Znowu się liże! Bartek, zabierz go ode mnie!
Żaneta patrzyła z irytacją na Teosia, który nieporadnie skakał pod jej nogami. Jak to się stało, iż trafili akurat na takiego łobuza? Przecież ile się naszukali, naczytali o rasach, konsultowali z behawiorystą Mieli świadomość, jaka to odpowiedzialność. W końcu padło na owczarka niemieckiego, żeby mieć wiernego kompana, stróża i obrońcę, takie 3w1. Tyle iż tego obrońcę to samemu przed kotami trzeba chronić…
Daj spokój, przecież on jeszcze dzieciak. Zobaczysz, wyrośnie na porządną psinę.
No tak, jasne. Tylko czekam, kiedy ten kłapouch urośnie. Widziałeś, ile on żre? Z naszych wypłat ledwo go wykarmimy. I nie tup, ogarnij się, dziecko zaraz obudzisz! burknęła Żaneta, zbierając buty, które Teoś zdążył roznieść po całym mieszkaniu.
Mieszkali na Woli, na parterze w ogromnej kamienicy z lat 50., z oknami prawie przyklejonymi do asfaltu. Fajne miejsce, tylko był jeden minus. Okna wychodziły na ślepy zaułek między blokami. Wieczorami snuły się tam cienie, schodzili się faceci pogadać, czasem wybuchały awantury.
Prawie cały dzień Żaneta była z małą Małgosią sama w domu. Bartek rano wychodził do pracy do Muzeum Narodowego, a po godzinach przesiadywał na pchlich targach, buszował po antykwariatach. Artystyczne oko, jak mówiła Żaneta, potrafiło wyłowić z tłumu prawdziwe perełki: malarstwo, rzadkie książki, interesujące przedmioty. Bartek był zapalonym kolekcjonerem. Powolutku w mieszkaniu zebrała się niezła kolekcja obrazów, a w kredensie z PRL-u pyszniły się talerze z Ćmielowa, figurki z czasów socrealizmu i sztućce z początków XX wieku… Żaneta trochę się bała o to wszystko, zostając sama z dzieckiem co i rusz ktoś w klatce coś ukradł.
Żaneta, o której iść z Teosiem na spacer? Teraz czy może po obiedzie?
Nie wiem. I szczerze mówiąc, to nie moja sprawa, tylko twoja psia odpowiedziała z lekkim śmiechem.
Na hasło spacer Teoś zwariował, pognał do przedpokoju ledwie zwolnił na zakręcie chwycił smycz i przybiegł z powrotem, podskakując aż pod sam sufit. No kucyk, nie pies. Wszystkich kocha, wszystkich wita, każdemu piłeczkę przyniesie, tylko niech ktoś próbuję wejść bez zaproszenia. No otwarta dusza, typowy wesołek, ale przecież wzięli go dla ochrony! Tymczasem kotom we wspólnym podwórku tylko piłkę chciał podrzucić, i tyle go widzieli. Parę razy dostał łapą po pysku. Nasze osiedlowe kocury to twardziele, prędzej one by się na ochronę nadawały… A jutro znowu cały dzień sama. Bartek wyjeżdża na plener malarski do Kazimierza, a ona znowu będzie pilnować tego porcelanowego zestawu i wyprowadzać kłapoucha. Jakby już nie miała innych zmartwień…
O świcie Bartek wstał cichutko, żeby nie budzić żony. Łatwo powiedzieć Żaneta wszystko słyszała: jak czajnik zawarczał w kuchni, jak zagrzechotała smycz, jak Bartek uciszał Teosia szepcząc, żeby się nie rozszczekał i nie tupał po podłodze. Przy tych swojskich odgłosach jeszcze się zdrzemnęła i dopiero płacz Gosi obudził ją na dobre. Bartek poszedł, dzień zaczął się jak co dzień. Spokojny, zwykły dzień. Czy to nie jest właśnie szczęście? Koleżanki tylko wzdychały: Oj, Żaneta, tak wcześnie wyszłaś za mąż, szamoczesz się między mężem a dzieckiem, całymi dniami przy garach, życie ci przez palce przecieka… Ale czy codzienność nie jest w ogóle piękna? Przecież nie wszystko wyszło jak chciała brakowało miejsca, pieniędzy, często Bartka nie było w domu przez te jego pasje, no i teraz z tym psiakiem jeszcze. Ale Wiedziała jedno: swoich trzeba kochać ze wszystkim, co mają, i z zaletami, i z wadami. Nikt nikomu nie obiecywał ideału… Kiedy to do niej dotarło, odetchnęła, postanowiła cieszyć się tym, co jest, a nie płakać nad tym, czego nie ma.
Karmiła Małgosię w pokoju dziecięcym, a mała, klasycznie, przysnęła przy piersi i trzeba było czekać, aż się znów obudzi i będzie chciała jeść dalej. Ktoś zadzwonił do drzwi, ale Żaneta choćby nie ruszyła się z miejsca. Nikogo się nie spodziewała, a u niej bez zapowiedzi nikt się przez pół Warszawy nie przywlecze. Te poranne godziny, jak ona je uwielbiała! W mieszkaniu cicho, tylko tyka zegar w korytarzu, za oknem słychać znajomy pomruk miasta: turkot tramwaju, przejeżdżające samochody, zgrzyt szczotki ulicznej, dziecięce wrzaski… Gdzie ten kłapouchy, coś długo go nie ma, dziwne. Oczy po prostu stoją jak trzeba, tylko on taki nieporadny z charakteru dlatego się o nim gada: kłapouchy. No nic, teraz musisz z nim żyć, karmić i wyprowadzać, a pożytku jak na lekarstwo. Lepiej by była shih tzu zamiast tego olbrzyma.
