Miłość nie na pokaz
Zapisałam dziś parę słów, bo serce aż rwało się do przelania myśli na papier. Wyszłam z domu z pełnym wiadrem karmy dla świń i zła przeszłam obok swojego męża Genka, który już trzeci dzień grzebał przy studni na podwórku w naszej wsi pod Łowiczem. Zachciało mu się rzeźbienia, żeby było ładnie, jakby naprawdę nie było innych, ważniejszych zajęć! Ja krzątam się po gospodarstwie, karmię zwierzęta, a on tylko stoi z dłutem w ręku, cały w trocinach, patrzy na mnie i się uśmiecha. Co to za mąż? Nigdy słowa czułego nie powie, nigdy pięścią w stół nie walnie pracuje w ciszy, czasem tylko podchodzi, w oczy spojrzy i dłonią przejedzie po moim grubym, jasnym warkoczu na tym kończy się cała jego czułość. A ja tak bym chciała, żeby szepnął: świtko moja, łabędzico No, marzenia kobiety.
Zamyśliłam się nad swoim losem, a o mało co nie przewróciłam się przez starego Burego, co pod nogi mi wszedł. W sekundę Genek podskoczył, chwycił mnie, a na psa spojrzał surowo:
No i czego się pchasz pod nogi, jeszcze gospodyni kaleką zostanie!
Bury spuścił oczy i odczołgał się do budy. I znów zdziwiłam się, jak zwierzęta rozumieją mojego męża. Zapytałam go raz o to, a on odpowiedział krótko:
Bo ja je kocham, więc one mnie też.
Marzyłam i ja o miłości: żeby na rękach nosił, ciepłe słowa do ucha szeptał, kwiatki na poduszkę rano kładł… Ale Genek nie to, iż skąpy na czułości chyba już wątpiłam, czy on mnie w ogóle kocha.
Szczęść Boże, sąsiadko! zaglądnął przez płot Wiesiek. Genek, dalej dłubiesz te swoje cudeńka? A któż ci na to patrzył będzie?
Chcę, żeby dzieci na to patrzyły żeby się piękna nauczyły odparł spokojnie mój mąż.
To trzeba najpierw dzieci zrobić! roześmiał się Wiesiek, puszczając mi oczko.
Genek spojrzał na mnie smutno, a ja speszona uciekłam do izby. Na dzieci się nie śpieszyłam młoda jestem, ładna, chciało się jeszcze dla siebie pożyć, a mój mąż taki… nijaki. A Wiesiek no, chłop jak dąb! Wyższy, barczysty, może nie mam do Genka wielkich zastrzeżeń, ale Wiesiek to przystojniak! I jak mnie spotka koło bramy, to zawsze jakąś czułą frazą, iż aż się dusza kraje: Roso, złota dziewczyno Serce stawało, nogi miękły, ale uciekałam przed nim, nie dając się skusić. Przed ołtarzem przysięgałam Genkowi wierność, rodzice tyle lat zgodnie żyli, to i mnie tego uczyli.
A jednak dlaczego tak bardzo chcę wyjrzeć przez okno i spojrzeć na sąsiada?
Następnego ranka, gdy wyprowadzałam krowę na pastwisko, zatrzymałam się przy furtce tam stał Wiesiek:
Aniu, śliczna jak zorza, czemu mnie unikasz? Boisz się? Nie mogę oderwać oczu, aż mi się w głowie kręci, kiedy cię widzę.
Przyjdź do mnie skoro świt, jak twój mąż na ryby pójdzie wtedy przyjdź, a ja cię otulę taką miłością, iż najszczęśliwsza będziesz.
Zarumieniłam się cała, serce zabiło mocniej, ale nie odpowiedziałam nic, tylko minęłam go szybko.
Będę czekał! zawołał za mną.
