Serce kota dudniło głucho w piersi, myśli rozpierzchały się, a dusza bolała. Co się mogło stać, iż p…

22 godzin temu

Serce kota biło głucho i ciężko, myśli rozbiegały się, dusza bolała. Co takiego mogło się wydarzyć, iż pani oddała go obcym ludziom, dlaczego go porzuciła?

Gdy Zofii na parapetówkę podarowano zupełnie czarnego brytyjskiego kota, przez kilka długich minut trwała w oszołomieniu

Jej ciasna, jednopokojowa kawalerka w starej kamienicy na warszawskiej Pradze, na którą mozolnie zebrała pieniądze ledwo urządzona. Problemów do rozwiązania nie brakowało.

A tu jeszcze kociak. Otrząsnąwszy się z szoku, spojrzała w bursztynowo-żółte oczy malucha, westchnęła lekko, uśmiechnęła się i zapytała darczyńcę:

To kot czy kotka?

Kot!

No dobrze, kot, będziesz Mruczkiem zwróciła się do kociaka.

Kociak uchylił maleńką paszczękę i pokornie zaskrzypiał Miau
*****
Okazało się, iż brytyjczyki to całkiem wygodne stworzenia do życia. I tak już trzeci rok Zofia i Mruczek żyli ze sobą zgodnie, prawie jak jedno serce i jedna dusza. Co więcej, podczas wspólnego mieszkania wyszło na jaw, iż Mruczek ma tkliwą duszę i wielkie serce.

Z euforią witał Zofię, gdy wracała z pracy, ogrzewał ją nocą w łóżku, oglądał z nią seriale przytulony pod bokiem, a podczas sprzątania biegał za nią jak cień.

Życie nabrało kolorów przez obecność kota. Miło mieć kogoś, kto czeka w domu, z kim można się pośmiać, posmucić i co najważniejsze kto rozumie wszystko bez słów.

Zdawałoby się, żyj i ciesz się, lecz

Ostatnio Zofia zaczęła zauważać ból prawego boku. Najpierw zrzucała to na źle wykręcone ciało, potem obwiniała tłuste jedzenie. Gdy ból narastał, poszła do lekarza.

Gdy lekarz ogłosił diagnozę i opowiedział, co ją czeka, Zofia płakała całą noc zakopana w poduszce. Mruczek, czując jej stan, cicho się do niej przytulił i próbował ukoić właścicielkę melodyjnym mruczeniem.

Nie wiedząc kiedy, przy wtórze mruczenia kota, Zofia zasnęła. Rano pogodziła się z losem i podjęła decyzję, by nie mówić rodzinie o chorobie, by uniknąć litościwych spojrzeń i niezręcznych prób pomagania.

Po cichu zachowywała nadzieję, iż lekarze poradzą sobie z jej przypadłością. Zaproponowano jej leczenie, które mogło poprawić jej stan.

Pojawił się problem co zrobić z kotem? Pogodzona z tym, iż jej choroba może skończyć się źle, postanowiła znaleźć Mruczkowi nowy dom i dobrych opiekunów.

W internecie dała ogłoszenie Oddam rasowego kota w dobre ręce.

Gdy pierwszy zainteresowany zadzwonił i spytał, czemu rozstaje się z dorosłym zwierzęciem, sama nie wiedząc czemu, powiedziała, iż jest w ciąży i pojawiła się alergia na kocią sierść.

Trzy dni później Mruczek w transporterze z całym dobytkiem odjechał do nowych właścicieli, a Zofia trafiła na oddział szpitalny

Dwa dni później zadzwoniła do nowych opiekunów Mruczka i zapytała o niego wykręcając się setnym przepraszam, odpowiedzieli jej, iż kot uciekł pierwszego wieczoru i iż nie mogą go odnaleźć.

Pierwszym odruchem Zofii było uciec ze szpitala i ruszyć na poszukiwania kota. Poprosiła choćby dyżurną pielęgniarkę o wypis, ale ta surowo ją zganiła i nakazała wracać do sali.

Współlokatorka z sali, starsza wątła pani, zauważywszy niepokój Zofii, zapytała, co się stało. Zofia, przez łzy, opowiedziała całą historię.

