NIE NIEMAJA

1 tydzień temu

NIE NIEMA

Michał postawił wiadra z wodą na ławce w sieni u Agnieszki i chciał się już zbierać, ale starsza pani złapała go za rękaw, dając znak, by poszedł za nią do izby. Usiadł na szerokiej ławie przy drzwiach i czekał na dalsze jej polecenia.

Gospodyni w milczeniu wyciągnęła garnek z pieca, wskazała ręką na zegar z wahadłem, dając znać, iż pora na obiad, i nalała do dużej miski żurku z kiszonej kapusty, a obok położyła kawałek słoniny, cebulę i pajdę pachnącego chleba. Zreflektowała się i postawiła na stole butelkę samogonu. Jej zgięte plecy były przykryte wełnianą chustą. Choć w domu było ciepło, na nogach miała wełniaki.

Michał cicho powiedział:
– Z żurku na pewno nie zrezygnuję, ale pić nie będę. Przysiągłem sobie, iż alkoholu do ust nie wezmę. Ikonę pocałowałem i samemu proboszczowi powiedziałem, iż tego trucizny więcej się nie tknę. Ostatnio taka awantura w klubie się wywiązała, gdy Werę pijany zazdrościłem, dziwię się, iż mnie wtedy nie zamknęli. Za zniszczone krzesła musiałem zapłacić. Matka mówiła, iż kręgosłup cię boli, więc przyszedłem przynieść wodę. Zaraz zjem żurek i przyniosę drewno. Może jeszcze jakieś zajęcie znajdziesz. Moja mama, jak tylko zobaczy, iż przed telewizorem usiądę, to od razu znajduje mi pracę do zrobienia.

Michał zaśmiał się ze swojego dowcipu tak, iż aż się zakrztusił. Babcia Agnieszka zaczęła uderzać pięściami po jego plecach, jakby chciała gwoździe wbijać. Michał kontynuował pałaszowanie żurku ze słoniną i cebulą, po czym zapytał:
– Babciu, a jak idziesz spać, to plecy ci się prostują, czy musisz leżeć wygięta w łuk?

Agnieszka spojrzała na Michała niebieskimi oczami, zmrużonymi z uśmiechu, i machnęła ręką.

– A widzę, iż byłaś młoda i piękna, włosy, jakie gęste, brwi łukiem nad szerokim czołem, a oczy jak dwa świetliki. Moja Wera też piękna! Sama pomyśl, jak jej nie kochać! Zacznę wymieniać jej zalety, a ty wykrzywiaj palce, tylko uważaj, bo może ich nie starczyć: piękna, postawna, skromna, dobra, pracowita, schludna, oszczędna, dobrze śpiewa, pięknie tańczy, nie jest chciwa, nigdy nie była zamężna, nie pije, nie pali, nie włóczy się. Widzisz, ile ma zalet.

Michał zauważył, iż Agnieszka śmieje się oczami. Klatka piersiowa jej drżała, ale głos z wnętrza jej nie wychodził.

– Ale jakież to babcia ma piękne, jasne oczy, nie na swój wiek! – zauważył chłopak. – Babciu, znasz przecież Werę?

Agnieszka rozłożyła ręce, podnosząc ramiona, dając znać, iż kto wie, jacy oni są, dobrzy czy źli.

– Oczywiście, nie jesteśmy tacy jak wy. Wy baliście się rodziców, słuchaliście się ich. A my jak coś nam nie pasuje, to od razu się sprzeciwiamy. Mój tata, zanim coś zrobi, zawsze się ze mną radzi. A mama to w ogóle uważa mnie za gospodarza. Wszystkie bracia porozlatywali się po miastach, ja najmłodszy, dopóki się nie ożenię, z rodzicami zostanę. Chcę się ożenić i mieć wiele dzieci. Wera moja postawna. Jako weterynarz mówię, może urodzić tyle, ile się da. Ach, zapomniałem dodać, iż jest zdrowa. No co, palców ci nie starczyło, co?

Michał najeść się do syta, a ciepło z pieca go rozleniwiło. Mimo iż Agnieszce bolał kręgosłup, w domu było czysto. Szczególnie rzucało się w oczy duże łóżko z pierzyną, poduszkami pod sam sufit i narzutą.

Michał rozmarzył się na głos:
– Chciałbym takie łóżko na noc poślubną! A może lepiej nie, bo na pierzynie jak w ukropie i zapomnisz o wszystkim.

Na głos kontynuował:
– Wera skończy naukę, wróci na wieś i urządzimy wesele. Uczy się na pielęgniarkę. Wyobraź sobie, jak wspaniale: ja leczę zwierzęta, a ona ludzi. Choć moja mama czasem mówi na ojca, iż to zwierz. Ale zobacz, iż wszyscy jesteśmy nie lepsi od zwierząt. Słyszałaś, Staszek ukradł motocykl od Piotra i w jeziorze utopił. No nie zwierz?! A Witek palił na strychu i mało chaty nie spalił. Też zwierz!

