Mariola Zawadzka obudziła się o trzeciej nad ranem, gdy na szafce nocnej uparcie wibrowała stara komórka. Przetarła oczy z niedowierzaniem, nie rozumiejąc, kto może do niej dzwonić o takiej porze, sięgnęła po telefon, spojrzała na ekran i poczuła, jak serce przyspiesza. Dzwonił syn.
Halo Krzysiu, co się stało?! przestraszona zapytała Mariola. Czemu dzwonisz tak późno?
Mamo, przepraszam, iż cię obudziłem. Wiesz, jechałem właśnie z pracy do domu zaczął tłumaczyć się Krzysztof, a potem Sam nie wiem, co robić
I co potem, synu? Mów, nie milcz! Chcesz matkę na zawał doprowadzić?
No bo ona tutaj no, leży na jezdni. Może coś mi doradzisz? Bo pierwszy raz się z czymś takim spotkałem. Trochę się pogubiłem.
Przez chwilę oboje milczeli.
Nie rozumiem Chcesz powiedzieć, iż potrąciłeś człowieka?! Na śmierć?! Mariola Zawadzka była przerażona i prawie upuściła telefon, tak bardzo drżały jej ręce.
Nie, raczej nie na śmierć odpowiedział Krzysztof. I to choćby nie ja. To nie człowiek.
Nie człowiek? To kto?
Pies Chyba owczarek niemiecki. Jeszcze oddycha, ale ciężko. Co mam robić, mamo? U nas w Olsztynie nie ma przecież całodobowej lecznicy dla zwierząt. A ty przecież zawsze lepiej rozumiałaś się ze zwierzętami niż ja.
Krzysztof patrzył na psa, który leżał przy krawędzi drogi.
W świetle reflektorów widać było wyraźnie, jak jego brzuch delikatnie unosi się i opada. Pies rzeczywiście ciężko oddychał, a jego oczy były tak smutne, jakby już żegnał się ze światem.
Najważniejsze, iż oddycha To znaczy, iż nie wszystko stracone, pomyślał Krzysztof i mocniej przycisnął telefon do ucha.
***
Trzy dni wcześniej.
Mamo, znowu swoje? Naprawdę nie masz innych zajęć? Po co ci te koty? powiedział Krzysztof, wpadając do matki na chwilę, aby ją odwiedzić. Zastał ją, jak przed blokiem karmiła stado kotów. Kiedyś taka nie była.
Od kiedy przeszła na emeryturę, jakby odkryła w sobie nieskończoną miłość do kotów. I to jaką! Szaloną wręcz. Normalni ludzie tak się nie zachowują przynajmniej nie publicznie.
Cześć, synku Mariola wyprostowała się i pomachała mu ręką. Mogłeś zadzwonić, przygotowałabym coś smacznego.
A widzę, iż wszystko smaczne już kotom powystawiałaś zaśmiał się Krzysztof.
Naprawdę nie rozumiał, dlaczego matka wydaje pieniądze, czas i siły na to wszystko. Po co dokarmia każde spotkane zwierzę? W jej mieszkaniu do tej pory już cztery koty mieszkały, każdy znaleziony z innej okoliczności (wszystkie przez mniej niż rok).
Wydawałoby się, iż już wystarczy. Ale Mariola nie zamierzała przestawać.
Tak jak karmiła te bezdomne zwierzaki, tak karmi dalej.
Koty miały u niej pierwszeństwo, bo kochała je ponad wszystko.
Ale obok psiaków też nie przechodziła obojętnie. Gołębie nad śmietnikiem też czasem dostały od niej kawałek chleba.
Ludzie z bloku zaczęli nazywać ją po cichu Matka Teresa.
Krzysztofowi było przykro, gdy widział drwiące spojrzenia sąsiadów, ich palce przy skroni i podśmiewki. Niektórzy naprawdę pukali się w głowę, sugerując, iż mama ma z głową nie tak.
Słuchaj, niech gadają, co chcą mówiła Mariola, kiedy widziała, jak syn się denerwuje. W tym świecie jest tak mało dobra, iż ktoś musi próbować go trochę zwiększyć.
Mariola rzuciła czułe spojrzenie na zajadające się koty.
Powiedz mi, co one mają z życia na ulicy? Nic. A tak, przynajmniej czują, iż ktoś je kocha. Że nie są całkiem niepotrzebne. Pamiętasz, jak Twoja babcia mówiła?
