Zagadka, która kosztowała go udziały w warsztacie

10 godzin temu

Krzysztof Nowakowski powtarzał swoją łamigłówkę logiczną tyle razy w barze mlecznym przy Dworcowej w Rybniku, iż stali klienci przy kontuarze pewnie sami mogliby ją wyrecytować z pamięci. Nie był nauczycielem. Na życie zarabiał naprawą skrzyń biegów, w dwustanowiskowym warsztacie na obrzeżach miasta, i lubił sprawdzać ludzi, zanim powierzył im coś naprawdę ważnego.

W ten czwartek, pod koniec sierpnia, zagadka nie miała nic wspólnego z zabawą. Była dla jego siostrzeńca, Damiana Wieczorka, dwudziestosześcioletniego chłopaka, który chciał przejąć połowę firmy.

Krzysztof zbudował swój warsztat od zera przez osiemnaście lat — najpierw jeden podnośnik, potem drugi, potem kabinę do lakierowania, na którą wziął kredyt na jedenaście procent, bo żaden bank nie chciał rozmawiać z człowiekiem bez matury. Syn jego siostry, Damian, pracował tam z przerwami od siedemnastego roku życia, głównie przy klockach hamulcowych i wymianie oleju, zawsze spóźniony, zawsze z jakąś wymówką — zepsuty samochód, dziewczyna, telefon, który padł w nocy, więc budzik się nie włączył.

Krzysztof go kochał. To nie było pytanie. Pytaniem było, czy Damian umie myśleć.

Zaprosił go więc do małego biura, które pachniało spalonym kawą i odrdzewiaczem, przysunął dwa składane krzesła do metalowego biurka i powiedział:

— Zanim podpiszę papiery, które dają ci połowę tego biznesu, chcę cię o coś zapytać.

Damian uśmiechnął się szeroko. — To jakiś haczyk?

— Po prostu odpowiedz.

— No dobra, strzelaj.

— Samolot transportowy wiezie pięćset cegieł. Jedna cegła wypada w trakcie lotu. Ile cegieł zostaje na samolocie?

Damian choćby nie mrugnął. — Czterysta dziewięćdziesiąt dziewięć. Daj spokój, wujku Krzysiek, to choćby nie jest prawdziwe pytanie.

— Zgadza się. — Krzysztof postukał długopisem o stos faktur, do których jeszcze nie dotarł. Za oknem kompresor włączył się z jękiem, który zatrzęsł klimatyzatorem w oknie. — Następne. Jak wsadzić słonia do lodówki w trzech krokach?

— Otwieram lodówkę. Wsadzam słonia. Zamykam lodówkę.

— Dobrze. A teraz — jak wsadzić do tej samej lodówki jelenia, ale to już cztery kroki?

Damian oparł się na krześle, które zaskrzypiało. — Otwieram lodówkę. Wyjmuję słonia. Wsadzam jelenia. Zamykam lodówkę.

— Wyśmienicie. — Krzysztof prawie się uśmiechnął, ale się powstrzymał. — Dalej. Lew, król zwierząt, organizuje sobie urodziny. Przychodzą wszystkie zwierzęta w królestwie, oprócz jednego. Którego zwierzęcia nie ma?

— Jelenia! — Damian strzelił palcami. — Bo wciąż siedzi zamknięty w lodówce!

— Idzie ci świetnie, chłopcze. — Krzysztof obrócił długopis w palcach i odłożył go na biurko. — Jeszcze jedno, przed tym ostatnim. Czy starsza kobieta może przejść przez bagno pełne krokodyli i wyjść z tego bez szwanku?

— Jasne, iż może. Wszystkie krokodyle są na urodzinach u lwa.

— Doskonale. — Krzysztof złożył ręce na biurku, a jego głos ściszył się akurat tyle, iż Damian sam, bez zastanowienia, nachylił się bliżej. — Ostatnie pytanie. Ta sama starsza kobieta. Przechodzi przez to bagno — i nie udaje jej się przejść. Umiera. Jak to się stało?

Damian otworzył usta, zamknął je. Pogrzebał paznokciem przy plamie smaru na kostce, która nie chciała zejść, choćby ile razy ją mył. — Ona… utonęła?

