiedzia w Kępie. Barwny korowód po raz 35 przeszedł ulicami wsi
Pogryzienie seniora na rowerze w Hańsku Pierwszym. Mieszkańcy czują się zagrożeni
Nietypowy gość na balkonie. "Spodziewaliśmy się sikorek, a tu takie ptaszysko przyleciało"
– No, Rudy, chodźmy już… – mruknął Walera, poprawiając prowizoryczną smycz ze starego sznurka. Zapiął kurtkę pod samą szyję i zadrżał. Tegoroczny luty był wyjątkowo paskudny – śnieg z deszczem, wiatr przenikał do szpiku kości. Rudy – kundelek o wyblakłej rudobrązowej sierści i ślepym oku – pojawił się w jego życiu rok temu. Walera wracał wtedy z nocnej zmiany w FSO i zauważył go koło śmietników. Pies był pobity, głodny, lewe oko zamglone. Głos przeciął ciszę jak brzytwa. Waleria od razu poznał – Serek Kosoń, lokalny “cwaniaczek” lat dwudziestu kilku. Przy nim trzech nastolatków – jego “ekipa”. – Spacerujesz – rzucił krótko Walera, patrząc pod nogi. – A ty, wujek, płacisz podatki za wyprowadzanie tego dziwadła? – zarechotał jeden z gówniarzy. – Patrzcie jaki pokraka, ślepia krzywe! Poleciał kamień. Trafił Rudego w bok. Pies zapiszczał i przytulił się do nogi opiekuna. – Spokój – wyszeptał Walera, ale w głosie zabrzmiała stal. – Oho! Walery “Złota Rączka” się odezwał! – Serek podszedł bliżej. – Nie zapomniałeś, iż to mój rewir? Tu pieski się wyprowadza za moją zgodą. Walera zesztywniał. W wojsku uczyli go rozwiązywać problemy gwałtownie i ostro. Ale to było trzydzieści lat temu. Teraz był tylko zmęczonym emerytem po Starej Fabryce, który wolałby nie mieć kłopotów. – Chodź, Rudy – odwrócił się w stronę bloku. – Lepiej, lepiej! – krzyknął za nim Serek. – Następnym razem twojego potworka załatwię na amen! Wieczorem Walera długo nie zasnął, mieląc tę scenę w myślach. Następnego dnia sypnęło ciężkim śniegiem. Walera zwlekał z wyjściem, ale Rudy patrzył na niego z taką wiernością, iż nie było odwrotu. – Dobra, gwałtownie się przejdziemy… Ostrożnie omijali typowe miejsca spotkań “ekipy”. Nigdzie ich nie było – schowali się przed pogodą. Walera już odetchnął, gdy Rudy nagle zastygł przy opuszczonej kotłowni. Nadstawił ucho, powęszył. – Co jest, staruszku? Pies zapiszczał i pociągnął za sznurek w stronę ruiny. Z wnętrza dobiegały dziwne dźwięki – płacz albo jęki. – Halo? Kto tam? – zawołał Walera. Cisza. Tylko wiatr wył między cegłami. Rudy napiął smycz, w oczach lśnił niepokój. – Co ty tam czujesz? Wtedy usłyszał wyraźnie – dziecięcy głos: – Pomocy! Walera odpiął smycz i poszedł za Rudym w ruiny. Za gruzami w bardzo złym stanie leżał dwunastolatek – pobita twarz, rozcięta warga, podarte ubranie. – Boże! – przyklęknął Walera. – Co się stało? – Wujek Walera? To pan? Przyjrzał się uważnie – Andrzejek Misz, syn sąsiadki z piątej klatki. Spokojny, cichutki chłopak. – Andrzej! Kto ci to zrobił? – Serek z chłopakami – zaszlochał. – Chcieli od mamy kasiory. Zagroziłem, iż zgłoszę do dzielnicowego. Złapali mnie… – Jak długo tu leżysz? – Od rana. Strasznie zimno. Walera zdjął kurtkę, okrył chłopca. Rudy przyturlał się bliżej, ogrzewał go własnym ciepłem. – Mógłbyś wstać? – Noga boli, chyba złamana. Walera ostrożnie obmacał nogę. Prawie na pewno złamana. Kto wie, co z resztą… – Masz telefon? – Zabrali… Walera wyciągnął starą Nokię