Ale masz już w domu cztery koty. Mało ci? dziwił się Krzysztof.
Nie o to chodzi, synek, czy mało czy dużo. Gdyby było można, wzięłabym wszystkie. Ale mieszkanie mam małe i emerytura śmiechu warte. Więc przygarnęłam tyle, ile mogłam. Ale reszcie i tak muszę chociaż coś podrzucić. Niech sobie ludzie myślą, co chcą. Ja nie przestanę, Krzysiu, bo ktoś musi dawać przykład.
Jaki przykład?
Może ktoś zobaczy, zastanowi się i sam zacznie pomagać. Zawsze powtarzam jesteśmy odpowiedzialni za tych, których oswoiliśmy. Jesteśmy ludźmi, więc powinniśmy pomagać naszym mniejszym braciom. Bo kto, jak nie my?
Krzysztof starał się zrozumieć matkę. Naprawdę. Ale nie potrafił.
Wydawało mu się, iż tak wielka wrażliwość to przesada. Rozumiałby, gdyby jego mama bardziej potrzebującym ludziom pomagała. Ale zwierzęta?
Do kotów czy psów biegających po osiedlu nie miał nic, tylko uważał, iż nie trzeba popadać w skrajności.
Ale już trzy dni później wszystko miało się zmienić.
Krzysztof wracał z pracy w środku nocy. zwykle był wcześniej, ale w biurze pojawiły się nieprzewidziane problemy i musiał zostać dłużej.
Może to i dobrze. Dawno nie jechał przez nocny Olsztyn.
Zawsze prowadził ostrożnie i nie przekraczał prędkości, ale dziś
dziś poczuł przypływ wolności i docisnął gaz. Jednak długo się nie nacieszył.
Nagle, tuż przed sobą, zauważył psa leżącego na ulicy i w ostatniej chwili zdążył zahamować.
Przez chwilę wpatrywał się nieruchomo przez szybę, trzymając mocno kierownicę.
Kiedy w końcu strach odszedł, wysiadł i podbiegł do psa.
Wystarczyło jedno spojrzenie, by wiedzieć, iż został potrącony. Pewnie ktoś się spieszył albo był nietrzeźwy.
Ale nie miało to teraz znaczenia. Liczyło się życie tego psa. Ale co zrobić?
Krzysztof był naprawdę zagubiony. Co może zrobić człowiek, który nigdy nie miał psa?
Dlatego zadzwonił do matki. Bo nie miał się kogo innego poradzić.
***
Halo Krzysiu, co się stało?! przerażona Mariola odebrała o trzeciej nad ranem. Czemu dzwonisz tak późno?
Mamo, przepraszam, iż cię obudziłem. Wracałem z pracy nieporadnie zaczął tłumaczyć Krzysztof, a potem Sam nie wiem, co robić
I co potem, synu? Nie zwlekaj! Albo chcesz mi serce złamać?
No, ona tu leży na jezdni. Może coś mi poradzisz?
Opanowało ich krótkie milczenie.
Chcesz powiedzieć, iż potrąciłeś człowieka? Na śmierć?! Mariola prawie zemdlała, trzęsąc się z niepokoju.
Nie, chyba nie I to ktoś inny, nie ja. No i nie człowiek.
To kto?
Pies Owczarek, chyba bezdomny. Oddycha jeszcze, ale ciężko. Co teraz, mamo? Przecież w naszym mieście nie ma nocnej lecznicy, a ty przecież masz doświadczenie ze zwierzętami.
Krzysztof teraz znowu patrzył na psa, który leżał przy krawężniku, a jego brzuch unosił się delikatnie i opadał. I było widać, jak bardzo cierpi.
Ważne, iż żyje…, pomyślał i mocniej ścisnął telefon.
Mamo, co mam robić, powiedz? Masz jakiegoś znajomego weterynarza?
Nie mam, niestety. I całodobowej lecznicy u nas brak. Do innego miasta wieźć ryzyko, nie wiadomo czy przeżyje podróż. Słuchaj Krzysiu, przywieź tego psa do mnie.
Do ciebie? Żartujesz?
Jestem poważna. Czego się boisz co powiedzą sąsiedzi?