Krzysztof nie odpowiedział od razu. Wysunął szufladę biurka, wyjął teczkę — umowę spółki, na którą Damian czekał trzy tygodnie, dwanaście stron warunków, które spisał za darmo, w ramach przysługi, mąż jego siostry, pracujący jako asystent prawny w Katowicach — i położył ją płasko na biurku, bez otwierania.

— Właśnie nie zdałeś testu, Damian.

— Co? Jak to? Wszystko odpowiedziałem dobrze!

— Zapomniałeś o cegle.

Damian wpatrywał się w niego, a na moment hałas warsztatu — klucz pneumatyczny dwa stanowiska dalej, czyjeś radio grające stare przeboje przez pękniętą membranę głośnika — jakby całkiem ucichł.

— Cegła wypadła z samolotu — powiedział Krzysztof. — Leży właśnie tam, w tym bagnie. O to się potknęła. Tak zginęła. Miałeś to cały czas w ręku i upuściłeś — tak jak robi to każdy, bo kiedy wejdziesz trzy pytania głębiej w czyjś wzorzec, przestajesz patrzeć pod własne nogi.

— To niesprawiedliwe, to zupełnie inna sytuacja—

— To dokładnie ten sam test. — Krzysztof przesunął teczkę o pół centymetra bliżej siebie, nie w stronę Damiana. — Nie bawię się z tobą w kotka i myszkę. Mam czterdzieści cztery lata, naderwany staw barkowy po osiemnastu latach pod samochodami, i jeżeli oddam ci połowę wszystkiego, co mam, muszę wiedzieć, iż sprawdzisz ładunek, zanim się pod niego podpiszesz. Nie tylko te części, które są oczywiste.

Szczęka Damiana drgnęła. — To co, nie dostanę udziałów? Przez zagadkę?

— Dostaniesz je za sześć miesięcy — powiedział Krzysztof. — Ten sam podział, czterdzieści procent dla ciebie, sześćdziesiąt dla mnie, aż do spłaty — tak było umówione od początku, liczby nie zmieniam. Sto trzydzieści tysięcy złotych, dokładnie tyle, o czym rozmawialiśmy na Wielkanoc. Co się zmienia, to iż do tego czasu księgi prowadzę sam, na swoje nazwisko, a ty co piątek po południu siadasz ze mną i przeglądamy faktury, zamówienia u dostawców, listę płac Darka i Wojtka. Nie dlatego, iż jesteś głupi. Dlatego, iż właśnie widziałem, jak rozwiązujesz cztery trudne zagadki pod rząd i przegapiasz tę jedną, która się liczyła — a to dokładnie ten rodzaj błędu, przez który warsztat traci kontrakt z dostawcą skrzyń biegów albo zostaje z zamówieniem części, którego nie da się zwrócić.

Otworzył wreszcie teczkę, odwrócił ją w stronę Damiana i wskazał pustą linię przy samym dole.

— Tu ma się znaleźć twój podpis. Nie dzisiaj. Dwudziestego lutego, jeżeli piątki się utrzymają i księgi będą się zgadzać. Nie odwracam się od ciebie, Damian. Po prostu nie oddam ci kluczy do czegoś, za co zapłaciłem krwią, tylko dlatego, iż gwałtownie myślisz — gwałtownie to nie to samo co dokładnie, a ten biznes trzyma się na dokładności.

Damian patrzył na tę pustą linię dłuższą chwilę. Potem na smar pod paznokciami. Wreszcie się roześmiał — krótko, odrobinę zawstydzony, a śmiech odbił się od pustaków ściany.

— Cegła — powiedział, kręcąc głową. — Zapomniałem o tej cholernej cegle.

— Każdy zapomina — powiedział Krzysztof, zamykając teczkę. — Pytanie, czy zapamiętasz ją następnym razem.

Wstał, chwycił kubek z kawą — wystudzoną, bo zapomniał o niej godzinę temu — i wyszedł na stanowisko numer dwa, gdzie na podnośniku czekał ciężarowy Volkswagen Crafter z już zdemontowaną miską olejową skrzyni biegów. Damian jeszcze chwilę siedział w biurze, sam, wpatrując się w tę pustą linię na dwunastej stronie.

Potem wstał, wytarł ręce w szmatę warsztatową i poszedł poszukać księgi faktur.

Idź do oryginalnego materiału