Biruk – opowieść z polskiej puszczy

13 godzin temu

O, twardy z ciebie człowiek, panie Włodzimierzu! Nie na darmo wołają na ciebie Wilk! Uśmiechu choćby się nie doczekasz. Popatrzeć na ciebie, aż lęk człowieka bierze. Czy cię życie zmroziło do cna, czy co? Nic ci nie cieszy?

Pelagia jeszcze coś mówiła, ale Włodzimierz już jej nie słuchał. Wziął swoje zakupy ze sklepowej lady w jedynym sklepie w osadzie i ruszył do wyjścia.

A twoja Lonia przyjechała do matki ostatnimi dniami. Chłopaka przywiozła. Słyszysz, Włodzimierzu? A może to jednak twój dzieciak? Tak go chcesz zostawić bez ojca, żeby błąkał się po świecie? Bo podobny do ciebie!

Słowa dogoniły Włodzimierza w drzwiach, aż potknął się o niski próg. Nie odwrócił się jednak. Po co? I tak niczego nie udowodni. Nigdy nie był przyzwyczajony rozkładać swego życia na widok innych. Każdy i tak wszystko wie albo jeszcze wymyśli. Nie wytłumaczysz, nie opowiesz. I nie trzeba. To sprawy między nim a Lonią. Obcych tu nie potrzeba.

Mocne, jak na wiosnę zaskakująco ciepłe słońce, ogrzało twarz Włodzimierza, zmuszając go, by przymknął powieki. Zaraz opadły ciężkie, zmieniając jego oblicze w wykutą maskę. Nie otwierając oczu, przeszedł parę kroków i zadrżał od dziecięcego okrzyku:

Uważaj!

Chłopak podbiegł do sklepowych schodów, podniósł dwa szczenięta baraszkujące przy wejściu.

Nie nadepcz ich, proszę!

Nos trochę zdarty, ciemne oczy, powieki ciężkie i odstające lekko, jak u niego samego, uszy. Podobny! Nic dziwnego, iż sąsiadki plotkują, aż furczy. Ale Włodzimierz dobrze wiedział, iż ten chłopak nie może być jego synem. Krewny, owszem, ale nie najbliższy.

Nie chciałby pan szczeniaka? Zobacz pan, jakie łapy! Jak u wilka! Silny będzie!

Włodzimierz miał dość siły skinąć głową i minąć zakręt, choć nie w tę uliczkę skręcił, co trzeba, a w pierwszą z brzegu. Tam opadły z niego wszelkie siły. Oparł się o wysoki płot Smirnowych, łapał powietrze, nie rozumiejąc, jak teraz dalej żyć.

Za co to wszystko? Po co ona znowu przyjechała? Po co przywiozła chłopca, który mógłby być jego synem, gdyby Czyżby Olek ją naprawdę zostawił?

Myśli kotłowały się w głowie, serce biło nierówno, bolało tak jak wtedy siedem lat temu. Wszystko pamięta, przeklęte! Nie każesz, nie uciszysz! A trzeba by!

Luba Smirnowa trzasnęła furtką, podniosła brwi, rzuciła się do Włodzimierza:

Włodek! Co z tobą? Źle ci? Chodź, pomogę! Czy może zawołać Janka?

Ciepłe dłonie przeszły po jego ramionach, Włodzimierz otworzył oczy.

Nie trzeba, Lubo! Dzięki! Zaraz… zaraz już pójdę…

Gdzie ty pójdziesz, biedny mój! Oprzyj się na mnie! Spokojnie, krok po kroku. No, brawo! Jaki ciężki, Jezu! Włodku! Nie wolno ci tak serca niszczyć. Kto za ciebie odpowie? Mnie będą winą obarczać, przecież jesteś moim pacjentem! Zaraz ci ciśnienie zmierzę i zastrzyk dam, może choćby dwa. I będziesz świeży jak ogórek z ogródka! Idziemy!

Nogi odmawiały posłuszeństwa, ale Luba była silna. Niemal wciągnęła go na swoje podwórko, przymknęła furtkę i krzyknęła:

Janek! Chodź tu mi pomóc!