Patrzyła na Małgosię, która najadłszy się, puściła pierś i wywróciła oczami. Słodziak z niej ogromny! Moja perełko, szeptała Żaneta, odkładając córeczkę do kołyski. Rośnij zdrowo… i co nam więcej trzeba?
I wtedy z salonu coś dziwnie zaskrzypiało. Taka mieszanka trzasku i pisku zarazem. Żaneta nadstawiła uszu. Odgłos się powtórzył. Powoli, bezszelestnie zsunęła kapcie i przeszła do salonu. Od razu zwróciła uwagę na Teosia. Siedział skulony tuż za zasłoną, oddzielającą salon od reszty mieszkania, na czterech łapach, przyczajony, z językiem na wierzchu, wgapiał się w głąb pokoju. Żaneta podążyła za jego wzrokiem i aż ją zmroziło: w otwartym oknie, a adekwatnie w lufciku, tkwiła połowa faceta! Łysa glaca, ramiona i kawałek torsu już w środku, wykrzywiony, próbował wepchać resztę wychudzonego ciała. Czy to się naprawdę dzieje? Co zrobić?! Krzyczeć? Złodziej już prawie był cały w mieszkaniu. Jeszcze sekunda…
Ocknęła się od wrzasku. Czarny cień skoczył w stronę okna choćby nie zorientowała się, iż to Teoś! Wyskoczył na parapet i wbił się zębami w kark włamywacza! Ałaaa! ryknął facet jakimiś basami i wybałuszył oczy, aż mu chciały wyskoczyć z oczodołów. Żaneta wybiegła na klatkę i zaczęła wołać sąsiadów, potem już było łatwiej. Zbiegli się ludzie, zadzwonili po policję. Chcieli pomóc, choć adekwatnie nie było z czym, ale ich obecność wystarczyła. Co by zrobiła sama…? Przełamała strach, podeszła do złodzieja, żeby przypadkiem nie przegryzł mu gardła. Tylko tego by brakowało! Ale Teoś, mądry pies, złapał za kołnierz, trzymał mocno, ale ostrożnie. Ani kropli krwi! Tylko gdy facet próbował się szarpnąć, pies ściskał mocniej, a jak ten odpuszczał poluźniał chwyt. Skąd on to umiał? Ten sam pies, co dzień w dzień z piłką, zachował się jak zawodowiec. Usłyszał hałas, sprawdził, co się dzieje, nie zaszczekał, tylko ustawił się tak, by gość się połapał, gdzie wleźć, a potem zablokował odwrót i zaatakował, w stylu, żeby nie zrobić krzywdy, ale zatrzymać! No jak z podręcznika policyjnego nasze zadanie: zatrzymać, a nie dusić czy kaleczyć. Niech sprawiedliwość resztę załatwi.
Najbardziej doświadczeni, starzy policjanci nie pamiętali, żeby złodziej cieszył się z aresztowania jak ten! Gość po tych przeżyciach w psiej paszczy aż wzdychał z ulgą, iż radiowóz zabierze go do celi, za to Teoś trwał w swoim, pełnym dumy, chwale. Tak się wczuł we własną rolę, tak był dumny ze zdobyczy, iż musieli go długo namawiać, zanim przyszedł funkcjonariusz z psem służbowym. Tamten wydał komendę i Teoś natychmiast puścił! Usadził się tuż przy oknie i patrzył w oczy policjanta, gotowy na dalsze rozkazy, prawie salutował.
Aleście trafili z tym psem, rzucił policjant, poklepał Teosia po karku i westchnął można by go wziąć do wydziału dochodzeniowego…
Bartek wrócił późnym wieczorem. Powoli otworzył drzwi i… stanął w progu jak wryty. I było na co patrzeć. Po pierwsze: Teoś baraszkował na kanapie, co zawsze stanowczo było zabronione. Po drugie: rozłożony wygodnie na plecach, wyciągnięty jak długi, a Żaneta czule drapała go po brzuchu, głaskała, miziała i niemal w oczy całowała, powtarzając: Moja radości, mój słodziaku, kochany koniku! Rośnij zdrowo, na pociechę nam wszystkim! Całe szczęście, iż cię mamy! Już cię kocham, choćby jak czasem się złościsz…
Tę historię opowiedział mi sam uczestnik zdarzeń, właśnie ten polonista i kolekcjoner. Pewnie Teoś opowiedziałby ją jeszcze lepiej: jak czatował, jak złapał, jak przekazał złodzieja mundurowym… To było już dawno, ale przez cały czas słyszę, jak łapą drapie do mojego notesu. No i pomyślałam, iż muszę ci to opowiedzieć…



![Kocięta wyrzucone do śmieci. Komunalnicy uratowali im życie [FOTO]](https://swidnica24.pl/wp-content/uploads/2026/05/kotki-4.jpg)