Nie o to się boję, tylko masz w domu cztery koty. Jak one zareagują na psa? Nie zrobi się tylko gorzej?
Synku, to tylko koty, nie krokodyle. Poradzą sobie. Najważniejsze nie tracić czasu, włóż psa do samochodu i jedź do mnie. Ja w międzyczasie wszystko przygotuję, spróbujemy mu pomóc.
***
Kilkadziesiąt minut później Krzysztof wnosił psa na czwarte piętro, uciekając się porządnie pobrudzić siebie i całe auto, ale w życiu mu to nie przeszkadzało. Jedyne, o czym myślał: tylko żeby pies nie umarł. Nigdy nie spodziewał się, iż będzie tak przejmował się losem zwierzęcia.
Kładź tu, ostrożnie powiedziała Mariola, wskazując na kanapę wyłożoną starymi prześcieradłami.
Nigdy nie była weterynarzem, choćby pomocnicą, ale po tylu wizytach w lecznicach sporo się nauczyła. I coś tam zapamiętała. Na wszelki wypadek.
Krzysztof nie siedział bezczynnie: znalazł w internecie porady, jak postępować w takich sytuacjach.
Miał nowoczesny telefon, internet pod ręką.
Nie od razu, ale w końcu udało im się zatamować krwotok i psu zrobiło się nieco lżej.
A teraz możecie nie uwierzyć, ale choćby koty dołączyły się do leczenia.
Początkowo ostrożnie obwąchiwały psa, ale potem uspokoiły się, wskoczyły na kanapę, przytulając się do nowego kolegi i cicho mruczały. Pies, słysząc to, zasnął. Nie zemdlał po prostu zasnął otulony kocim ciepłem.
I to było dobrze przynajmniej do rana nie czuł bólu (w końcu to koty, mają swoje sposoby na leczenie).
Mamo, myślisz, iż z nim będzie dobrze? spytał Krzysztof, gdy położył rękę na sierści psa.
Jestem pewna, iż będzie dobrze uśmiechnęła się Mariola zmęczona, ale pogodnie. To nic bardzo poważnego. A poza tym, synku spojrzała mu w oczy widocznie ten pies nie bez przyczyny trafił na twoją drogę. Może musiał cię nauczyć współczucia.
Mamo, przecież nie mogłem go zostawić. Tak się nie robi zawstydzony odpowiedział Krzysztof.
No właśnie, synku. Trzy dni temu nie rozumiałeś, dlaczego jem z kotami pod blokiem, a dziś nie spisz całą noc i myślisz tylko jak pomóc psu. Coś mi mówi, iż nie oddasz go już na ulicę. Mam rację?
Chyba tak odparł. Było to dla niego dziwnie nowe, ale też dziwnie przyjemne uczucie.
Dobrze było czuć się człowiekiem
***
Rano Krzysztof zawiózł psa do lecznicy. Był pierwszy w kolejce, ale inni, widząc chłopaka z psem na rękach, od razu ustąpili mu miejsca. Nikt niczego nie musiał mówić. Wszystko zrozumieli.
Właśnie wtedy Krzysztof po raz pierwszy naprawdę zrozumiał, iż nie ma nic złego w tym, by kochać zwierzęta i się o nie troszczyć. Ludzie, którzy to robią, stają się lepsi. Dobro rodzi dobro. Psina dostał imię Ralf, stanął na nogi i odtąd w każdą sobotę Krzysztof przyjeżdża do mamy, by wyjść na wspólny spacer.
A raczej na spacer pięcioosobowy albo i sześcioosobowy
Bo do Ralfa i Krzysztofa dołączają też koty Marioli, te, które dokarmiała przy bloku. Chciały iść same i nikt im nie zabraniał.
Ludzie z osiedla patrzyli zdziwieni na tę barwną kompanię, czasem kręcili znacząco głową. Ale Krzysztof już nie zwracał na to uwagi.
Dzięki Ralfowi, który pojawił się tak nagle, i mamie, która dała mu adekwatny przykład.
I tym ludziom spod lecznicy za ich dobre serca. Bo wtedy naprawdę pomyślał, iż świat choć odrobinę stał się lepszy.
I choćby ludzie mówili co chcą, Krzysztof jak mama będzie pomagał, komu tylko zdoła nieważne, czy to kot, pies, czy człowiek…
Ot, taka historia.