i zadzwonił po pogotowie. Obiecali być w pół godziny. – Wytrzymaj chłopak, zaraz tu będą. – A jak Serek się dowie, iż żyję? – przeraził się Andrzej. – Przecież groził, iż mnie dobiją… – Nikt cię już nie skrzywdzi – zapewnił Walera. – Już nie. Andrzej spojrzał zaskoczony: – Ale wczoraj sam przed nimi uciekłeś… – To było coś innego. Chodziło tylko o mnie i Rudego. A teraz… Nie dokończył. Co miał powiedzieć? Że jeszcze w Afganistanie przysięgał bronić słabszych? Że prawdziwy facet nie zostawia dziecka w biedzie? Karetka przyjechała szybciej, niż obiecali. Andrzejka zabrali do szpitala. Walera został pod kotłownią z Rudym i myślami. Wieczorem przyszła mama Andrzeja, pani Świetlana. Łzy, wdzięczność, przysięgi pamięci. – Panie Walery, – mówiła przez łzy, – lekarze powiedzieli: jeszcze godzina na tym mrozie i… Uratował mu pan życie! – To Rudy go znalazł – Walera pogłaskał psa. – Co teraz będzie? – pani Świetlana spojrzała trwożliwie na drzwi. – Serek przecież nie odpuści. Policjant mówi, iż dowodów nie ma, słowa dziecka nie liczą się w sądzie… – Będzie dobrze – obiecał Walera, choć sam nie wiedział jak. W nocy nie mógł zasnąć. Rozważał, co robić. Jak pomóc chłopakowi? Ilu jeszcze tu dzieci znosi podobne piekło? Rano decyzja była już gotowa. Założył starą wojskową galę – z odznaczeniami i medalami. Przejrzał się w lustrze – żołnierz jak trzeba, choć wiekowy. – Chodź, Rudy. Mamy misję. Ekipa Serka jak zwykle koczowała pod spożywczakiem. Gdy zobaczyli Walerę w mundurze, zachichotali. – Patrzcie, dziadek na defiladę idzie! – wrzasnął któryś. – Jaki bohater! Serek wstał z ławki, uśmiechnął się złośliwie: – Spadaj, staruszku, twoje czasy się skończyły. – Moje dopiero się zaczynają – odpowiedział spokojnie Walera, podchodząc bliżej. – Czego tu chcesz, weteranie? – Bronić małych przed takimi jak ty. Służba dla Ojczyzny. Serek parsknął: – Jaka ojczyzna, jakie dzieci… – Andrzejek Misz – znasz takiego? Złośliwy uśmieszek zniknął z twarzy. – Co mnie do jakichś lamusów… – Powinieneś zapamiętać. To ostatnie dziecko w okolicy pobite przez twoją bandę. – Grozisz mi? – Ostrzegam. Serek zrobił krok w jego stronę, w ręce błysnęła pięść. – Zaraz pokażę, kto tu rządzi! Walera nie cofnął się choćby o milimetr. Lata minęły, ale wojskowe wyczucie nie zdradziło. – Prawo tu rządzi. – Ty będziesz prawo ustalał? – Serek wymachiwał pięścią. – Kto cię tu wsadził na stołek? – Mnie postawiło tu sumienie. W tej chwili zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Rudy, do tej pory siedzący spokojnie, podniósł sierść na karku. Z gardła wydobyło mu się groźne warczenie. – A twoja ślepa psina… – zaczął Serek. – Mój pies służył w Afganistanie – przerwał Walera. – W wykrywaniu min. Ma nosa do bandytów. To nie była prawda, Rudy był tylko kundelkiem. Ale Walera mówił z takim przekonaniem, iż wszyscy uwierzyli. choćby Rudy wyprostował się dumnie. – Odnalazł dwudziestu przestępców i wszystkich schwytał żywcem – dorzucił. – Myślisz, iż z jednym ćpunem sobie nie poradzi? Serek zrobił krok w tył. Ekipa zamilkła. – Słuchajcie dobrze – Walera ruszył do przodu. – Od dziś ten rejon jest bezpieczny. Codziennie będę obchodził wszystkie podwórka. Rudy będzie tropił łobuzów. Więcej nie będziecie