Nie płacz jeszcze, dziecko powiedziała jej babcia jutro do szpitala ma przyjechać wybitny specjalista z Krakowa. Mnie też dał niedobry wynik, syn chciał przenieść mnie do prywatnej kliniki, ale się sprzeciwiłam.

Jak on to załatwił, nie wiem, ale przekonał wszystkich. Poproszę, by ten lekarz i ciebie zbadał, może nie wszystko takie straszne mówiła, gładząc Zofię po ramieniu.
*****
Wyszedłszy z transportera, Mruczek zorientował się, iż jest w obcym mieszkaniu. Jakaś nieznajoma ręka sięgnęła, by go pogłaskać

Nerwy kota puściły, mocnym uderzeniem łapy odparł gest, po czym schował się w najciemniejszym kącie pokoju.

Pawle, zostaw go, niech się uspokoi i przyzwyczai usłyszał Mruczek łagodny kobiecy głos, ale nie był to głos jego pani.

Serce kota biło głucho i ciężko, myśli wirowały, dusza bolała. Co takiego się stało, iż pani go oddała obcym?

Jego bursztynowe oczy przepatrywały pokój pełne lęku. Ujrzały uchylone okno czarnym błyskiem przemknął przez pokój i wyskoczył na zewnątrz!

Na szczęście był to tylko drugie piętro, a pod oknem rozciągał się zadbany trawnik. To był początek podróży Mruczka do domu

*****
Gdy pojawiła się w sali wybitna lekarka kobieta, przedstawiająca się jako Maria Pawłowska Zofia poczuła śmierć na ramieniu. Maria uważnie przestudiowała dokumenty medyczne, potem kazała się położyć na kozetce z lewym bokiem do góry.

Długo badała, opukiwała, pytała o rodzaj bólu, potem zerknęła raz jeszcze w dokumenty, ponownie powtórzyła szereg badań na błyszczącym aparacie.

Zofia nie liczyła na nic dobrego. Wróciła do sali, gdzie już leżała współlokatorka.

No i co ci powiedziała, dziecko? spytała tamta.

Nic jeszcze, powiedziała, iż przyjdzie później.

A mnie się nie poszczęściło, potwierdziła to, czego się obawiałam smutno odparła babcia.

Bardzo mi przykro i dziękuję za wszystko odpowiedziała Zofia, nie mając słów pocieszenia dla kogoś, kto wie, iż niedługo odejdzie.

Po pół godzinie do sali weszła Maria Pawłowska z innymi lekarzami.

Zofia, mam dla pani dobre wieści! Choroba jest w pełni uleczalna, wyznaczyłam już leczenie, po dwóch tygodniach będzie pani zdrowa powiedziała z uśmiechem.

Gdy wyszli, współlokatorka szepnęła:

No i masz, dobrze się stało. Przed końcem życia udało mi się pomóc jeszcze komuś. Bądź szczęśliwa, dziecko
*****
Mruczek nie miał gwiazdy przewodniej, choć może w snach ją czuł. Po prostu szedł przed siebie, kotim natchnieniem kierowany. Droga przez śmieci i mdłe podwórka pełna była niebezpieczeństw i dziwnych spotkań.

Nigdy nie znając ulic, dumny brytyjczyk w jeden dzień przeobraził się w pozamiejskiego wojownika z wyostrzonymi instynktami.

Unikał głośnych alei i ruchliwych placów, chodził bokami, przemykał chyłkiem, skakał przez kałuże i wichury (tak mu się wydawało, uciekając przed psami), błyskawicznie właził na drzewa zawsze do celu

W jednym z cichych podwórek spotkał oko w oko kociego herszta. Tamten nie musiał się długo przyglądać od razu rozpoznał w Mruczku przybysza. Z głośnym wrzaskiem zaatakował, a Mruczek, przemieniony ze spokojnego arystokraty w rozwścieczonego bandytę, nie ustąpił.

Walka trwała krótko. Herszt wstydliwie uciekł w krzaki, zostawiając trochę podarte ucho na pamiątkę.