Największym zwierzem okazał się Szymon. Spotykał się z Natalką, oszukał ją, zaszła w ciążę, a on przywiózł żonę z miasta. Natalka wpadała w depresję, myśleliśmy, iż sobie coś zrobi. A wczoraj idzie z brzuchem naprzód, uśmiecha się, mówi, iż chłopiec będzie, iż na szczęście go Bóg dał. Ciekaw jestem, jak ten zwierz będzie przechodzić obok domu, wiedząc, iż tam mieszka jego syn? Ja Werki nigdy nie zostawię! Patrząc na nią, mam ochotę ją tak przytulić! Tak! Żeby się w moich ramionach rozpłynęła, żebyśmy się stali jednością. Ale ona jest skromna dziewczyna, przed ślubem ani mru-mru. Ta granica wyznaczona przez wesele jest nieprzekraczalna. Przecież nie przeciągnę jej przez nią siłą. Jako felczerka byłaby świetna, twoje plecy gwałtownie wyprostowała! Zastrzyki robi bezboleśnie, komar bardziej boli. Czasem myślę, iż jak kołchoz przyzna nam domek, to będę tęsknił, babciu, bo nie będziemy mieszkać obok. Ale to nic, zawsze znajdę czas, żeby pomóc i porozmawiać. A co tam jeszcze masz do skosztowania?

Agnieszka zwinnie wzięła się za rękaw i wyciągnęła kaszę gryczaną z mięsem z pieca. Aromat rozszedł się po całej izbie! Michał tak kręcił nosem, iż prawie sobie go skręcił. Wziął łyżkę w ręce i jak małe dziecko stukał o stół. Agnieszka się uśmiechała, oczy jej lśniły z radości, iż zasmakował młodemu człowiekowi jej posiłek.

– A po co leżeć na pierzynie, gdy ja jem? Czy ona tylko dla piękności? Spokojnie, jakąś ją z Werą pomarszczymy.

Michał znów się zakrztusił, ale Agnieszka nie walnęła go po plecach. Miała ochotę go przytulić, podziękować za pozytywne słowa, za poświęcony czas, za to, iż się w rozmowie podzielił, nie śpieszył do domu. Szorstkimi, spracowanymi dłońmi pogłaskała go po plecach, delikatnie przyklaskując, a potem pocałowała go w czubek głowy.

Michał wstał od stołu mówiąc:
– No jak teraz pracować z pełnym brzuchem? Czas najwyższy na pierzynie się położyć.

Roześmiał się i wyszedł na podwórze. Przyniósł kilka naręczy drewna, zamiatał sień, poszedł do obory, ocenił pomieszczenia dla prosiaka, pokłonił się gospodyni i poszedł do domu.

– Gdzieś ty się tam podział? Wera obdzwania, a ty z Agnieszką nie możesz się nagadać?

– No jak od niej odejść? To to chce opowieści, to tamto, – śmiejąc się, odpowiedział syn. – Mamo, a ona od urodzenia jest niema?

– Nie, synku. Jak była dziewczyną, to w czasie wojny śpiewała pięknie, jak Sipińska. Po domach chodziła i patriotyczne pieśni śpiewała. A jak przyszli Niemcy, to gdy wieszali partyzantów, jak zaśpiewała “Rota”, to Niemcy odcięli jej język. Partyzanci ją uratowali, nie zdążyli jej zastrzelić. Myśleliśmy, iż to niema osiedliła się u nas, a niedawno przewodniczący opowiedział nam o niej. Jej wieś podupadła, a nasze przecież kwitnie, więc wojskowy oddział pomógł jej zdobyć dom. Wiesz, czasem jesteśmy gorsi od zwierząt. Zaszywamy się w swoich chatach, a nie troszczymy się o innych. A przecież niech i niema, ale wszystko rozumie.

– Mamo, ona przecież oczami mówi! Mówię jej o Werze, a ona cała promienieje. A kiedy opowiedziałem o Szymonie, to takie błyskawice z jej oczu wystrzeliwały! I wiesz co, mamo, ma bardzo delikatne ręce. A przecież kim dla mnie jest? Nikim. A jednak chcę z nią rozmawiać, dzielić się.

I wiesz czemu? Bo jest dobra, rozmawia duszą. I, mamo, ona nie gestykuluje jak niema, jest jak zamyślona. Obiecałem, iż jutro przybije coś w jej oborze, bardzo prosiła. Będzie czekać. Więc nie wymyślaj mi pracy, zajęty będę.

Idź do oryginalnego materiału