się tutaj szarogęsić… Nie musiał kończyć – wszyscy zrozumieli. – Chcesz mnie postraszyć, staruszku? – Serek próbował zgrywać twardziela. – Ja tu zadzwonię… – Dzwoń – pokiwał Walera. – Ale wiedz, iż ja mam “układy” lepsze niż ty. Znam tylu w więzieniu, ilu ci się nie śniło. Mam przyjaciół, którym dłużny jestem całe życie. I to była bujda. Ale powiedział to tak, iż Serek zbladł. – Walera-Afganiec mnie nazywają, zapamiętaj. O dzieci więcej się nie zawadzi. Odwrócił się i ruszył w stronę bloku. Rudy szedł tuż obok, ogon wyprostowany. Za plecami zapanowała cisza. Minęły trzy dni. Banda Serka prawie zniknęła z okolicy. A Walera naprawdę codziennie patrolował podwórka. Rudy dumnie kroczył obok. Andrzej wrócił do domu po tygodniu. Chodzić jeszcze bolało, ale już mógł spacerować. Wpadł wtedy do Walery. – Wujku Walera, mogę pomagać przy patrolach? – zapytał niepewnie. – Możesz, ale najpierw pogadaj z rodzicami. Pani Świetlana chętnie się zgodziła. Cieszyła się, iż syn znalazł taki wzór. I tak co wieczór ulicami Pragi-Północ można było zobaczyć dziwną drużynę – starszego faceta w wojskowym mundurze, chłopaka i starego rudego psa. Rudego wszyscy pokochali. Dzieci mogły go głaskać, choć był tylko podwórkowy. Ale miał w sobie coś niezwykłego – jakiś honor. A Walera opowiadał młodym o wojsku, przyjaźni, wartościach. Słuchali, wstrzymując oddech. Pewnego wieczora Andrzej zapytał: – Wujku Walera, a pan kiedyś się bał? – Bałem się, – przyznał Walera. – choćby teraz czasem. – Czego? – Że nie zdążę. Że nie wystarczy mi siły. Andrzej pogłaskał psa: – Jak dorosnę, też będę wam pomagał. I też będę miał takiego psa. Mądrego. – Będziesz, oczywiście – uśmiechnął się Walera. Rudy tylko merdał ogonem. A cała okolica już ich znała. Mówiono – “To pies Walery-Afgańca. Poznaje bohaterów i odróżnia ich od szumowin”. Rudy dumnie pełnił swoją służbę – już nie był zwykłym kundelkiem. Został bohaterem i obrońcą całej dzielnicy.
Dinozaury, cukier i zabawa na śniegu – ferie w Ostrowcu Świętokrzyskim
Wyprowadził się i zostawił zwierzęta bez opieki
Ktoś porzucił szczeniaka z połamanym kręgosłupem na polu w gminie Skomlin
Gorzowianie oddają choinki dla alpak
Znalazłem powód, by się oświadczyć. Opowiadanie o sąsiedzkiej pomocy, bezinteresowności i szczęściu rodziny z kotem i psem – historia Mariny, Tolka, Polinki oraz ich nowych czworonożnych przyjaciół
Warsztaty tropienia rysi w Bieszczadach [ZDJĘCIA]
Trudny czas dla zwierząt
– Mamo, mam już dziesięć lat, prawda? – zapytał nagle Michałek, wracając ze szkoły. – No i co z tego? – mama ze zdziwieniem spojrzała na syna. – Jak to co? Przecież ty i tata obiecaliście, iż jak skończę dziesięć lat, pozwolicie mi… – Pozwolić? Ale co niby mamy pozwolić? – Pozwolić mieć psa! – O nie! – zawołała przestraszona mama. – Co tylko chcesz, choćby najdroższy elektryczny hulajnoga, bylebyś zapomniał o psie! – Więc tacy właśnie jesteście?.. – obrażony Michałek wydął wargi. – A tyle gadacie, iż słowa trzeba dotrzymywać, a sami o swoim zapominacie… No dobra… Zamknął się w pokoju na cztery spusty aż do powrotu taty z pracy. – Tato, pamiętasz, co mi z mamą obiecaliście… – zaczął, ale tata przerwał mu w pół zdania. – Mama już dzwoniła, wiem o twoim życzeniu! Tylko