Historia psiej wierności: Julia czekała pod blokiem na powrót rodziny z mieszkania nr 22 – wzruszająca opowieść z lat 90. z prowincjonalnego polskiego miasteczka o suczce, która nie poddała się choćby po poważnym wypadku, a jej los odmieniły pracowniczki osiedlowej księgarni, wyjazdy na działkę, pomoc sąsiadów i wielomiesięczna rozłąka, aż wreszcie wspólna podróż przez całą Polskę z ukochaną właścicielką Verą.

14 godzin temu

Jagoda siedziała pod klatką schodową. Wszyscy sąsiedzi dobrze wiedzieli, iż rodzina z mieszkania numer 22 wyjechała na długo, a teraz na podwórku pojawił się pies, który z uporem czekał na ich powrót

To wszystko wydarzyło się na początku lat 90. w niewielkim polskim miasteczku. Wczesnym czerwcowym rankiem, przy drzwiach do księgarni rozległ się nagle pisk hamulców. Sprzedawczynie wybiegły na ulicę; patrzyły na opustoszały chodnik. Prawie pusty

Tuż przy krawężniku leżał pies i skomlał żałośnie, usiłując się podnieść, ale tylne łapy odmawiały mu posłuszeństwa.

Najodważniejsza z kobiet, Weronika, rzuciła się do zwierzęcia. Mówiła do niego łagodnie, ostrożnie dotykając pyska i grzbietu, starając się zrozumieć co się stało.

I jak tam, Werka?
Obok, nie odważając się podejść bliżej, stały Natka i kierowniczka pani Elżbieta. Bały się zobaczyć coś przerażającego. Nie było widocznych ran, ale bezwładne, ciągnące się łapy wskazywały poważny uraz.

Dziewczyny, przenieśmy ją do magazynu zaproponowała Weronika. Może dojdzie do siebie. Nie można zostawić jej na ulicy.
Natka spojrzała pytająco na panią Elżbietę, ta chwilę się zawahała i w końcu zgodziła:

Dobrze, zaraz coś podłożymy… Sama ją doniesiesz?
Doniosę, odpowiedziała Weronika, szukając najlepszego chwytu.

Pies był mieszańcem, średniej wielkości, z wyraźną nutą owczarka. Chudy, brudny, bez obroży ewidentnie podwórkowy.

Przeleżał cały dzień w magazynie, a pod wieczór, trochę otrząsnąwszy się z szoku, wypił wodę i zjadł podaną karmę wszystko to bez podnoszenia się. Nie mógł chodzić.

Następnego dnia Weronika uprosiła ojca, żeby przyjechał po nią podczas przerwy obiadowej i zawiózł rannego psa do weterynarza.

W mieście był tylko jeden skromny gabinet weterynaryjny, bez sprzętu, choćby bez rentgenu, więc lekarz nie był w stanie niczego przesądzić:

Może z czasem wydobrzeje… Pies młody, silny. Przy dobrej opiece przeżyje mówił poważnie. Ale z chodzeniem… bardzo małe szanse.

W drodze powrotnej wszyscy milczeli. Weronika siedziała z tyłu, tuląc psa, a ojciec patrzył na nich we wstecznym lusterku i wzdychał. Wieczorem, przy kolacji, powiedział:

Werka, tylko się nie przywiązuj. I nie ucz jej swojego domu. Jesienią przecież wyjeżdżamy.
Wiem, tato odpowiedziała cicho Weronika.

Nazwali psa Jagusia. I tak została w magazynie księgarni. Przez pierwsze dwa tygodnie prawie nie wstawała, później zaczęła wyczołgiwać się na podwórko ciągnąc za sobą bezwładne łapy.

I co z nią zrobić? Na dworze jej się nie uda, a nikt do siebie nie weźmie… Dobrze, iż pani Elżbieta pozwala trzymać ją tutaj rozmawiały między sobą sprzedawczynie.

Samej Jagusi jej kalectwo nie zdawało się tak bardzo doskwierać. Powoli zwiedzała podwórko, obwąchiwała wszystko, załatwiała swoje sprawy i wracała na swoje miejsce.