Cały dzień myślałam o nim. Tak bardzo chciało mi się miłości, czułości, a Wiesiek był taki przystojny i patrzył na mnie tym swoim spojrzeniem… Ale nie mogłam się na takie coś zdobyć. Czekałam, aż świt nadejdzie… Może…
Wieczorem Genek nagrzał saunę za domem i zaprosił Wieśka na ogrodową łaźnię. Wiesiek był szczęśliwy swojej rozpalać nie musiał, drzewo oszczędzał. Okładali się tam brzozowymi witkami, sapali, żartowali. Wyszli odpocząć do przedsionka. Zaniosłam im karafkę samogonu i przekąski, a przypomniało mi się, iż ogórki małosolne zostały w piwniczce. Zeszłam, wzięłam ogórków, wracałam do kuchni, ale z lekko uchylonych drzwi przedsionka dobiegł mnie rozmowa, więc przystanęłam.
Takiś niemrawy, Genek. Chodź, nie będziesz żałował. Tam wdówki, co cię rozpieść mogą, a jakie piękne! Nie to, co twoja Anka, szara myszka.
A wtedy usłyszałam cichy, ale mocny głos mojego męża:
Nie chcę żadnych wdówek, nie obchodzą mnie ich wdzięki. A moja żona to nie żadna szara mysz, to najpiękniejsza kobieta na świecie. Nie ma takiego kwiatu, nie znajdziesz słodszej jagódki. Gdy na nią patrzę, nie widzę słońca tylko jej oczy, delikatną figurę. Tyle w mnie miłości, jak wiosną wody w rzece, ale… nie potrafię jej powiedzieć, jak bardzo ją kocham, nie umiem o tym mówić. Ona się na mnie za to obraża, widzę. Wiem, iż to moja wina. Boję się ją stracić. Bez niej nie wytrzymam dnia, oddechu nie złapię.
Stałam sercem mrożona, ze łzą, która spłynęła po policzku. Otarłam ją, podniosłam głowę i weszłam do przedsionka:
Wiesiek, idź sobie do tych wdówek rozganiać ich smutki. My z mężem mamy ważniejsze sprawy. Jeszcze nie ma komu na te Genkowe rzeźby patrzeć. Wybacz mi, kochany, głupie myśli i moją ślepotę. Szczęście miałam w rękach, a nie widziałam. Chodź, marnowaliśmy już za dużo czasu
I tak to było. Rano, zanim zorza na dobre rozświetliła niebo, Genek na ryby już nie poszedłGenek spojrzał na mnie z takim zdumieniem, jakby pierwszy raz zobaczył słońce. Z jego dłoni wypadł kawałek brzozy, a oczy rozświetliły się do łez. Wiesiek tylko chrząknął, wstał i bez słowa wyszedł na dwór, zostawiając nas samych w ciepłym półmroku. Długo staliśmy naprzeciw siebie, nieporadni jak dzieci, aż w końcu uśmiechnęliśmy się przez łzy i śmiech.
Genek delikatnie objął mnie ramieniem, tak jak jeszcze nigdy dotąd, i po raz pierwszy usłyszałam w jego cichym głosie słowa, których zawsze pragnęłam:
Moja świtko, tyś mi wszystkim.
A potem, w milczeniu, zasiedliśmy razem na ławce przy studni. Opierając się o siebie, patrzyliśmy na stary sad i trzeszczącą pod wieczornym niebem stodołę, czując, jak bez słów przychodzi nowe odważniejsze, cieplejsze jutro.
Tej nocy, po raz pierwszy, nie śniłam już o cudzych spojrzeniach ani obietnicach. Zasnęłam z głową na jego ramieniu, ze spokojem w duszy, jakiego dotąd nie znałam.
Miłość nie krzyczy i nie rozrzuca kwiatów pod stopy. Cicha i skromna, kwitnie najpiękniej tam, gdzie codziennie, zwyczajnie patrzy się sobie w oczy i trzyma dłoń, gdy cała wieś już zasypia.

20 godzin temu