po co ci ten pies? – Przecież marzę o tym od dawna! Wiecie! – Czytałeś bajki o Małym i Karlssonie z dachu, i zachowujesz się jak dziecko! A wiesz, ile kosztuje rasowy pies? – Ja nie chcę rasowego! Wystarczy mi zwykły, a może choćby porzucony. Czytałem w internecie o takich psach – są bardzo nieszczęśliwe. – Nie! – przerwał tata. – Po co nam zwykły kundel? Ma być rasowy i młody. jeżeli znajdziesz w naszym mieście pięknego, porzuconego, rasowego, młodego psa – może się zgodzimy. – Takiego? – Michałek aż się skrzywił. – Tak! Będziesz go wychowywać, chodzić na wystawy… Ze starym już za późno. Znajdziesz – pogadamy. – No dobrze… – westchnął chłopiec, bo nigdy jeszcze nie widział na ulicy porzuconego rasowego psa. Ale nadzieja umiera ostatnia, postanowił próbować. W niedzielę zadzwonił do przyjaciela Wojtka, i zaraz po obiedzie ruszyli na poszukiwania. Obeszli chyba pół miasta, ale żadnego porzuconego rasowego psa nie znaleźli. – Już mam dość – powiedział zmęczony Michałek. – Wiedziałem, iż nikogo nie znajdziemy… – A może w przyszłą niedzielę pojedziemy do schroniska? Tam czasem są też rasowe psy. Musimy tylko znaleźć adres. Ale póki co, odpocznijmy. Usiedli na ławce, zaczęli marzyć, jak wezmą pięknego psa ze schroniska i razem będą go uczyć różnych sztuczek. Trochę pomarzyli i ruszyli do domu. Nagle Wojtek pociągnął Michałka za rękaw i wskazał coś palcem. – Michałek, patrz! Michałek spojrzał i zobaczył małego, brudnego białego szczeniaczka, który niezdarnie człapał po chodniku. – Kundelek – stwierdził Wojtek i gwizdnął. Szczeniak obejrzał się i z euforią pobiegł do chłopców, ale zatrzymał się dwa metry przed nimi. – Nie ufa ludziom – powiedział Wojtek. Michałek zagwizdał cicho i wyciągnął rękę. Piesek wyciągnął pyszczek do Michałka i zamiast uciec, tylko niepewnie machał ogonkiem. – Chodź, Michałek, po co ci taki pies? Ty szukasz rasowego! Rasowemu można nadać imię… a temu tylko Kropka, no, może Kuleczka pasuje. – Wojtek odwrócił się i odszedł. Michałek pogłaskał szczeniaka i poszedł za przyjacielem. Chętnie by go zabrał do domu. Nagle usłyszał piszczenie za plecami. Szczeniak skomlał. – Szybko, Michałek, chodź! Tylko nie patrz na niego! Tak na ciebie patrzy! – Jak? – Jakbyś był jego panem i chciał go zostawić. Wojtek pobiegł, ale Michałkowi nogi same się zatrzymały. Bał się obejrzeć. Gdy już zdecydował się ruszyć, poczuł pociągnięcie za nogawkę. Spojrzał w dół – napotkał czarne, ufne oczy. Zapominając o wszystkim, wziął pieska na ręce i przytulił. Już wiedział – jak rodzice nie zgodzą się na psa, ucieknie z domu, razem z nim. Ale rodzice mieli dobre serce… Nazajutrz po szkole czekali już na Michałka nie tylko mama i tata, ale też wykąpana, bielutka, wesoła Kropka.
Ruszył Zimowy Patrol Animalsów – akcja, która ratuje życie czworonogom w województwie lubuskim!
Związki homoseksualne u małp naczelnych. Co na to ewolucja?
Cykoria pilnie szuka domu
Enzo do adopcji
Fiona do pilnej adopcji
Klusek vel Tymek
Flip i Flap szukają domu
"Całują rączki" , czy rywalizacja z podszeptu natury i bez względu na płeć?
Wysokie kary na papierze, niskie wyroki w praktyce. Oprawcy zwierząt rzadko idą do więzienia
Zrzutka na nowe auto – pomóżcie ratować zwierzaki!