W weekendy dziewczyny zabierały ją po kolei do siebie. Tylko Weronika odmawiała: za parę miesięcy czekała ją przeprowadzka do Szczecina na dwa lata ojciec dostał tam pracę, a rodzina miała go poprzeć. Miał rację: przywiązanie tylko wszystko utrudni.
Ale Weronika wiedziała, iż już się przywiązała. Odkąd pierwszy raz spojrzały sobie w oczy na ulicy. A Jagusia patrzyła na nią tak ciepło, tak wiernie

W końcu Weronice przypadło wziąć Jagusię na weekend inne miały wyjazdy, grille, pikniki

To tylko jeden raz! tłumaczyła się przed surowym wzrokiem ojca. Wszyscy wyjeżdżają na działki
My też mieliśmy jechać na działkę dobiegło z kuchni od mamy.

Jagusia od razu pobiegła do mamy, jakby rozumiejąc, iż to właśnie mama jest najważniejszą osobą do zdobycia sympatii. Jej ciągnące się łapy już wzbudzały współczucie, ale spojrzała jeszcze tym smutnym, głodnym wzrokiem, i po minucie mama lamentowała:

Biedna Chcesz coś zjeść? Weronika, czy wy ją w księgarni głodzicie? Nie martw się, zabierzemy Cię na działkę. Tata będzie robił kiełbaski z rusztu, na pewno ci się spodoba

Weronika wymownie spojrzała na ojca, ale ten tylko pokręcił głową.

Jagusia była szczęśliwa na działce: kiełbasy z grilla, sąsiedzki pies Burek, który od razu ją polubił. Następnego dnia, wróciwszy do mieszkania, ułożyła się przy łóżku Weroniki z taką naturalnością, jakby zawsze tam mieszkała.

Dlatego poranne powroty do księgarni były dla niej wstrząsem. Cały dzień była niespokojna w magazynie, a kiedy wypuszczono ją na podwórko po prostu zniknęła.

Sprzedawczynie wołały, szukały, ale Jagusia nie pojawiła się aż do zamknięcia księgarni.

Weronika była roztrzęsiona. Zdecydowała iść pieszo, wołała ją na każdym kroku:

Jagusia! Jagusia, gdzie jesteś? Odzywaj się

I Jagusia się znalazła pod jej klatką, ledwie żywa. Widać było, iż droga ją wyczerpała. Ale kiedy zobaczyła Weronikę, eksplodowała radością: szczekała, lizała ręce, kręciła się, jakby ogon jednak ruszał.

Nie było sensu znowu prowadzić jej do księgarni znała już drogę do domu. A Weronika nie mogła jej tam zamknąć.

I co dalej? pytał ojciec, patrząc na szczęśliwą Jagusię u nóg córki.
Zamierzam ją leczyć, tato. I mam nadzieję, iż mi pomożesz.

Za tydzień Weronika zaczynała urlop i później szykowała się do rezygnacji z pracy. Pozostałe dwa i pół miesiąca przed wyjazdem zamierzała poświęcić Jagusi.

Ojciec kilka razy woził je do wojewódzkiego centrum, gdzie była prawdziwa klinika z rentgenem. Lekarze nie dawali obietnic, ale podjęli się operacji czyli był jakiś cień szansy.

Weronika z Jagusią przeniosły się na działkę. Weronika opiekowała się nią każdą chwilą: leki, masaże, ćwiczenia łap. Pies jakby uczył się chodzić od nowa.

Początkowo zdawało się, iż nic się nie zmienia. Ale rodzice, którzy przyjeżdżali w odwiedziny, zauważali drobne poprawy: łapy nie ciągnęły się już bezwładnie, choć plątały.

Miesiąc później Jagusia już biegała za Burkiem, zabawnie się przewracając, a po kolejnych tygodniach została tylko lekka kulawość.

Weronika cieszyła się z jej postępów, ale serce ją bolało na myśl o rozstaniu. Czasu było coraz mniej.

Sąsiadka, właścicielka Burka, zaproponowała:

Zostaw ją u mnie. We dwójkę raźniej, miejsce znane, nie będzie tak tęsknić

W dzień wyjazdu Weronika odprowadziła Jagusię do sąsiadki, w gości do Burka. A wieczorem rodzina już jechała pociągiem do Warszawy, potem samolot w stronę Szczecina, przesiadka i już w Koszalinie.

Po rozpakowaniu Weronika zadzwoniła do sąsiadki. Usłyszała to, czego się najbardziej bała.

W nocy Jagusia nabrała złych przeczuć i przez całą noc ryła podkop. Rano sąsiadka zobaczyła na podwórku tylko Burka. Rozumiejąc, iż nie ma co czekać, pojechała pod dom Weroniki.

