„Pracujesz w sklepie zoologicznym, więc przynieś nam karmę dla kotów” – słowa, które często słyszę od rodziców mojej żony

12 godzin temu

Nie będę ukrywać ostatnio zatrudniłem się w sklepie zoologicznym. Moja próba trwała do czerwca, a potem wpadłem już na stałe do zespołu. No i jak już się w nim jest, to zaczynają się małe przywileje.

Otóż pracownicy mają ten luksus, iż pod koniec każdego miesiąca można sobie zabrać rzeczy, których sklep już nie może sprzedać. Wiecie, karma w obitych opakowaniach, akcesoria z uroczym defektem czy coś zbliżającego się do końca ważności.

Zasada jest prosta dogadujemy się między sobą, kto co bierze. Ja sam zwierzaka nie mam, ale człowiek głupi żeby nie brać nic, prawda?

No i za pierwszym razem zabrałem worek kociej karmy. Teściowie mają kota o wdzięcznym imieniu Mruczek, więc poszło do nich.

I tu mnie olśniło zawsze będę polował na coś dla kota.

Następny łup to drapak. Trochę podziabany, ale teściowa krawcowa jak nie uszyje, to nikt nie uszyje.

Niestety, moja dobra wola nie została doceniona. Zamiast podziękowań usłyszałem tylko:
Lepszą karmę byś przyniósł, a nie sam z drapakiem lecisz!

Trochę było mi głupio ostatnio tłumaczyłem przecież, jak zdobywam te rzeczy. Powtórzyłem jeszcze raz, a oni tylko kiwnęli głowami i udawali, iż rozumieją.

Wracając do domu, rzuciłem do żony, iż co miesiąc będę ich kotu kupował porządną karmę, a jak coś z pracy wpadnie gratis, to odłożę na zapas. Tak się dogadaliśmy.

Ale już po miesiącu cała paczka karmy 10 kilo! zniknęła bez śladu. Pytam teściową, a ona z rozbrajającą szczerością mówi, iż obiecała sąsiadce, iż też jej przyniesie.

Przyznała, iż wiedziała, iż ja i tak coś dorwę w sklepie, więc przekazała pół zapasu dalej, a my jeszcze kupiliśmy karmę za miliony monet, no albo za te 80 złotych.

Znów musiałem tłumaczyć, iż karma była tylko dla Mruczka, nie na rozkręcanie charytatywnej działalności osiedlowej.

Odpowiedź była błyskotliwa:
Pracujesz w zoologicznym, to chyba możesz coś załatwić!

Oni naprawdę myśleli, iż specjalnie nie chcę załatwiać karmy.

W tym momencie powiedziałem sobie dość kabaretu. Oświadczyłem stanowczo, iż z zasady już im nic nie przyniosę. Skończyłem tłumaczenie, żeby nie czekali już na żadne gratisy z mojej strony.

Chyba trochę się obrazili, ale przynajmniej nie muszę się już tłumaczyć z każdego przyniesionego drapaka.

Idź do oryginalnego materiału