Tak to już bywa. Herszt po prostu chciał pokazać, kto tu rządzi. A Mruczek szedł do domu i nic nie mogło go zatrzymać.

Droga trwała dalej. Przywołując w snach pradziadów z puszczy, Mruczek nauczył się spać na gałęziach drzew, wybierając te z wygodnym rozwidleniem.

O, wstyd, nauczył się jeść z śmietników i kraść jedzenie innym podwórkowym kotom, które dokarmiali litościwi lokatorzy.

Raz trafił na watahę kundli. Goniły go na wątłe drzewko i szczekając, próbowały dosięgnąć łapami.

Ludzie zebrani na hałas przegonili psy. Jedna z kobiet chciała wziąć Mruczka do siebie skusiła go wędzoną kiełbasą.

Głód i strach przyćmiły rozum kota, zszedł na dół i dał się pogłaskać oraz podnieść na ręce. Lecz

Wyleżał się i najadł w cieple i spokoju, z czasem przypomniał sobie, dokąd zmierza, prysnął za kobietą do klatki schodowej i przemknął przez otwarte drzwi, kontynuując swą podróż do domu
*****
Po wyjściu ze szpitala Zofia wróciła do siebie. W głowie wciąż jej dźwięczały słowa babci: Bądź szczęśliwa. Była szczęśliwa, oszołomiona, iż choroba okazała się do wyleczenia.

Ale ból w sercu nie znikał, ból po Mruczku. Nie mogła sobie wyobrazić powrotu do pustego mieszkania, w którym nikt jej nie przywita.

Ledwo przekroczyła próg, zadzwoniła do ludzi, którym oddała Mruczka, prosząc o dokładny adres. Gdy już tam dotarła, ustaliła, jak kot uciekł, i zdecydowała się iść jego śladem.

Mówili jej, iż to nierealne minęły dwa tygodnie, domowy kot raczej nie miałby szans na ulicy. Ale ona nie chciała w to wierzyć.

Zofia chodziła pieszo, zaglądała w każdy zakątek, przeszukując skwery, garaże, szczeliny w piwnicach. Starała się myśleć jak kot, który nigdy nie był na dworze. Wołała Mruczka, wpatrując się w mrok podwórzy.

Już podchodząc pod własny blok poczuła, iż kot bez śladu zginął. Niemożliwe, by samotny brytyjczyk, nie znając miasta, przeszedł tyle, ile ona w dwie godziny marszu.

Weszła na swoje podwórko z ponurą miną, łzy napływały do oczu, dusza była ciężka. Przez zasłonę łez zauważyła, iż z drugiej strony chodnika idzie jej naprzeciw czarny kot.

Jakiś czarny kot przemknęło jej przez głowę. Zatrzymała się i patrząc, nagle rozpoznała. Zerwała się z miejsca z okrzykiem Mruczek!

A kot nie pobiegł do niej nie miał już sił usiadł, zmrużył szczęśliwie oczy, cicho zaskrzypiał: Dosiadłem!Zofia klęknęła na chodniku, wyciągając ramiona nie przejmując się przechodniami, ani własnym zmęczeniem. Mruczek, chwiejąc się na łapach, podszedł parę kroków, aż poczuł znajomy zapach. Ostatnim wysiłkiem wspiął się na jej kolana i wtulił w jej dłonie.

Zofia głaskała ukochanego kota, mokra od łez, szeptała czułe słowa, a Mruczek, wtulony, cicho mruczał jakby opowiadał całą swoją podróż i tęsknotę. Oboje, zagubieni przez los, odnaleźli się znów, w najprostszej, najgłębszej miłości.

Wrócili do domu razem, trzymając się blisko i tak, życie znów nabrało barw, rozjaśnione miękkim światłem wracającego szczęścia. Mruczek nie odstępował Zofii ani na krok, wybierając miejsce na jej poduszce, a ona każdego dnia czuła, iż cokolwiek jeszcze przyjdzie, nie będzie już nigdy sama.

A gdy noc zapadała nad starymi, bramami Pragi, w maleńkiej kawalerce znów brzmiało kojące mruczenie muzyka, która potrafi przegnać wszystkie smutki świata.

Idź do oryginalnego materiału