Hermes - Kocurek, ufny i miziasty szuka domu
Tess
Ron
Ciocia Róża: tajemnice z rodzinnego domu
NA WSZELKI WYPADEK Vera spojrzała obojętnie na płaczącą koleżankę, po czym odwróciła się do komputera i zaczęła coś gwałtownie pisać. – Zimna jesteś, Werka – usłyszała głos Olgi, kierowniczki działu. – Ja? Skąd ten wniosek? – Bo skoro tobie się w życiu układa, to nie znaczy, iż innym też tak będzie. Przecież widzisz, jak dziewczyna rozpacza. Przytulić by ją, może coś doradzić, podzielić się doświadczeniem, skoro ci tak dobrze… – Ja mam dzielić się doświadczeniem? Z Nadką? Oj, jej by to chyba nie pasowało… Próbowałam kiedyś, jak się pojawiała w pracy z podbitymi oczami – żeby drogę do biurka lepiej widzieć chyba. Wtedy jeszcze ciebie nie było. I nie, to nie facet ją bił – sama wpadała “przypadkiem” na rozmaite rzeczy. Kiedy tamten od niej odszedł, siniaki zniknęły – to już był trzeci, który uciekł. Wtedy chciałam ją wesprzeć, po koleżeńsku. Skończyło się na tym, iż to ja wyszłam na winną! Koleżanki mi wytłumaczyły: „Do Nadki nie przemówisz, ona wszystko najlepiej wie. Lepiej nie podchodź, bo wyjdziesz na wroga jej szczęścia!” Biegała do wróżek, urok rzucała – teraz się zmodernizowała, chodzi do psychologa. Leczy traumy. Nie rozumie, iż piecze wciąż tę samą szarlotkę, tylko ze zmienionymi jabłkami. Dlatego nie będę żałować, chusteczek nie zamierzam podawać. – Mimo wszystko, Wera, to nieładnie – powiedziała Olga. W czasie obiadu, kiedy cała ekipa siedziała przy jednym stole, rozmowy dotyczyły tylko byłego Nadki, drania i oszusta. Weronika jadła w milczeniu, nalała sobie kawy, usiadła w kącie, zdjęła stres scrollując Facebooka. – Werka – przysiadła się do niej pogodna, nieco pulchna Tania, która dziś jednak nie miała miny do śmiechu – a ty serio ani trochę nie żałujesz Nadki? – Tania, czego ode mnie chcesz? – Daj jej spokój – rzuciła przechodząca Irena. – Jak ona ma swojego ukochanego Wasyla, żyje jak pączek w maśle, to co jej do reszty, jak to jest, kiedy zostajesz sama z dzieckiem i ani grosza, ani wsparcia nie ma… A jeszcze próbuj wywalczyć alimenty od takiego tatusia! – Nie trzeba było rodzić, zwłaszcza nie wiadomo z kim i jeszcze na stare lata… – dorzuciła babcia Tania, najbardziej doświadczona z koleżanek. – Werka ma rację, ile razy ona już płakała, ile razy to samo… Kobiety zebrały się wokół szlochającej Nadki, doradzając na wyścigi. I co? Silna i niezależna Nadka postanowiła działać. Załatwiła wsparcie matki z rodzinnej wsi do opieki nad synkiem, a sama ruszyła w bój. Doczepiła grzywkę, brwi wyrysowała henna, rzęsy wydłużyła, kolczyka w nosie wszyscy jej jednak odradzili. I się zaczęło! – Oj, jeszcze zapłacze ten twój były, Nadka! – wspierały ją dziewczyny. – Wcale nie – mruknęła Werka – nie zapłacze, nie zatęskni. Nadka lada chwila znajdzie następnego takiego samego… – Łatwo ci mówić, bo twój Wasyl się nie bije, nie zdradza, nie pije! – Najlepszy chłop pod słońcem, nie podnosi ręki, nie biega za babami, kocha mnie na zabój. – Akurat! Każdy chłop taki sam! Uważaj Werka, odciągną ci twojego Wasyla! – Nie odciągną. Nie pójdzie na to! – Ja bym taka pewna nie była… – A ty bądź… Wino uderzyło do głów i panie już się licytują, która zdobędzie “idealnego” faceta Werki: – A chodźcie do