— Próbowaliśmy zanieść pańskie rzeczy do biura rzeczy znalezionych — zauważył funkcjonariusz. — Ale… Pana kot jest wyjątkowo bojowy. Nikogo nie dopuszczał do rzeczy. Prosimy odebrać zarówno rzeczy, jak i kota. Mamy i tak wystarczająco dużo zajęć…

3 godzin temu

Staraliśmy się zanieść pańskie rzeczy do biura rzeczy znalezionych zauważył policjant. Ale pański kot jest prawdziwym wojownikiem. Nikogo nie dopuścił. Proszę odebrać te rzeczy razem z kotem. Mamy dość roboty bez tego

Każdy dworzec ma swoją poczekalnię. Czasem przestronną i pełną światła, czasem tak ciasną, iż nogi same się plączą. Gdzieniegdzie są wygodne fotele, gdzie indziej twarde ławki pamiętające jeszcze PRL. Różne, choć wszystkie mają jedną wspólną cechę nieuniknione czekanie.

Prawie każdy, kto podróżuje pociągiem, choć raz pojawia się za wcześnie, bo przecież a nuż się spóźnię, a potem przeklina swoją nadgorliwość, patrząc jak czas ślimaczy się bezlitośnie. Walizki i torby piętrzą się pod nogami, a człowiek wzdycha no i po co to było?

Tamtego dnia w poczekalni ludzie się nudzili, unikając kontaktu wzrokowego. Ktoś przeglądał Gazetę Wyborczą, ktoś chował się za powieściami, reszta wlepiała oczy w telefony. Kilka osób podgryzało nerwowo kanapki zrobione byle jak i to właśnie do nich on podchodził…

Poczekalnia mieściła się na parterze, z osobnym wyjściem wprost na ulicę. Najwyraźniej aromaty tych wszystkich kabanosów, pasztetowych i ogórków przyciągnęły go jak magnes.

To był potężny, rozczochrany szary kot. Na szyi miał obrożę z numerem telefonu.

Ludzie odpędzali go energicznie, zwłaszcza mamy, które akurat obiadowały ze swoimi dziećmi:

A sio, kocie, brudny i pewnie z pchłami! Jeszcze zarazisz mi dziecko!

Kot ciężko wzdychał i odchodził. Tak naprawdę niczego nie żebrał. Po prostu siadał cichutko obok i patrzył, patrzył, patrzył

Był bardzo głodny. Ale prosić o jedzenie nigdy nie nauczył się należycie.

Kilka dni wcześniej ktoś go tu przywiózł. Właściciel niespodziewanie umarł, a rodzina szybciutko sprzedała mieszkanie. Jeden z nowych spadkobierców wymyślił rozwiązanie zapakował kota do auta i zawiózł na dworzec.

Tu nie umrzesz z głodu rzucił tonem wyroczni i poszedł sobie.

A kot Jak się prosi ludzi? Co zrobić? Jak wyjaśnić, iż burczy w brzuchu? Kot tego nie wiedział.

Więc siadał cichutko przy ludziach i wdychał zapachy, aż kręciło mu się w głowie.

A gdy komuś się spieszy, każda przeszkoda choćby kot wydaje się irytująca. Chcieliby po prostu już wsiąść do pociągu i zapomnieć o tej poczekalni, jak o złym śnie

Adam pojawił się na dworcu z lekkim wyprzedzeniem. Służbowy wyjazd jedna noc, rano spotkanie w firmie, potem powrót. Zostało jeszcze czterdzieści minut. Z nudów zaczął przyglądać się otoczeniu właśnie wtedy, gdy jedna z matek podniosła głos na kota i pogroziła mu torebką.

Kot odsunął się o kilka metrów, już dobrze znał smak reprymendy.

Adam zauważył obrożę i pomyślał, iż kot pewnie się zgubił, właściciele mogą rozpaczać. Wyciągnął z plecaka kotlety, które przygotowała mu żona na podróż, otworzył pudełko, zamruczał z uznaniem:

Ale pychota… spojrzał na kota. Kici-kici, chodź tu, łapiesz kotleta ode mnie.

Kot nieufnie przebierał łapkami. Ostatnio spotykały go same złe rzeczy.

No chodź, nie bój się, nie poganiam przekonywał Adam.

Kot w końcu podszedł, trochę z wahaniem. Adam położył kotleta na kawałku papieru. Kot miauknął prawie bezgłośnie i ostrożnie, z godnością zjadł wszystko, nie gubiąc choćby okruszka.

Ty musiałeś mieć dom… mruknął Adam.

Dostrzegł jeszcze numer na obroży i zadzwonił. Numer nie odpowiadał, witała go tylko melodyjka Abonent czasowo niedostępny.

Zaklął pod nosem. Do odjazdu pociągu dwadzieścia minut, a problem nagle urósł niemiłosiernie.

Co zrobić? Co tu zrobić? powtarzał, rozglądając się wokół.

Poczucie bezradności zaległo w nim jak śnieg po odwilży, więc zadzwonił do żony, Małgorzaty. Zrelacjonował, gwałtownie i pokrętnie, sytuację i spytał:

I co ja mam robić? To domowy kot, numer nieaktywny, chodzi po dworcu i prosi o jedzenie. A wszyscy go przeganiają.

I znowu tylko Ty wpakowałeś się w coś niestandardowego! westchnęła Małgorzata. Po co Ci ten kot, Adasiu?

Ale rozumiesz Nikt go nie chce, a on choćby nie potrafi poprosić.

Czekaj… On jest w poczekalni?