Dalej Włodzimierz pamiętał już niewiele. Obudził się na kanapie w domu Smirnowych. Coś przygniatało mu pierś już myślał, iż serce mu naprawdę szwankuje. Otworzył oczy, uśmiechnął się słabo.

Puszysta dymna kotka, leżała u boku, lizała jednego z kociąt. Reszta kotłowała się po jego torsie.

Nasza Mrużka ludzi wyczuwa jak nikt! Przyniosła ci dzieci, bo widzi, iż dobry z ciebie człowiek, Włodku. Innym by nie zaufała.

Luba odłożyła zeszyty córek, przy których sprawdzała lekcje, zabrała się za Włodka.

No i dobrze! Już wracasz do siebie. Puls równy, spokojny. Ale nie strasz mnie już więcej! Dróg rozmytych dużo, pogotowie nie dojedzie. Po co ci śmierć w głowie? Jeszcze nie wszystko zrobiłeś, co trzeba.

Co ja mam robić, Lubo? Zorza i Burek. To cały mój świat dziś.

Krowę masz porządną, trzeba o nią dbać. A jak będziesz chorować, to co z nią?

Włodzimierz dopiero zauważył, iż zasłony szczelnie zasłonięte i świeci się światło.

Która godzina, Lubo?

Leż! Późno. Do domu dziś cię nie puszczę, u nas zostaniesz. O Zorzę się nie martw, mijałam ją, w porządku jest.

Luba wzruszyła się, odłożyła stetoskop, przytuliła męża i poszła do kuchni, a Janek przysiadł się przy Włodku.

Źle ci?

Sam nie wiem, co się ze mną dzieje.

Ja wiem. Lonia.

Nie dobijaj mnie, Janek. Włodzimierz odwrócił się i spotkał kocie, zielone oczy.

choćby Mrużka widzi twój ból. Janek podrapał kotkę za uchem. Zwierzęta są mądrzejsze czują, iż człowiek sam źle się czuje. Ona najpierw sama przyszła, dopiero potem koty. Chciała, żebyś się uspokoił.

A tobie, Janek, czego moja bieda potrzebna?

Dość mam swojej. Ale gdy ja pomocy potrzebowałem, ty nie pytałeś, tylko pomagałeś. A dług powinno się spłacać. Daj mi chociaż spróbować, jeżeli mogę coś zrobić.

Jak tu pomożesz?

Babcia powiadała: czasem trzeba wygadać biedę, wykrzyczeć choćby w dół ziemi. Nie trzymaj w sobie! Spali cię to od środka.

Co mam ci mówić, Janek? Wstyd mi jako facetowi. Takich rzeczy się nie wynosi. Sam wiesz, jak kochałem Lonię. Sam widziałeś od szkoły za nią latałem. Po wojsku do niej wracałem. Czekała I stałeś z nami w USC, wszystko wiesz.

Wiem. Ale nie wiem, czemu się rozeszliście. Nagle Lonia w mieście, ty na gospodarce. Matka twoja poleciała wtedy krowę sprzedawać i płakała, a tłumaczyć nie chciała.

Powiedziałem rodzicom, iż już jej nie kocham i nie mogę z nią być. Nie zrozumieli mnie…

Przecież nic się bez przyczyny nie dzieje. Co się stało?

Włodzimierz odwrócił się, łzy chciały napłynąć, ale oczy wyschły dawno. Wszystko już wypłakał, w lesie, kiedy szlochał jak dziecko, a przebaczyć nie umiał.

Nie uwierzę, by cię zdradziła. To nie Lonia.

Widziałem ich Gdyby ktoś powiedział nie wierzyłbym.

Janek aż westchnął.

Powiedz mi wszystko jak było! Coś jest nie tak…

Sama kłamstwo, Janek. Od początku do końca. Mówiła, iż kocha tylko mnie, a jednak… Przez to nie tylko żonę, ale i rodzinę straciłem. Siła u nas zawsze była ważna. Co to za chłop, jeżeli żona innego woli? Nie ma siły nie ma i człowieka…

Przestań, jeszcze to nie koniec. Trzeba rozważyć wszystko.

Pamiętasz, jak na długo do miasta pojechałem sprawy załatwiać? Farma miała powstać. Lonia pierwsza chciała. Pojechałem namówiła. A potem

Nie pamiętam, by ona z kimś była. Byłoby głośno.