Wery, zobaczymy, czy Wasyl się oprze takiej piękności jak my? Chyba nas nie zaprosi, boi się o swojego chłopa! – No to jedziemy! – Lecimy do Werki, zrywamy jej Wasyla, babcia Tania, idziesz z nami? – Nie, dziewczyny, Michał w domu czeka… idźcie się zabawić! – uśmiecha się Tania. Rozbawiona paczka wpada do Wery, śmiechy na kuchni, krzątanina: – To co? Zdążymy jeszcze coś ugotować? Wasyl zaraz wraca, zastawimy mu stół, aż padnie! – Nie starajcie się, grymasik z niego i tak dużo nie je. Ale zaraz będzie. Tłum się rozchodzi, zostają tylko Nadka, Olga i Tania. Popijają herbatę w przytulnej kuchence Weroniki, nieco skrępowane oczekiwaniem na słynnego Wasyla. – Wasyluś, skarbusiu, syneczku mój kochany! – pieści się Werka w przedpokoju, gdy ktoś wchodzi. Zgasły koleżankom uśmiechy – do pokoju wszedł… młody, przystojny chłopak. A to ci numer – mąż zdecydowanie młodszy od Werki! – Poznajcie, to mój syn – Denis… A Wasyl? – Zaraz, zaraz, a Wasyl gdzie? – Aaaa, z Wasyla to… kot! Po operacji, śpi, nie hałasować! I to cały sekret. Koleżanki zrozumiały: męża nie było nigdy, z Wasyla… kot – Werka zmyśliła resztę dawno temu, a one uwierzyły. – gwałtownie wyszłam za mąż, pierwsza miłość, dziecko, rozstanie. Drugi raz bliżej trzydziestki – obietnice, plany, cud-mąż, ale „jego” dzieci, a mój syn – nie pasują… Trzeci raz, już świadoma, parę ciosów – i w końcu dość! Synek się ożenił, zrobiło się cicho – przygarnęłam kota. Z Wasylem nam dobrze: do kina można iść, na wakacje – nikt nikogo nie rozlicza. Czasem Deniskowi dziwnie, iż nie mieszkamy razem, ale… po co się zmuszać dla opinii innych? Dziewczyny wychodzą zamyślone… Szczególnie Nadka. Ale Nadka nie dała rady jak Werka… Po miesiącu już fruwała na skrzydłach z nowym wybrankiem – i świeżymi bukietami kwiatów na biurko. Werka z babcią Tanią tylko się uśmiechały. – A jak tam twój Michał? – Już lepiej, rana zagojona – jak na psie, dziewczyno! Wnuki przyjeżdżały, pytali, czy na wystawę go nie szykuję – gdzieżbym tam psa męczyła! A Nadce już się układa… – Jedni mają zwierzaki, inni mężów… – Każdemu wedle potrzeb – zaśmiała się babcia Tania. – Może tym razem jej się poszczęści? – Może… – O czym szepczecie? – O tobie, Nadka, oby ci się w końcu poukładało. – Wiem, jak to wszystko wygląda, ale ja naprawdę nie umiem być sama… – Przestań się tłumaczyć, każdy żyje tak, jak lubi… – Werka – dogoniła Weronika na parkingu głos Nadki. – Ty… jakby co, to podpowiesz, jak opiekować się kotami? Lepiej kota czy kotkę przygarnąć…? – Idź już, czekają na ciebie… jakby co, zobaczymy… – uśmiechnęła się Weronika. – Tak tylko, na wszelki wypadek…
Justyna Steczkowska ruszyła do schroniska dla zwierząt. "Czasem pomoc nie krzyczy"
Afganistan, życie na polu bitwy
Namibia, kraj pustynnego safarii
Szwejk - Biało czarny uroczy kocurek szuka domu
Smutek w ogrodzie zoologicznym. Odszedł kucyk Maciuś, symbol tego miejsca
Żal pracowników i zwiedzających. Odeszło zwierzę, które jest historią atrakcji z woj. łódzkiego
Choszczno. Czworonożny uczestnik zdarzenia pod opieką policjantów
Schronisko w Radlinie uruchomiło telefon alarmowy. Można dzwonić w sprawach znęcania się nad zwierzętami
Apel do mieszkańców po wydarzeniach w chełmskim schronisku
Dziki weszły na tory, sparaliżowały ruch tramwajów. Nagranie
