Okoliczności się nie zdarzają – tworzą je ludzie. To Wy stworzyliście sytuację, w której żywa istota…

15 godzin temu

Warunki nie układają się same ludzie je tworzą. Ty stworzyłaś warunki, w których zostawiłaś żywe stworzenie na ulicy. A teraz chcesz je zmienić, gdy ci wygodnie.

Pamiętam, jakby to było wczoraj, choć minęło już tyle lat. Był to zwyczajny, zimowy wieczór w Warszawie, kiedy świat wokół tonął w szarości i chłodzie. Wracałem z pracy do pustego mieszkania na Powiślu. Wtedy właśnie, przechodząc obok spożywczego przy ulicy Tamka, zobaczyłem ją. Siedziała pod ścianą kundelka, ruda, rozczochrana. W oczach miała coś, co przypominało zagubione dziecko.

Co ty tu robisz? rzuciłem cicho, zatrzymując się.

Pies podniósł łeb, spojrzał na mnie. Nie prosił, nie żebrał. Po prostu patrzył.

Może czeka na pana, pomyślałem, idąc dalej. Ale następnego dnia obrazek się powtórzył. I kolejnego również. Wydawało się, iż ten pies wrósł w to miejsce. Ludzie przechodzili obojętnie, ktoś rzucił kawałek chałki, ktoś inny parówkę.

Dlaczego tu ciągle siedzisz? spytałem któregoś popołudnia, przykucając. Gdzie są twoi ludzie?

Wtedy pies nieśmiało podszedł i oparł pysk o moje kolano.

Zastygłem. Kiedy ostatni raz kogoś głaskałem? Po rozwodzie minęły trzy lata, a w domu tylko cisza, praca, telewizor, lodówka.

Laduszka wyszeptałem, nie wiedząc nawet, skąd to imię się wzięło.

Następnego dnia przyniosłem jej garść kiełbasy.

Po tygodniu zamieściłem ogłoszenie w internecie: „Znaleziono psa. Szukamy właściciela.” Nikt się nie zgłosił.

Miesiąc później wracałem z nocnej zmiany pracowałem jako inżynier, czasem całe doby na budowie spędzałem. Patrzę: tłum pod sklepem.

Co się stało? spytałem sąsiadkę, panią Henrykę.

Ano potrącił ją samochód. Ta psina co tu siedziała miesiąc.

Serce mi omal nie wyskoczyło z piersi.

Gdzie ją zabrali?

Do lecznicy na Alei Jana Pawła II. Ale tam wołają takie pieniądze… Komu bezdomny pies potrzebny?

Nic nie mówiłem. Pobiegłem.

W lecznicy weterynarz pokręcił głową.

Złamania, krwotok wewnętrzny. Leczenie będzie kosztować co najmniej dwa tysiące złotych. Nie wiem, czy przeżyje.

Proszę leczyć odpowiedziałem. Ile trzeba, tyle zapłacę.

Kiedy Ladę wypisano, zabrałem ją do domu. Po raz pierwszy od trzech lat w moim mieszkaniu zagościło życie.

I wszystko się zmieniło. Zupełnie.

Zacząłem budzić się nie od budzika, ale od delikatnego szturchnięcia mojej dłoni psi nosem. „Wstawaj, czas wstać, panie.” Wstawałem. Ze śmiechem.

Kiedyś dzień zaczynałem od kawy i wiadomości. Teraz od spaceru w parku.

Chodź, dziewczynko, czas na świeże powietrze! mówiłem, a Lada radośnie merdała ogonem.

W lecznicy załatwiłem jej dokumenty. Paszport, szczepienia oficjalnie była już moim psem. Każdą kartkę fotografowałem na wszelki wypadek.

Koledzy z pracy dziwili się:

Marek, ty chyba młodniejesz! Jakiś inny się zrobiłeś.

I rzeczywiście poczułem się potrzebny, po raz pierwszy od lat.

Lada okazała się niezwykła. Bystrą, łapała każde słowo. Gdy pracowałem dłużej, czekała przy drzwiach z wzrokiem pełnym troski jakby mówiła: „Martwiłam się.”

Wieczorami długo spacerowaliśmy nad Wisłą. Opowiadałem jej o pracy, życiu. Dziwne? Może. Ale ona słuchała. Patrzyła uważnie, czasem cicho popiskiwała.

Widzisz, Laduszko, myślałem kiedyś, iż samemu łatwiej. Nikt nie przeszkadza. Ale okazuje się głaskałem ją. Okazuje się, iż po prostu bałem się znowu kogoś pokochać.