Bo wszystko w domu się działo. Komu takie sprawy się wylewa? westchnął Włodzimierz. Przepraszam, Janek, trudne to dla mnie. Tyle lat milczałem. Masz rację To i mnie przygniotło jak głaz. Każdego dnia większy.

Z kim ona była?

Z Olkiem. Z moim kuzynem. Właśnie przyjechali z matką, mieli się tu urządzać. Ponad pół roku razem mieszkaliśmy wszyscy.

Widziałem jej chłopca Dobry taki. Ale nie wierzę, iż Lonia mogla tak postąpić!

Jakie tu wątpliwości, kiedy widziałem na własne oczy?! Włodzimierz próbował się podnieść, ale Mrużka syknęła i przycisnęła go łapą.

No widzisz, kot broni małych, choć dopiero się urodziły. A ja nie chciałem do lekarza Może to ze mną było coś nie tak… Nie uwierzyłbym, iż mogło być coś złego we mnie.

Nie wymyślaj sobie… A może naprawdę unikałeś własnego dziecka w tym lesie?

Nie gadaj głupot! podniósł głos, ale Luba zajrzała z kuchni i zamilkł. Liczył umiem: dwa plus dwa nie daje tyle.

Co nie wychodzi?

Ciotka, matka Olka, tłumaczyła mi wszystko…

Dowód znalazłeś! Ale powiedz co zobaczyłeś, gdy wróciłeś?

Stali w kuchni objęci. Olek ją całował! A ona nie protestowała…

Zaszkliły się mu oczy, a Luba podała zastrzyk Włodzimierz zasnął.

Janek poprosił żonę na bok:

Wszystko słyszałaś?

Wszystko.

Co myślisz?

Idę Dłużej czekać nie można. Widziałam Lonię jak cień. Klnę się, iż to nie jej wina. Oczy ma czyste, prosto patrzy, niczego się nie boi. Idę do ciotki Włodka i do Loni. Długo tego nie uniosą. Jemu serce wysiada!

Luba narzuciła kurtkę i poszła. Janek siedział na schodach z papierosem. Życie, myślał, to trudna rzecz. Gdy się wydaje, iż już się szczęście złapało, tylko piórko w dłoni zostanie. Ile sami przeszli: pogrzebali rodziców, stracili syna, później przyjęli córeczki jak dar… Luba latami nie mogła przebaczyć sobie, iż przegapiła chorobę synka. Dopiero przy dziewczynkach poczuła spokój.

Gdy furtka skrzypnęła, świt już się przelewał przez wieś. Luba z twarzą zroszoną łzami weszła pod światło.

Ciężko?

O, Janek… Czasem ludzie gorsi od zwierząt.

Rozpłakała się, cicho, dziecinnie.

To jednak syn Włodka, Janek! Teraz już wiem na pewno. Tamara, jego ciotka, przyznała się we wszystkim.

Jak ci się udało?

Nie wiem, może jeszcze sumienie ją ruszyło… Do Loni szłam pierwsza. Opowiedziała jak było: była już w ciąży, nie zdążyła się przyznać, bała się, iż znowu poroni. Miała już trzy… Nigdy nikomu nie mówiła, choćby mężowi.

Luba prawie krzyczała, a Janek przytulił ją do siebie.

A potem?

Tamara kazała Olkowi udawać tę scenę. Sama knuła. Mściła się na siostrze matki Włodka za dawne sprawy o mężczyznę, o dawne zazdrości.

To okrutne!

Tak… Lata w sobie to trzymała, a jak wróciła do rodziny po latach, żeby była silna. Wiedziała, iż jeżeli złamie Włodkowi życie, to cała rodzina się rozpadnie…

Tamara była u Tani?

Zaprowadziłam ją sama, przyznała się siostrze, przepraszała, padła do stóp.

Tania wybaczyła?

Pewnie kiedyś. Kazała jej z synem odejść. Sama pobiegła do Loni, przepraszać. Długo nie puszczały mnie stamtąd. Lonia syna nazwała Sergiusz, po dziadku Włodka.

Janek objął mocno Lubę.

Dałaś radę, moja dobra!