Pod jego domem zamieszkał niedźwiedź. "Wyskoczyłem z łóżka"
Zostawił zwierzęta na mrozie i wyprowadził się. Grozi mu więzienie
Zmiana kodu, trójka z przodu. Urodzinowa uczta „trzydziestek” z Zamościa
„Rysowanie krok po kroku” książki, które uczą rysowania część 2
Miłość do Boga i Ojczyzny
Serce rodzica. Opowieść Dziękuję za wsparcie, za polubienia, za każdy komentarz, za to, iż nie pozostajecie obojętni, za subskrypcje i OGROMNE podziękowania za wszystkie wpłaty – ode mnie i moich pięciu futrzastych kotów. Będzie mi bardzo miło, jeżeli podzielicie się opowiadaniem w mediach społecznościowych – to też wsparcie dla autora! – Czemu taka dziś od rana przygaszona? choćby się nie uśmiechniesz… Chodź, zjedzmy śniadanie. Mąż wszedł do kuchni przeciągając się zaspany – w końcu wolna sobota. Na kuchence skwierczała jajecznica z boczkiem, żona nalewała herbatę. Na talerz z impetem włożyła mu większą połowę jajecznicy i kromkę chleba – Jedz, no weź widelec! – Coś nie tak zrobiłem, Natalio? – zapytał łagodnie Arkadiusz. – Zrobiliśmy razem – nie tak wychowaliśmy dzieci – Natalia z westchnieniem usiadła obok i zaczęła jeść bez większego apetytu. – Córka i syn już dorośli, wszystkiego sobie odmawialiśmy, wychowując ich w ciężkich czasach. Wspieraliśmy ich, a kto nas wesprze – choćby dobrym słowem? U nich zawsze problemy: albo im się żyć nudzi, albo pieniędzy brak. I u Magdy, i u Michała tylko narzekanie. – Skąd ci się to wzięło? Arkadiusz już dojadł jajecznicę i z przyjemnością smarował świeżą kromkę masłem, a na wierzch konfiturę. – Tobie dobrze, oni mi wszystko piszą – matce. Michał wczoraj chciał z rodziną wyjść na kręgle, prosił parę złotych do wypłaty, zdenerwowałam się i nie dałam. Obraził się… Magda przedtem dzwoniła, z karierą piosenkarki jej nie idzie i humor paskudny… To przesada, lubi śpiewać? Niech śpiewa dla przyjemności, ale pracować też trzeba! Chciałaby zarobić śpiewaniem, ale nie każdemu to pisane, czas w końcu zrozumieć, znaleźć porządną pracę! W dzieciństwie z Michałem byli nierozłączni, teraz prawie nie rozmawiają! Natalia odsunęła od siebie ostygłą jajecznicę, sięgnęła po herbatę. – Nie martw się tak, ułoży się… Sami byliśmy młodzi, pamiętasz… – uspokajał ją Arkadiusz. Ona aż się zagotowała: – Co ty gadasz, Arkadiuszu, to ty przypomnij sobie! Żyliśmy skromnie i wszystko nas cieszyło. Michał się urodził – radość. Koleżanka podarowała mi wózek i łóżeczko, siostra ubranka po starszym synu, śpioszki, pieluszki. Wszystko używane, ale jak nowe – dzieci gwałtownie rosną. I szczęśliwi byliśmy. A jak kupiliśmy malucha, dumni byliśmy! Garaż przy bloku, czuliśmy się bogaci! A dla naszych jak nie byli za granicą, to życie zmarnowane… Czy my ich tego uczyliśmy? – Czasy się zmieniły, Natalia, pokus więcej, a są młodzi… Poczekaj, zrozumieją. – Ech, żeby nie było za późno. Wszystko przelecą w pogoni za pieniądzem, a życie leci, Arkadiusz… Jak spojrzę w lustro – czy to naprawdę ja? Już babcia… Ty już dziadek… Rozmowę przerwał dźwięk telefonu, dzwonił Michał. – No znowu coś… – Natalia sięgnęła po telefon. Słuchała coraz bardziej zszokowana, aż poderwała się z krzesła. – Arkadiuszu, gwałtownie się ubieraj, Michał wylądował w szpitalu, sąsiad z sali dzwonił! – Co się stało?! – Arkadiusz od