Mam już tego dosyć! … Jem nie tak jak trzeba, ubieram się źle, po prostu nic nie robię dobrze! głos Pawła przeszedł w krzyk.
Ty nic nie potrafisz! … choćby porządnych pieniędzy zarobić nie możesz! … W domu nigdy nie można się doprosić twojej pomocy! … rozpłakała się Zosia, …I dzieci nie mamy… dodała cicho, ledwo słyszalnie.
Biała z rudymi łatami kotka Kreska, mająca już z dziesięć lat, wdrapała się na szafę i ze spokojem patrzyła z góry na to kolejne rodzinne nieszczęście. Dobrze wiedziała, iż mama i tata bardzo się kochają… I naprawdę nie rozumiała, po co rzucać tak bolesne słowa, od których wszystkim robi się źle.
Mama uciekła do pokoju, szlochając, a tata wziął się za jednego papierosa za drugim.
Kreska, widząc jak jej rodzina się rozpada, pomyślała sobie: Trzeba, by w domu znowu było szczęście… a szczęście to dzieci… muszę skądś dzieci zorganizować.
Kreska sama nigdy nie mogła mieć kociąt, bo dawno temu ją wysterylizowano, a mama… Lekarze mówili, iż może, ale coś ciągle nie wychodziło…
Rano, gdy rodzice wyszli do pracy, Kreska po raz pierwszy wymknęła się przez uchylone okno, by pójść do sąsiadki, kotki Łapki, pogadać i poradzić się.
Po co wam dzieci?! prychnęła Łapka. Zobacz na nasze, z nimi to sama się chowam raz pomadką mnie wysmarują po pyszczku, raz tak wyściskają, iż nie ma czym oddychać!
Kreska westchnęła: Nam potrzebne są normalne dzieci… Skąd je jednak wziąć…
No wiesz… zamyśliła się Łapka. Ta podwórkowa Misia ostatnio powiła cały miot… pięć maluchów… wybieraj…
Kreska, niepewnie, z bijącym serduszkiem, pokonując balkon po balkonie, zeskoczyła na podwórze. Nerwowo drżąc, przecisnęła się przez kraty okienka piwnicznego i zawołała:
Misiu, możesz na chwilkę wyjść?
Z głębi piwnicy dobiegło ciche piszczenie.
Kreska, ostrożnie pełzając, nerwowo rozglądając się w prawo i lewo, ruszyła ku żałosnym popiskiwaniom. Pod kaloryferem, wprost na kamykach, leżało pięć ślepych, barwnych kociąt, bezradnie szukających mamy i głośno ją nawołujących. Obwąchawszy je, Kreska zrozumiała, iż Misia zniknęła już dawno na pewno ponad trzy dni temu, a kociaki są wygłodzone…
Ledwo powstrzymując łzy, Kreska delikatnie, acz stanowczo przeniosła jedno po drugim kocię pod klatkę schodową.
By utrzymać rozpiszczaną gromadkę na miejscu, położyła się obok nich, czujnie wyglądając rodziców od strony podwórka.
Paweł, który bez słowa odebrał Zosię z pracy, równie w milczeniu wracali do domu. Zbliżając się do bloku, oniemieli na schodkach leżała ich Kreska (nigdy wcześniej sama na zewnątrz nie była), a pięć maleńkich kociaków usiłowało ją ssać, popiskując żałośnie.
Co tu się wydarzyło? zdziwił się Paweł.
Cud… szepnęła Zosia i natychmiast, podnosząc kotkę i maluchy, pobiegli do mieszkania…
Oglądając mruczącą szczęśliwie Kreskę z całą wesołą gromadką w pudle, Paweł spytał:
No i co teraz z nimi?
Wychowam na butelce… kiedy podrosną, rozdam je znajomym… zadzwonię do koleżanek… odparła cicho Zosia.
Trzy miesiące później Zosia, jeszcze nie mogąc otrząsnąć się z tego wszystkiego, głaskała koty wtulone w siebie i wciąż powtarzała z niedowierzaniem: Takie rzeczy się nie zdarzają… to się nie dzieje naprawdę…
A potem razem z Pawłem płakali z radości, wirowali po mieszkaniu w uścisku i mówili przez łzy, jedno przez drugiego…
Nie na darmo ten dom kończyłem!
Dziecku tu będzie najlepiej na świecie!
I niech te koty biegają gdzie chcą!
Pomieścimy się tu wszyscy!
Kocham cię!
Ja ciebie jeszcze bardziej!
Mądra Kreska otarła łzę zdawało się, iż wszystko znów zaczyna się układać…

11 godzin temu




