„Nie potrzeba mi sparaliżowanej córki!” – rzuciła synowa i wyszła… choćby nie wyobrażała sobie, c…

15 godzin temu

Nie potrzebuję sparaliżowanej… powiedziała synowa i odeszła Nie miała pojęcia, co się wydarzy dalej.

W jednej z mazowieckich wsi mieszkał sobie zwykły staruszek, lubił w weekendy napić się trochę wódki, nie przesadzał jednak. Miał swoje marzenie: chciał mieć psa, ale nie byle jakiego, tylko rasowego owczarka środkowoazjatyckiego. Był gotów pojechać aż do granic Kazachstanu, by go kupić i sprowadzić do siebie.

Ludzie w wiosce mówili na niego Staszek lub Staszczyk, nikt nie wiedział czy to imię, czy nazwisko, a on nikomu nie tłumaczył. Staruszek, po pracy w ogródku, siadywał na ławce pod chatą i wspominał stare lata. Czasem zbierała się młodzież wokół niego, by posłuchać opowieści o dawnym życiu w wiosce.

Staszek dawno już pochował żonę. Zofia miała chore serce. Lekarze zabraniali jej rodzić, ale ona bardzo pragnęła dziecka. Urodziła syna i zupełnie podupadła na zdrowiu. Staszek Zofię kochał ponad wszystko. Cały dom trzymał w ryzach, choćby worek mleka z sklepu jej nie pozwalał nieść. Nie możesz, zabronione przez lekarzy! powtarzał.

Synem zajmował się sam, gotował, prał. Zofia się zamartwiała:
No nie rób mi wstydu! Baby się śmieją, cały dom na tobie!
A baby wcale się nie śmiały, raczej zazdrościły:
Zośka, pożycz nam swojego Staszka chociaż na dzień, byśmy tak pożyły!
Zofia uśmiechała się w odpowiedzi. Odeszła cicho, z uśmiechem na twarzy. Staszek znalazł ją rano, już zimną. Wypłakał się przez trzy dni, potem zajął się synem.

Syn miał wtedy czternaście lat, przechodził trudny okres. Po służbie wojskowej ożenił się wcześnie i został tam, gdzie służył. Tak Staszek został sam. Ale nie poddawał się, rozmawiał z młodymi na ławce, lubił być otwartym.

Synowi urodziła się córka, Staszek czekał na gości, ale nigdy całą rodziną nie przyjeżdżali. Praca, brak czasu, różne wymówki. Wnuczkę znał tylko ze zdjęć.

Pewnego dnia ludzie zauważyli, iż Staszek chodzi smutny, jak cień człowieka, nie żartuje, nie siada na ławce. Zaczęli dopytywać i dowiedzieli się, iż dostał telegram synowa donosiła, iż wraz z rodziną mieli wypadek samochodowy. Wnuczka była w ciężkim stanie w szpitalu, a syn Staszka zginął.

Co za nieszczęście, co za żal! mówili współczująco w całej wsi, ale przecież na takie cierpienie nie ma pomocnych słów

Staszek przyjmował kondolencje, ale nie robiło mu się lżej. Syna żal było niemiłosiernie, ale go nie przywróci. Jeszcze bardziej żal mu było wnuczki, która leżała w komie, młoda dziewczyna, piętnaście lat, życie przed sobą. Staszek czuł do niej miłość większą niż można wyobrazić.

Od synowej nie było odtąd żadnych wieści. Nie pisała, nie odpowiadała na telegramy, nie odbierała telefonu. Jak dowiedzieć się o stanie wnuczki?… Choć jedynego spotkania nie mieli, Staszek kochał ją, bo na zdjęciach była podobna do Zofii w młodości.

Już miał jechać do miasta, gdzie mieszkał syn, gdy nagle, w przeddzień podróży, pod dom podjechał samochód. Wynieśli z niego nosze. Do chaty weszła synowa. Staszek dopiero po chwili zorientował się, kto przed nim stoi. Zaraz za nią wniesiono wnuczkę, położyli ją jakby bez zastanowienia na kanapie i wyszli.

Jest sparaliżowana od stóp do głów. Taka córka mi niepotrzebna. Jeszcze się ożenię, urodzę sobie zdrowe dziecko! wyrzuciła synowa z obojętnością.
Ale przecież nie jestem lekarzem! odparł z szoku Staszek.
Lekarz nie jest potrzebny. Tu się nie da pomóc. Trzeba opiekunki. Nie chcecie się bawić, to zakopcie ją żywcem, ja nie zamierzam niszczyć sobie życia. krzyknęła i trzasnęła drzwiami.
Ty jej choćby matką nie jesteś! zawołał za nią Staszek.

Teraz zrozumiał, czemu nigdy nie wpadali całą rodziną w gości. Z taką kobietą to tylko na bazar się kłócić, a nie po domach jeździć. Jak to syn takiego wyboru dokonał? Teraz już go nie zapyta. Gdyby wiedział, iż synowa odrzuci własną córkę, przewróciłby się w grobie. Tak Staszek został sam z wnuczką.