razu zaczął się szykować. – Dokładnie nie wiem, szlifierką po ręce, tarcza pękła i przecięła… Chyba próbują uratować dłoń… Oby wszystko się dobrze skończyło… Chodźmy! Oboje ubierali się w pośpiechu, jeszcze nie starzy, ale już nie młodzi – rodzice z zatroskanym wzrokiem. I pobiegli, zapominając o wszystkim, do szpitala do syna… W drodze zadzwoniła Magda: – Mamo, wpadnę do was na obiad, dobrze? – Przyjdź, córko, chyba już wrócimy – krzyknęła zapłakana Natalia i biegnąc, nie dosłyszała odpowiedzi… W szpitalu ich uspokoili, dłoń udało się uratować, ale na razie nie wpuszczą do syna. – jeżeli nie wpuszczacie, to i tak nie odejdę, będę czekać – powiedziała Natalia i usiadła w holu, Arkadiusz przy niej. Wtem wbiegła Magda i rzuciła się do rodziców: – Mamo, czemu jesteście tacy zmartwieni? Wszystko się dobrze skończyło! Michał miał fuchę, naprawiał komuś samochód, coś się nie odkręcało, odciął śruby i przeciął rękę. Wszystko zeszyli, palce ruszają się, już z nim pisałam, nie martwcie się! – Skąd wiesz? – westchnęła Natalia. – Zawsze trzymamy z Michałem kontakt i z jego żoną też, pomagamy sobie! Co z tego? – Myśleliśmy, iż w ogóle nie rozmawiacie… – wyjaśnił Arkadiusz. – Tato, wy jesteście tacy zaradni i silni, umiecie wszystko przetrwać, nie chcemy was martwić… – uśmiechnęła się Magda – I oboje świeżo wyglądacie, więc nie wtrącamy się w wasze życie, niech teraz trochę odpoczniecie. – No nieźle to wymyśliliście, a ja myślałam, iż już się nami nie interesujecie – zaśmiała się Natalia. – Co ty, mamo, po prostu wasze pokolenie to tytani. Chcemy być jak wy, ale nie zawsze wychodzi… Staramy się, rozumiecie? Rodzice się uśmiechnęli, już bez takich trosk. – Mamo, tato, chciałam wam powiedzieć – mam pracę! A śpiewać zapraszają mnie na różne wydarzenia: w przedszkolu, przedwczoraj w domu opieki – bili brawo! Jedna babcia zapłakała, bo jej córka znana piosenkarka, ale ciągle w rozjazdach i oddała mamę do domu opieki. Straszne! Nagle Magda objęła rodziców: – Bardzo was kochamy z Michałem, już nie myślcie… Wtedy pielęgniarka pozwoliła im na krótkie odwiedziny u syna. Natalia ledwo powstrzymała łzy, ale Michał powiedział: – Mamo, już dobrze, wszystko minęło. Nie martwcie się. Tato, przecież sam mówiłeś, jak cię kiedyś szerszenie w garażu pogryzły, trafiłeś do szpitala, ledwo przeżyłeś. Różne rzeczy się zdarzają… Jak tylko stąd wyjdę – przyjdźcie do nas na Sylwestra, bo ostatnio tylko gonitwa i rzadko rozmawiamy, zgoda? Magda chce was w końcu z chłopakiem poznać, jeszcze wam nie mówiła… Do domu Natalia i Arkadiusz wracali pieszo – dla spaceru. Nie starzy, ale już nie młodzi rodzice. Ach, to rodzicielskie serce, ono zawsze martwi się o dzieci. Wydaje się, iż u innych dzieci jak dzieci, a dla swoich chciałoby się najlepszego, żeby słuchały, żeby życie miały łatwiejsze. Ale one mają swoją drogę – jaka by nie była… I nasze dzieci są wspaniałe, bo przecież to nasze dzieci…
Chcą zakazu fajerwerków na terenie miasta, także w Sylwestra. Do władz wpłynęła petycja
Pałacyk Pod Pszczółką burzony. Nie ma wątpliwości, to koniec pewnej epoki
Ogromny odzew po apelu schroniska w Sosnowicach. „Odpowiedzieliście całym sercem” [FILM]
Ten odkurzacz pionowy gwarantuje maksimum mocy i minimum wysiłku! Lekki, wygodny, dokładny