Sąsiedzi przywykli. Pani Janina zawsze miała dla Lady kosteczkę.

Ładny piesek mówiła. Widać, iż ukochany.

Mijały kolejne miesiące.

Zacząłem myśleć o założeniu jej strony w Internecie wrzucać zdjęcia, bo ruda sierść Lady w słońcu wyglądała jak złoto.

Aż pewnego dnia stało się coś nieoczekiwanego.

Zwyczajny spacer w parku. Lada wąchała krzaki, ja siedziałem na ławce z telefonem.

Saba! Saba!

Podniosłem głowę. Zbliżała się kobieta około trzydziestki, w modnym dresie, blond włosy, wyraźna szminka. Lada zesztywniała, położyła uszy.

Przepraszam powiedziałem Pomyliła się pani. To mój pies.

Kobieta stanęła, ręce na biodrach.

Co znaczy, iż twój? Widzę, iż to moja Saba! Zgubiła się pół roku temu!

Saba?

Tak! Zniknęła przy klatce, wszędzie szukałam! Ukradłeś ją!

Ziemia aż się zatrzęsła.

Moment Ja ją znalazłem przy sklepie. Siedziała tam całe tygodnie!

Bo się zgubiła! Kocham ją! Kupiliśmy ją z mężem rasowa!

Rasowa? spojrzałem na Ladę. Przecież to zwykły kundel.

Jest mieszaniec! Bardzo drogi!

Wstałem. Lada przywarła do nóg.

jeżeli to pani pies, mam pytanie: ma pani dokumenty?

Jakie dokumenty?

Paszport, szczepienia, cokolwiek.

Zakłopotała się:

Zostały w domu. Ale rozpoznałam ją! Saba, chodź tu!

Lada nie ruszyła się.

Saba! Natychmiast!

Pies przylgnął do mnie jeszcze mocniej.

Widzicie? Ona pani nie zna.

Pewnie się obraziła, iż się zgubiła! Ale ja żądam zwrotu mojego psa!

Mam wszystkie papiery spokojnie odpowiedziałem. Leczenie, paszport, rachunki za karmę.

Nie obchodzi mnie to! To kradzież!

Przechodnie zaczęli się zatrzymywać.

W takim razie wyjąłem telefon Załatwimy sprawę przez policję.

Proszę bardzo! prychnęła kobieta. Udowodnię, iż to mój pies! Mam świadków!

Jakich świadków?

Sąsiedzi widzieli, jak uciekła!

Wybrałem numer. Serce waliło mi w piersi. Może kobieta ma rację? Może Lada się uciekła?

Ale dlaczego siedziała tam miesiąc? Dlaczego nie wróciła do domu?

A teraz dlaczego się mnie trzyma jakby się bała?

Halo? Policja? Mam tutaj sprawę

Kobieta rzuciła groźne spojrzenie:

Zobaczy pan, sprawiedliwość wygra. Oddaj mi psa!

A Lada tuliła się do mnie.

Wtedy wiedziałem będę walczyć. Do końca.

Bo Lada stała się rodziną.

Sierżant Zawadzki przyjechał po pół godzinie. Spokojny, rzeczowy. Znałem go jeszcze z interwencji w spółdzielni.

Wytłumaczy ktoś o co chodzi? zapytał, wyjmując notes.

Kobieta zaczęła pierwsza, chaotycznie:

To moja Saba! Kupiliśmy za 12 tysięcy! Zgubiła się pół roku temu, a on ją ukradł!

Nie ukradłem, tylko zabrałem z ulicy odparłem. Siedziała głodna.

Bo się zgubiła!

Sierżant spojrzał na Ladę, która przytuliła się do mnie.

Ma ktoś dokumenty?

Ja mam wyjąłem teczkę; szczęśliwym trafem po ostatniej wizycie w lecznicy nie dołożyłem jej do domu.

Tu zaświadczenie od weterynarza po wypadku, tu paszport, szczepienia.

Przejrzał papiery.

A pani co ma?

Wszystko w domu! Ale to nieważne, to moja Saba!

Może opisać gdzie i kiedy się zgubiła?

Spacerowałam z nią. Zerwała się ze smyczy, uciekła. Szukałam, wywieszałam ogłoszenia.

Gdzie spacerowała pani?

W parku obok.

Gdzie pani mieszka?

Aleje Jana Pawła II.

Zadrżałem:

Przepraszam, to dwa kilometry od sklepu. Jak znalazła się tam?

Pewnie zbłądziła.

Psy zwykle znajdują drogę do domu.