Za późno, Janek… Gdyby rozmawiali otwarcie… Dlaczego ludzie tak się lękają własnych uczuć? Uff, taka jestem zła, iż można placki smażyć na mojej złości!

To ja z chęcią zjadłbym śniadanie… A ty pewnie nie wiesz, gdzie lodówka! żartował znów Janek.

Idź, ogól się, a ja zrobię placki. Dziewczyny zaraz wstaną, Włodka trzeba nakarmić. Dzień ciężki go czeka.

Słońce wspięło się na brzeg złocącego się nieba i wylało światłem na Lubine podwórko.

Włodzimierz, jeszcze słaby, wyszedł na ganek i przymknął oczy.

To ty jesteś moim ojcem? usłyszał głos.

Chłopak siedział na schodkach, tulił do siebie znane już szczenię.

Patrz! Ma łapy jak wilk. Dobry pies będzie, co?

Włodzimierz usiadł obok chłopca na starej smirnowskiej ławie, potarł psa po karku.

Piękny wybór. Dobry kumpel z niego będzie.

Spokojne czarne oczy, tak podobne do jego, patrzyły wprost w duszę. Włodzimierz położył dłoń na ramieniu chłopca, ścisnął lekko i skinął głową:

Tak. Jestem twoim ojcem, Sergiuszu.

To dobrze! Chodźmy do domu, mama robi śniadanie. I babcia przyszła. Obiecała, iż pójdę dziś z nią do koni. Mogę?

Włodzimierz nagle poczuł, jak spada z niego pętla bólu, która przez lata nie dawała mu oddychać ani mówić. Coś w środku rozciągnęło się, przyniosło uczucie wolności i radości. Głos miał znów pewny i cichy.

Wziąwszy od syna szczeniaka, wstał, skinął głową i rzekł:

Możemy! Chodź, synu. Tyle jeszcze razem mamy do zrobienia. Tyle rzeczyIdąc przez świeży, słoneczny poranek, Włodzimierz poczuł pod stopami miękkość ziemi, którą znał jak własną kieszeń, a jednak teraz zdawała się inna jakby lżejsza. Sergiusz trzymał go za rękaw, szczeniak łagodnie merdał ogonem i tulił się do nogi. Po werandzie rozniosła się woń pieczonych placków i znajome głosy kobiet ciche, ciepłe słowa, przerywane śmiechem.

Po raz pierwszy od lat Wilk poczuł, iż wraca do siebie naprawdę, nie tylko z cienia śmierci, ale ku czemuś, co może nazwać domem. Obok chłopca podreptała Mrużka z kociętami wplątanymi pomiędzy stopami i choćby ona, zwykle dzika i nieufna, teraz dawała się głaskać.

W progu czekała Lonia; twarz miała bladą, zmęczoną, a jednak piękniejszą niż kiedykolwiek. Bez słowa spojrzała Włodkowi w oczy. Wyciągnął do niej wolną rękę, potem przygarnął i po raz pierwszy od lat pozwolił sobie płakać cicho, z ulgą, bez wstydu. Poczuł, jak Lonia ściska jego dłoń, ciepło i pewnie, a chłopiec wtula się w nich oboje.

Za oknem szumiały wierzby nad rzeczką, na podwórku szczekała krowa Zorza i odzywała się Burek, jakby cały świat przyznawał temu gestowi rację. W jednym krótkim ułamku sekundy Włodzimierz zrozumiał, iż przeszłość jest jak cień towarzyszy, ale nie przysłania już słońca.

Wszedł z rodziną do kuchni, gdzie czekały na nich zapachy, ciepło i nowa codzienność. Na stole znalazły się kubki, pieczone placki i świeże mleko zwykłe rzeczy, tak naprawdę największe skarby. A kiedy Sergiusz wybuchnął śmiechem, a Luba ścisnęła Włodka za rękę, wiedział już na pewno: życie, choć trudne i pokręcone, zawsze daje szansę na spokój jeżeli tylko się przed nim otworzyć.

Tak zaczynał się ich nowy dzień. I choć nie wiedzieli jeszcze, co przyniosą kolejne, byli razem przy jednym stole a to znaczyło wszystko.

Idź do oryginalnego materiału