— Mamo, co ty zrobiłaś? — córka niemal krzyczała do słuchawki. — Jakiego diabła, pies ze schroniska?! I do tego stary i chory. Ty chyba całkiem zwariowałaś! Nie mogłaś zająć się tańcami?
Nona Stawomira stała przy oknie, obserwując, jak na miasto powoli opada biała mgła. Płatki śniegu tańczyły korowodem, osiadając na dachach, siadając na gałęziach drzew, łamiąc się pod nogami późnych przechodniów. Ostatnimi czasy stało się to jej nawykiem.
Kiedyś czekała na powrót z pracy męża, który przychodził późno, zmęczony, z ochrypłym głosem. W kuchni paliło się miękkie światło, na stole czekała kolacja, a towarzyszyły temu rozmowy przy filiżance herbaty…
Stopniowo tematy do rozmów się skończyły, mąż zaczął przychodzić jeszcze później. Unikał jej wzroku i odpowiadał na pytania żony lakonicznymi frazami. Aż pewnego dnia…
— Nono, od dawna chcę ci coś powiedzieć… Spotkałem inną kobietę. Kochamy się i składam papiery rozwodowe.
— Jak to? Rozwód… a co ze mną, Alek? — Nona nagle poczuła przeszywający ból pod łopatką.
— Nono, jesteśmy dorosłymi ludźmi. Dzieci dorosły, żyją swoim życiem. Przeżyliśmy razem prawie trzydzieści lat. Ale oboje jesteśmy jeszcze młodzi. Spójrz, mamy trochę ponad pięćdziesiątkę. Ale ja chcę czegoś nowego, świeżego!
— A ja jestem tym starym i przeterminowanym wspomnieniem, — szepnęła zdezorientowana kobieta.
— Nie przesadzaj. Wcale nie jesteś stara… Ale zrozum, tam… tam czuję się trzydziestolatkiem. Wybacz mi, ale chcę być szczęśliwy, — mąż cmoknął żonę w czubek głowy i odszedł do łazienki.
Spłukiwał z siebie starą relację, nucąc wesołe piosneczki, a Nona czuła na sobie ciężar wszechświata… Zdrada. Co może być gorzkiego?
Nona nie zauważyła, jak minął czas – rozwód, Alek wyprowadził się do swojej nowej wybranki. A w jej życiu nastały szare dni.
Była przyzwyczajona żyć dla dzieci, dla męża. Ich problemy były jej problemami, ich choroby – jej chorobami, ich euforii i sukcesy – jej sukcesami. A teraz?
Nona godzinami stała przy oknie. Czasami przyglądała się w małe manualne lusterko, które odziedziczyła po babci. W nim widziała to smutne oko, to łzę gubiącą się w pojawiających się zmarszczkach, to siwy włosek na skroni.
Nona bała się spojrzeć w duże lustro.
— Mamo, powinnaś znaleźć sobie jakieś zajęcie, — pośpieszny głos córki sugerował, iż się gdzieś spieszy.
— Czym, córeczko? — stłumiony głos matki gubił się w telefonicznych kablach.
— No nie wiem. Książki, tańce dla „tych po pięćdziesiątce”, wystawy.
— Tak, tak, dla tych po… Ja już po… — Nona nie mogła zebrać się do kupy.
— Oj, mamo, przepraszam, nie mam teraz czasu.
To dziwne, ale jej syn Leszek zareagował na smutek matki z większym zrozumieniem:
— Mamo, naprawdę mi przykro, iż tak się stało. Wiesz, z Irką chcemy przyjechać do ciebie, może na Nowy Rok. Akurat się poznacie. Będzie ci z nami weselej.
Nona uwielbiała dzieci, ale dziwiło ją, jak bardzo się różnią…
*****
Pewnego wieczoru, przeglądając media społecznościowe, Nona natknęła się na ogłoszenie:
„Dzień otwarty w schronisku dla psów.
Przyjdźcie, przyprowadźcie ze sobą dzieci, znajomych i bliskich.
Nasi pupile będą bardzo zadowoleni, mogąc poznać każdego nowego gościa.
Czekamy na was pod adresem…”
Dalej było wspomnienie, iż jeżeli ktoś chce wesprzeć schronisko, to oto lista potrzebnych rzeczy.
Nona czytała raz, drugi.
— Koce, pledy, stare pościele, ręczniki. Akurat muszę ogarnąć te rupiecie. Myślę, iż mam coś, co mogę oddać, — rozmyślała w nocy Nona.
Stojąc przy oknie, przewijała w głowie listę niezbędnych rzeczy, co jeszcze mogłaby kupić za swoją niewielką pensję.
Dziesięć dni później stała u bramy schroniska. Nona przyjechała z prezentami. Taksówkarz pomógł wyładować niekończące się ciężkie torby z kocami i szmatami. Wyciągnął zwinięty, wytrzepany dywan i pakunek z dywanikami.
