Jedziemy z mężem drogą krajową przez lasy w okolicach Białowieży. Pogoda deszczowa, wokół cisza, a my spokojnie rozmawiamy, myśląc już, jak za chwilę będziemy w domu.
Nagle dosłownie przed maskę naszego samochodu wyskakuje ogromny niedźwiedź brunatny. Mąż, Paweł, w ostatniej chwili gwałtownie hamuje. Samochód aż się zatrząsł, a moje serce zamarło. Niedźwiedź stanął jakieś dwa metry od nas i podniósł się na tylne łapy, wyglądając wręcz przerażająco. Miałam wrażenie, iż zaraz nas zaatakuje.
Patrzy prosto na nas, nie mrugając okiem. Potem powoli robi krok w stronę naszej Skody. Spokojny, pewny siebie ruch. Jestem przekonana, iż głodny drapieżnik zaraz rzuci się na nas. Zamknięte zamki czy podniesione szyby w tej chwili nie wydają się być żadną ochroną.
Paweł gwałtownie wrzuca wsteczny i zaczyna delikatnie wycofywać auto. Jesteśmy przerażeni wiemy, iż jeżeli niedźwiedź zdecyduje się zaatakować, nie damy rady. Ze strachu zamarłam i wpatruję się tylko w jego ślepia.
Właśnie wtedy dzieje się coś, czego kompletnie się nie spodziewamy. Historia nabiera zupełnie innego obrotu.
Tuż obok, nad poboczem, rośnie stare, wielkie drzewo. Bez ostrzeżenia wali się z ogłuszającym hukiem na ziemię, dosłownie kilka metrów od nas. Jeszcze chwila, a spadłoby na nasz samochód. To prawdziwy cud, iż nam nic się nie stało.
W jednej sekundzie cała uwaga niedźwiedzia kieruje się na hałas. Szarpie się, odwraca od auta i biegiem ucieka w głąb puszczy. Wokół znowu robi się cicho. Jakby nic się przed chwilą nie wydarzyło.
Zastanawiam się potem bez przerwy, co tak naprawdę chciał zrobić ten niedźwiedź. Czy zamierzał nas zaatakować? A może próbował nas przed czymś ostrzec? A może po prostu został tak samo jak my zaskoczony i przestraszony grzmotem przewracającego się drzewa. Nie wiem. Ale jego hipnotyzującego spojrzenia chyba nigdy nie zapomnę…

4 godzin temu