No jasne! Adam się rozpromienił.

I powiedz numer telefonu.

Przed wyjściem na peron zaprowadził kota do ściany i zostawił mu całe pudełko kotletów.

Zostań tutaj, poczekaj na Gosię, ona Cię znajdzie na pewno.

Kot spojrzał na Adama pierwszego od wielu dni człowieka, który go nakarmił i pogłaskał, i nie wrzeszczał. Trącił go łapą i cicho zamiauczał.

No to super. Czekaj tu, ona przyjdzie

Adam miał następnego dnia masę spraw. Dopiero wieczorem zadzwonił do żony.

No? Znalazłaś jego właścicieli? Nakarmiłaś kociaka?

Szukałam go prawie cały wieczór… westchnęła Gosia. Ale sprawdziłam po numerze: właściciel zmarł, a rodzina po prostu wywiozła kota na dworzec i tyle widzieli.

Adam zamilkł.

Jutro pojadę szukać jeszcze raz.

Nie martw się aż tak przekonywał się sam. Wiem, iż mu pomożesz.

No tak, widzę jak się nie martwisz syknęła Małgorzata. Uważaj na to swoje serce! Znajdę twojego kota, tylko teraz zadzwonię po córkę z zięciem, razem przeszukamy dworzec.

Odstawił telefon i próbował się uspokoić. No i przecież pełno kotów na ulicy, świat się na jednym nie kończy… powtarzał sobie, ale sumienie nie chciało odpuścić. Los tego szaraczka nie dawał mu spokoju.

W nocy spał byle jak. Śniło mu się, iż głaszcze kota po łbie, coś mu tłumaczy, a kot patrzy i ochoczo przytakuje…

Rano Małgorzata oznajmiła: obeszli z córką całe okolice, przepytali wszystkich sprzątaczy kota nie ma.

Adam poczuł niewytłumaczalne poczucie winy.

Po powrocie wieczorem do rodzinnego Krakowa, zamiast jechać prosto do domu, zostawił walizki u jakiegoś pasażera i pognał szukać kota.

Bardziej niż kradzieży bagaży bał się, iż kota nie znajdzie wcale, albo o zgrozo znajdzie go za późno.

Przez półtorej godziny kręcił się po dworcu, potem zaglądał do pojemników na śmieci i zajrzał pod każdy krzak w okolicy.

Przed północą dołączyła do niego Małgorzata, kląc na czym świat stoi.

O drugiej w nocy, kompletnie wykończeni, przysiedli na ławce przy wejściu i zapalili po papierosie.

Nogi mi jak z waty jęknęła Gosia.

I co teraz robimy?

Posiedzimy i znów przejdziemy dworzec. Gdzie zostawiłeś rzeczy?

Adam złapał się za głowę:

Na dworcu przy jakimś człowieku. On dawno już pojechał!

Chodźmy po rzeczy. Jak nie ukradli wrzucimy je do samochodu, a potem szukamy dalej.

Przeszli przez poczekalnię. Przy walizkach zatrzymał ich patrol policji.

Wasze rzeczy? zapytał funkcjonariusz.

Nasze, nasze odpowiedzieli równocześnie.

Czemu zostawiliście?

Kota szukaliśmy znowu chórem.

Jakiego kota? zdziwił się policjant i skinął głową w stronę bagażu. Tego?

Na walizce leżał wielki szary kocur.

Chcieliśmy oddać pana rzeczy do biura rzeczy znalezionych dodał drugi policjant. Ale ten kot to jest prawdziwy obrońca! Rzucał się jak pies, nikt nie mógł się zbliżyć.

Nie zginął. Odskoczył tylko na chwilę. Proszę zabierać rzeczy i kota. Mamy dość atrakcji na zmianie.

Adam ostrożnie podszedł do kota. Ten, rozpoznając jedynego, który go nakarmił i pogłaskał, zamiauczał z radości, wyciągając się z całych sił.

Adam usiadł na ławce, pogłaskał go po grzbiecie i z ulgą odetchnął. Małgorzata przysiadła obok.

Ty to masz szczęście do historii powiedziała z rozbawieniem i cmoknęła męża w policzek. Dobra, zabieraj manatki, idziemy.

Adam wziął walizkę i torbę, a Małgorzata wielkiego, wyliniałego i brudnego szaraczka. Kot jednocześnie mruczał, trącał ją czółkiem i próbował ją polizać w policzek.

Kobieta śmiała się, próbując się bronić przed jego czułościami.

W domu najpierw wykąpała go w ciepłej wodzie, starannie wytarła ręcznikiem, zdjęła obrożę i zaserwowała miskę pachnącego rosołu z kurczaka.

W nocy kot doczłapał cichutko do sypialni i ułożył się przy Małgorzacie. Delikatnie ugniatał jej ramię łapką, lekko podrapał, jakby chciał się upewnić, iż nie zniknie.

Położyła dłoń na jego grzbiecie i wyszeptała:

Śpij, kocie, śpij. Już jesteś w domu

Kot zamruczał cichutko i zasnął.

Adam też spał już spokojnie. Śniło mu się, iż z żoną znowu szukają kota po dworcu.

A kotowi iż przez cały czas szukał właśnie ich.

A na dworcu biegała malutka ruda kotka. Nieśmiało zaglądała ludziom w oczy i żałośnie miauczała. Pasażerowie odwracali wzrok i pędzili dalej.

Ile można ratować kotów? Wszystkich się nie nakarmi! myślał każdy, przyspieszając kroku.

Ot, życie.

Idź do oryginalnego materiału