Dziewczynka była rzeczywiście całkowicie sparaliżowana, ale Staszek był zdolny do opieki, nie bał się roboty. Znalazł sens życia: najważniejszy cel uleczyć wnuczkę.

Lekarze poddali się, wypisali ją do domu, nie rozumiejąc, jak w ogóle przeżyła wypadek doznała urazów praktycznie niezgodnych z życiem. Zostały już tylko ludowe sposoby i babkiznachorki. Ale najbliższa znachorka mieszkała bardzo daleko. Nie można było zabrać prowadzącego dziecko, ona też do domu nie dojeżdżała, bo staruszka już ledwo chodziła. Co począć?

Staszek co tydzień jeździł do znachorki, odbierał zioła i nalewki, tym leczył wnuczkę. Ponad rok minął, a dziewczyna przez cały czas nie mogła się ruszyć, leżała pod kocem jak drewienko. choćby mówiła tylko niewyraźnie, bełkotała od czasu do czasu.

Czasem Staszek widział, jak po jej policzku płyną łzy. Wtedy serce mu pękało. Myślał, iż tęskni za matką i ojcem. Dużo z nią rozmawiał, czytał jej książki, ale ona nie potrafiła odpowiedzieć. Im obu było ciężko.

Aż pewnego letniego wieczoru zdarzyło się coś niespodziewanego. Staszek, jak zawsze, siedział przy łóżku wnuczki, gdy nagle do domu wpadła pijana banda młodych ludzi. Zapomniał tego dnia zamknąć drzwi. Wracali z dyskoteki, zobaczyli światło w oknie. Wiedzieli, iż mieszka tu sparaliżowana dziewczyna. Ktoś rzucił pomysł, żeby wejść i pośmiać się, bo przecież jej nie zaszkodzi, a jakby co, to nie będzie się opierać… Otworzyli drzwi.

Dawaj, dziadku! Zdejmij z niej koc, rozstaw nogi! Zaraz rzucimy los, kto pierwszy… powiedział najbardziej pijany.
Litości! Ona ma dopiero piętnaście lat! krzyczał starzec.
Zaraz, tylko umyj zęby! rzucił Staszek, po czym pobiegł do kuchni, otworzył drzwi do piwnicy i krzyknął: Bierz!

I z piwnicy wyskoczył potężny owczarek środkowoazjatycki, Tatar! Zaczął kąsać za spodnie, rozszarpując portki na wszystkich łobuzach! Najważniejszemu niemal odgryzł to, co najważniejsze. Inni uciekali z gołymi tyłkami przez wieś, wszyscy się śmiali, a Tatar gonił ich aż na kraniec osady.

Staszek wrócił do wnuczki, a ona siedzi na łóżku i woła przez okno:
Tatar! Tatar! Dziadku, złap go, żeby nie uciekł!
Staruszek się rozpłakał ze szczęścia. Od tego momentu wnuczka zaczęła wracać do zdrowia. niedługo i chodzić zaczęła. Czy to pomogły nalewki od znachorki, czy szok od nocy z psem, trudno powiedzieć, ale gadała potem jak najęta, nadrabiając milczenie. A pies? Skąd był pies, zapytacie

Tatar mieszkał u syna Staszka, a gdy wydarzyła się tragedia, nieczuła synowa pozbyła się zarówno córki, jak i psa. Przywiozła go razem z dziewczyną, tylko staruszkowi choćby o tym nie wspomniała. Gdy synowa wyszła z domu, Staszek chciał zamknąć bramę, patrzy, a przy furcie siedzi pies. Chudziutki, wycieńczony, oczy smutne jak u chorej krowy, łzy jak prawdziwe płyną. Staszek nie wiedział nawet, iż syn miał psa. Nie byłby w stanie wypędzić zwierzęcia syna zabrał go do siebie.

Pies był wierny staruszkowi, w gorące lata siedział w piwnicy, bo dziadek nie chciał, żeby się męczył na dworze. Wieczorami wypuszczał Tatar, ale tego feralnego dnia nie zdążył wypuścić wcześniej. Gdyby pies był na górze, tamci chuligani nie weszliby do domu.

Wnuczka później wyznała, iż kiedy płakała, łzy na jej policzkach były od tęsknoty za psem. Dziadek trzymał go zawsze na podwórku, do pokoju nie wpuszczał. Dziewczyna tęskniła, ale nie umiała o tym powiedzieć.

Tatar po pogonieniu pijaków wrócił do domu i z euforią zlizał łzy z twarzy swojej młodej pani. On też za nią bardzo tęsknił. Tak zaczęli żyć we troje: Staszek, wnuczka i Tatar. O matce dziewczyny nie słyszeli już nigdy nic.

***
Życie czasem układa się tak, iż człowiek zostaje sam nie ze swojej winy. Ale choćby w największym nieszczęściu nie wolno tracić nadziei ani serca. Miłość i troska mogą podnieść z dna i ozdrowić choćby najbardziej zranioną duszę warto walczyć i być dla kogoś wsparciem, bo dobro zawsze do nas wraca.

Idź do oryginalnego materiału