I zobaczyła Jagusię pod klatką. Pies ją rozpoznał, ale warczeniem dał do zrozumienia, iż odejść stąd nie zamierza. Na hałas wyszli sąsiedzi wszyscy już wiedzieli, iż rodzina z mieszkania 22 wyjechała. Teraz pod klatką siedział pies, który postanowił czekać.

Tak długo, jak potrzeba.

Teraz Weronika telefonowała do innej sąsiadki pani Olgi z mieszkania obok. Ta regularnie opowiadała jej, co się dzieje:

Siedzi wasza Jagusia pod klatką, jak wartownik! Nikogo do siebie nie dopuszcza. Twoja sąsiadka z działki parę razy próbowała i prosiła, i kiełbasą ją kusiła, a nic z tego!

Weronika próbowała przesłać pani Oldze pieniądze na karmę ale ta stanowczo odmawiała:

Nie trzeba, Weroniko… Cały blok ją dokarmia! Jakie pieniądze…

Nadeszła zima. Mieszkańcy domu, także pani Olga, często wpuszczali Jagusię do klatki, żeby się ogrzała. Pies wspinał się na trzecie piętro, kładł się pod drzwiami mieszkania nr 22. Zdawało się, rozumie idealnie, iż właścicieli nie ma, i gdy tylko poczuł ciepło, wychodził znów na dwór pilnować.

Weronika była w stałym kontakcie z dziewczynami z księgarni. Te również bywały przy domu, by odwiedzić znajomego psa. Jagusia poznawała je, wdzięcznie przyjmowała smakołyki, ale nigdy nie chciała odejść.

Weronika rozdzierała się wewnętrznie chciałaby rzucić wszystko i wrócić, ale poważne sprawy i finanse trzymały ją w Szczecinie. Początek lat 90. wszyscy radzili sobie jak mogli.

Udało jej się wrócić dopiero w czerwcu. Podchodząc pod blok, Weronika zobaczyła Jagusię. Pies siedział nieruchomo, łapy zadrżały, ale z lekkiego drżenia widać było, iż rozpoznała właścicielkę i boi się uwierzyć żeby szczęście znów nie zniknęło.

Były uściski, łzy i poczucie cudu. Weronice zdawało się, iż jej serce zaraz wyskoczy, a pies chyba czuł to samo.

Lato mijało błyskawicznie. W sierpniu przyjechali rodzice ojciec miał miesiąc urlopu, ale we wrześniu szykowała się kolejna delegacja, znów na rok. Weronika prosiła, by Jagusia jechała razem z nimi. Mama rzucała pytające spojrzenia ojcu, a on milczał, marszczył brwi i wzdychał. Droga daleka, ciężka, choćby dla ludzi, a co dopiero dla psa, który nie znał podróży ani miast.

Napięcie wisiało w powietrzu. Jagusia wyczuwała nastrój rodziny, była niespokojna, nie odstępowała Weroniki na krok. I nagle, pewnego ranka, ojciec powiedział jej, by szykowała się z psem:

Jedziemy. Trzeba jej wyrobić papiery. Bez szczepień nie wpuszczą do pociągu ani do samolotu.

Miejscowy weterynarz za parę słoików polskiej szynki wystawił Jagusi paszport wstecznie i wpisał szczepienia. Na oficjalne procedury nie było już czasu.

Wieczorem ojciec własnoręcznie szył dla Jagusi kaganiec w tamtych czasach niełatwo było kupić wszystko, co psu potrzebne. Jagusia, która nigdy czegoś takiego nie nosiła, podczas przymiarek siedziała spokojnie, jakby rozumiała powagę chwili i promieniała dumą i szczęściem.

No, jedziesz z nami powiedział ojciec, robiąc ostatni ścieg. Tylko, Jagusia, nie zawiedź nas

I Jagusia nie zawiodła. Ani razu rodzina nie żałowała swojej decyzji. Podróże pociągiem, potem lotniska, przesiadki. Pies z nimi podróżował wojskowymi samolotami po całym Pomorzu, odwiedził Hel i Świnoujście. Po roku wszyscy wrócili do domu.

Jagusia żyła z rodziną trzynaście pięknych, dobrych, naprawdę szczęśliwych lat i zawsze była wierna, idąc za swoją Weroniką tam, gdziekolwiek ona szła.

Idź do oryginalnego materiału