Najlepsze kochanki to żony, których już dawno nikt nie brał na poważnie
Władysław był przekonany, iż po prostu miał pecha z żoną. Trafiła mu się chłodna. Owszem, kiedyś była zupełnie inna, normalna ale ostatnimi czasy wszystko się zmieniło. Nie było już tej iskry, która niegdyś sprawiała, iż wracał do domu szybciej niż zwykle.
Nie powiem, w ogólnym rozrachunku wszystko było w porządku: mieszkanie zawsze czyste, rosół ugotowany, syn sam wybrał studia i wyjechał do Warszawy. Wszystko działo się jakby automatycznie, bez dawnego zapału, bez okresu koronkowych czerwonych majtek. Tak po prostu żona cicho i niezauważalnie przeniosła się z grupy fatalna kobieta do ligi przesympatyczny domowy hipopotam i Władysław zaczął się z tym godzić.
Już dawno przestał ją zazdrościć. A komu tu zazdrościć? Koleżankom z pracy? Kasjerce z Biedronki? Przecież te jej pewne 80 kilo stabilności nie budziły żadnych podejrzeń.
Więc to, co kiedyś robił ukradkiem, w tej chwili działo się niemal otwarcie. Portal randkowy tylko żeby zobaczyć, co oferują, rozmowy dla podniesienia samooceny, spotkania z kolegami przecież wiesz, mężczyźni też muszą czasem odpocząć.
Żona parę razy coś zauważyła, podejrzewała, pokrzyczała, potem ucichła. Władysław odebrał to jako kapitulację: zrozumiała swoje miejsce.
Nadchodził idealny moment, by przez chwilę żyć jak wolny człowiek. Żona dostała służbową delegację. Władysław był wniebowzięty: wreszcie można się naprawdę odprężyć.
Marzył z wyprzedzeniem, jak będzie rozmawiał, poznawał nowe osoby, zapraszał kogoś na kawę, a może choćby nie tylko na kawę. Życie nabierało nowych barw.
Rzeczywistość okazała się o wiele skromniejsza niż oczekiwania. Na portalu wysłał ze sto wiadomości, dziesięć odpowiedziało, cztery nawiązały dialog. Jedna zaraz zaczęła wciskać swoje pomysły o kryptowalutach, druga okazała się botem, jeszcze dwie rozpłynęły się po kilku zdaniach. Władysław ze zdumieniem uświadomił sobie, iż wolny, prawie rozwiedziony mężczyzna z własnym mieszkaniem i stabilną pensją nie jest aż takim rarytasem, jak mu się wydawało.
Któregoś wieczoru, czyszcząc historię przeglądarki ze śladów własnych wirtualnych rozrywek, przypadkiem natrafił na coś dziwnego związanego z delegacją żony. Im dalej drążył, tym gorzej się czuł.
Delegacja faktycznie istniała. Ale był tam jeszcze jeden drobiazg: w tej samej delegacji wyjechał z żoną młody współpracownik, a zarazem jej kochanek lat dwadzieścia siedem. I nie tylko wyjechał wyjechał za jej pieniądze. Bilety, hotel, restauracja wszystko opłaciła żona, ta sama cicha, nudna i chłodna.
Władysław najpierw nie uwierzył. Potem uwierzył i wpadł we wściekłość. Okazało się, iż podczas gdy leniwie przewijał oferty w poszukiwaniu przygód, jego sympatyczny domowy hipopotam prowadził burzliwe, pełne namiętności życie, o jakim on sam mógł tylko marzyć.
Awantura była oczywiście ogromna. Z wzajemnymi oskarżeniami i długimi rozmowami o przyszłość.
Panowie w komentarzach pewnie krzyczeliby, żeby taką żonę pognać na bruk. Ale nikt nikogo na bruk nie pogonił. Pokrzyczeli, popłakali, porozmawiali i nagle okazało się, iż razem jest im jednak wygodniej niż osobno.
Władysław, tak na marginesie, spojrzał na żonę zupełnie inaczej. Nie jak na kolejny typ wyposażenia domu, ale jak na kobietę, która ma własne pragnienia i wyobraźnię. I która potrafi być pożądana tylko nie przez niego.
Nie mam zamiaru polecać takich eksperymentów jako recepty na szczęście małżeńskie. Częściej kończą się one rozwodem, łzami i zszarganymi nerwami. Podoba mi się ta historia przez jedno proste przesłanie: bardzo często tak zwane chłodne żony nie są tak naprawdę chłodne. Są po prostu zmęczone. Codziennością, obojętnością, tym, iż od dawna nikt nie widzi w nich kobiet.
Czasem wystarczy niewielki bodziec by okazało się nagle, iż w domu mieszka nie hipopotam, ale całkiem gorąca kobieta. Po prostu gorąca dla kogoś, kto potrafi ten ogień dostrzec.

1 tydzień temu