Kobieta się zarumieniła:

Co pan wie o psach?!

Wiem. Ukochany pies nie siedzi miesiąc głodny na ulicy, szuka ludzi.

Mogę spytać dodał Zawadzki skoro pani szukała psa, czemu nie zadzwoniła na policję?

Do policji? Nie pomyślałam.

Przez pół roku? Zgubiła pani psa za 12 tysięcy i nie zadzwoniła?

Myślałam, iż sama go znajdę.

Sierżant skrzywił się:

Proszę pokazać dowód osobisty i podać adres.

Kobieta wyciągnęła dowód, dłonie trzęsły się.

Proszę. Aleje Jana Pawła II 15, mieszkanie 23.

Dobrze. Kiedy dokładnie zgubiła pani Sabę?

Około 20 albo 21 stycznia.

Wyjąłem telefon:

Ja ją znalazłem 23 stycznia. Pies już siedział tam prawie miesiąc.

Wynika, iż musiała zgubić się wcześniej.

Może pomyliłam daty! kobieta wyraźnie drżała.

I nagle się złamała:

No dobrze, niech już będzie wasza. Ale kochałam ją!

Cisza.

Jak to się stało? spytałem cicho.

Mąż powiedział, iż przeprowadzamy się do innej dzielnicy, a z psem nie wezmą nas na wynajmowany lokal. Nie mogliśmy jej sprzedać nie była rasowa. Zostawiłam ją przy sklepie, licząc, iż ktoś się zlituje.

Poczułem, jakby wszystko w środku przewróciło się.

Zostawiła ją pani?

No nie wyrzuciłam po prostu zostawiłam. Myślałam, iż ludzie ją zabiorą.

Dlaczego chce ją teraz odzyskać?

Kobieta zaszlochała:

Rozwiedliśmy się, mąż wyjechał, ja zostałam sama. Tak pusto Pragnęłam Sabę z powrotem. Przecież ją kochałam!

Nie wierzyłem.

Kochała pani? Ukochanych się nie zostawia.

Sierżant Zawadzki schował notes.

Jasne. Dokumenty wykazują, iż pies należy do obywatela… spojrzał w mój dowód Marcina Grodeckiego. Leczył ją, załatwił dokumenty, opiekuje się. Nie ma wątpliwości.

Kobieta zaszlochała:

Ale ja zmieniłam zdanie! Chcę ją odzyskać!

Za późno odpowiedział sucho policjant. Zostawiła pani, koniec.

Usiadłem przy Ladzie, objąłem ją delikatnie.

Już dobrze, dziewczynko. Już dobrze.

Mogę choć ją pogłaskać? zapytała kobieta.

Spojrzałem na Ladę. Przytuliła się mocniej, skulona.

Widzisz? Boi się pani.

Nie chciałam źle. Tak wyszło.

Powiem pani jedno podniosłem się warunki się nie układają. Ludzie je tworzą. Stworzyła pani warunki, w których porzuciła istotę. Teraz chce je zmienić, kiedy pani wygodnie.

Kobieta rozpłakała się:

Rozumiem. Ale mi tak źle samej…

A jej było dobrze miesiąc czekać?

Cisza.

Saba szepnęła.

Pies choćby nie drgnął.

Kobieta odwróciła się i pospiesznie odeszła.

Zawadzki klepnął mnie lekko po ramieniu:

Dobra decyzja. Widać, iż się przywiązała.

Dziękuję za zrozumienie.

Sam mam psa. Wiem, co to znaczy.

Gdy policjant odjechał, zostałem sam z Ladą.

No, kochana powiedziałem, głaszcząc ją po łbie. Już nas nikt nie rozdzieli. Obiecuję.

Lada spojrzała na mnie. I zobaczyłem w jej oczach nie tyle wdzięczność, co niezmierzoną psią miłość.

Miłość.

Idziemy do domu?

Szczeknęła radośnie i ruszyła obok.

Po drodze myślałem: Ta kobieta w jednym miała rację. Warunki naprawdę mogą się skomplikować. Można stracić pracę, dom, pieniądze.

Ale są rzeczy, których nie wolno stracić. Odpowiedzialność. Miłość. Współczucie.

W domu Lada rozłożyła się na swoim dywaniku. Ja zaparzyłem herbatę, usiadłem obok.

Wiesz, Laduszko powiedziałem cicho. Może wszystko wyszło na dobre. Teraz wiemy na pewno jesteśmy sobie potrzebni.

Lada westchnęła z zadowoleniem.

Idź do oryginalnego materiału