Wolontariusze schroniska pomagali gościom w przynoszeniu paczek z pościelą, worków z karmą, toreb z prezentami dla psów.
Później wolontariusze rozdzielili gości na grupy, prowadząc ich wzdłuż kojców, opowiadając historie mieszkańców tych smutnych klatek…
Przyjechała do domu zmęczona. Nie czuła nóg pod sobą.
— Tak, prysznic, kolacja, kanapa. Pomyślę o wszystkim później, — powiedziała do siebie kobieta.
Ale „później” nie wyszło. W głowie przez cały czas krążyły obrazy – ludzie, klatki, psy.
I ich oczy…
Takie oczy Nona widziała w swoim małym lustereczku. Oczy pełne smutku i braku wiary w szczęście.
Szczególnie uderzył ją jeden piesek, stary, siwy. Był bardzo smutny. Leżał cicho w kącie, nie reagując na nikogo.
— To Lady, japoński chin. Właścicielka opuściła ją w bardzo sędziwym wieku. Lady też jest już staruszką, ma dwanaście lat. Mówią, iż przy dobrej opiece żyją choćby do piętnastu. Ale Lady jest stara, chora i smutna. Niestety, takich nikt nie zabiera do domu, — wolontariuszka westchnęła i poprowadziła gości dalej.
Nona zatrzymała się przy Lady. Ta nie reagowała na nią. Leżała na starym kocyku, jakby była sztucznym pieskiem, jak stary, brudny pluszak…
Cały tydzień w pracy Nona wspominała o smutnym piesku. W kobiecie nagle obudziły się siły i zaczęła działać z większym zaangażowaniem w pracy.
— Lady to moje odbicie. Po prostu nie jestem jeszcze tak stara. Ale jestem samotna. Dzieci rozjechały się, mąż przeskoczył przeze mnie jak przez ścierkę na asfalcie. A ja nie jestem ścierką! Nie, nie jestem! — Nona wyszła z biura i wybrała numer schroniska.
— Dzień dobry! Byłam u was na dniu otwartym. Opowiedzieliście mi dużo o Lady, starym piesku. Pamiętacie? — zapytała kobieta z nadzieją.
— Tak, tak, oczywiście, pamiętam. Byłaś jedyną osobą, która zatrzymała się przy jej klatce.
— Proszę, powiedzcie, czy mogę ją odwiedzić?
— Lady? To niesamowite! Oczywiście, przyjeżdżajcie! Można w najbliższy weekend, — wolontariuszka ustaliła czas wizyty i się rozłączyła.
Tego wieczoru Nona znów stała przy oknie. Ale tym razem nie była smutna, wspominała swoje dawne życie. Obserwowała, jak na podwórku mężczyzna spaceruje z dużym psem.
Pies biegał w kółko po pustym podwórku, ganiając za piłką, raz po raz przynosząc ją właścicielowi. A ten pieszczotliwie tarmosił psią łebek.
Zbliżał się weekend.
— Lady, cześć! — Nona usiadła na kuckach przy psie. Ale ta nie reagowała.
Nona usiadła na podłodze. Była w starych dżinsach, które wzięła ze sobą, żeby się przebrać w schronisku.
Nie zbliżając się do pieska, Nona zaczęła opowiadać…
Opowiadała o sobie, o swoich dzieciach. O tym, iż jest sama w trzypokojowym mieszkaniu, którego nie ma już z kim dzielić.
Tak minęła godzina. Nona lekko przesunęła się bliżej koca, na którym leżała Lady. Powoli przybliżyła do niej rękę. Dotknęła głowy. Delikatnie ją pogłaskała.
Pieska westchnęła.
Nona, nabrawszy śmiałości, zaczęła głaskać psa miarowymi i powolnymi ruchami. Lady, po namyśle, zaczęła podszeptywać głowę pod rękę. Tak nawiązał się kontakt.
Wychodząc, Nona złapała się na sobie uważne spojrzenie brązowych oczu. Pies patrzył na nią, jakby chciał zrozumieć, czy to było jednorazowe spotkanie, czy…?
— Zaczekaj na mnie, wrócę szybko, — szepnęła kobieta do pieska, zamknęła klatkę i pospieszyła do wolontariusza.
— No i co, udało się porozmawiać? — zapytała z uśmiechem dziewczyna, patrząc na Nonę.
— Chcę ją zabrać… — z przejęcia Nona straciła dech.
— Od razu?
— Tak, zareagowała. Mówicie, iż takie staruszki niemal nie mają szans. Chcę jej dać tę szansę.
— Nona, chcę cię ostrzec. Lady, jest chora, będzie wymagała opieki, jeżeli chcesz przedłużyć jej życie. A to czas, siły i pieniądze.
— Rozumiem. Wychowałam dwoje wspaniałych dzieci. I myślę, iż sobie poradzę. Dajmy jej tę szansę, — Nona była przekonująca.
— W porządku. Przygotuję umowę. I jeszcze – nieinwazyjnie monitorujemy losy naszych podopiecznych. Rozumiesz, ludzie są różni…
— Oczywiście. Wszystko, co powiecie. Zdjęcia, wideorozmowy, o wszystkich wizytach u lekarzy będę was informować.
Kilka godzin później Nona weszła do mieszkania, trzymając na rękach owiniętego w ręcznik pieska. Postawiła go na podłodze.
— Więc, Lady. To twój nowy dom. Uczmy się razem, jak teraz żyć.
Nona wzięła kilka dni urlopu i zajęła się psem. Wizyty u weterynarza, badanie, groomer, obcinanie pazurów, usuwanie chorych zębów…
Lady okazała się bardzo dobrze wychowanym pieskiem. Nona przygotowała jej podkładki, żeby mogła z nich korzystać w razie potrzeby.
Starała się wychodzić wcześnie rano i późno wieczorem, maksymalnie unikając spotkań z sąsiadami. Chciała, żeby Lady przyzwyczaiła się do nowych warunków i nic jej nie przestraszyło.
*****
— Mamo, co ty zrobiłaś? Zwariowałaś? — córka niemal krzyczała do słuchawki.
— Zdrowa. Miło, iż cie to obchodzi.
— Mamo, co za pies ze schroniska?! I jeszcze stary i chory. Ty chyba całkiem zwariowałaś! Nie mogłaś zająć się tańcami?
— Córeczko, twoja mama to młoda kobieta. Mam dopiero pięćdziesiąt trzy lata. Zdrowa, piękna, niezależna. I nie tego cię uczyłam! — odpowiadała Nona.
— Ale mamo…
— Bez żadnych „ale”… Masz swoje życie, brat Leszek też daleko. Ojciec – no cóż, wymienił mnie na niemal uczennicę. Dobrze, naucz się szanować i akceptować moje decyzje.
Nona wyłączyła telefon, westchnęła i poszła do kuchni. Miała ochotę na kawę.
— Mamo, ale z ciebie jest! choćby bym na to nie wpadł! Jesteś niesamowita! Pies ze schroniska – to godne szacunku. A starczy ci cierpliwości? — syn kibicował, choć jego zdziwieniu nie było końca.
— Leszku, przecież wychowałam was dwoje. Jakoś się udało, — zaśmiała się Nona. — Dam radę. W schronisku obiecali pomóc, jeżeli będzie potrzeba.
Nona nie powiedziała ani synowi, ani córce, iż podczas nocnych spacerów z Lady poznała tego samego mężczyznę, który spaceruje z dużym psem.
Że ma na imię Dima. Jest po rozwodzie, żona wyjechała do nowego życia w nowym kraju z nowym mężem. A jemu pojawił się pies…
I zgadnijcie, skąd?
Tak, Dima poznał swojego Abreka w schronisku. Abrek trafił tam po złapaniu z ulicy. Zdrowy rasowy pies biegał w panice po mieście, kiedy został złapany.
Poszukiwania starych właścicieli, mimo znaku, nie przyniosły efektu. I Dima zamieszkał z Abrekiem, przyzwyczajając się do nowych warunków…
*****
— Mamo, my z Irką przyjedziemy do ciebie, można? Chcę ją prędzej przedstawić. Jest taka cudowna. Szalona, jak ty!
Nona śmiała się z słów syna.
— Przyjeżdżajcie, synku. Czekamy na was.
A trzydziestego pierwszego, kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi, dwie czujne psy naraz się zaniepokoiły – Dima z Abrekiem przyszli do Nony i Lady w gości.
Syn, widząc taką kompanię, nie krył się z radością:
— Mamo, nie będę czekał do nocy, powiem ci od razu. Oto moja Irka. Kocham ją, niedługo zostaniesz babcią.
I jeszcze – chcemy wziąć psa ze schroniska. Ale na początek chyba małego. W końcu dziecko niedługo się urodzi…
Tej nocy w mieście nie było smutnych okien – życzenia, muzyka, śmiech wypełniły miasto i cały świat radością.
Nawet w schroniskach niezakochane jeszcze w rodzinie psy i koty napełniały się specjalnym uczuciem – oczekiwaniem szczęścia.
Niech wszyscy będziemy szczęśliwi!
I wam, moi drodzy przyjaciele, ogromne pozdrowienia i życzenia od mojego wspaniałego chłopca Filipa. Mam nadzieję, iż już nie pamięta, jak żył w schronisku.
Bo cieszy się szczęściem i kąpie się w naszej miłości!
Życzę wam szczęścia!