Grzebień

astronomiafinansowa.blogspot.com 19 godzin temu

- Wiesz Rzepciu, tego jarzębatego kogutka zostawimy na chowanie – powiedziała mama.

I Rzepcia zaniosła piszczący kosz do kuchni. Tam wyciągnęła chudego kogutka o długich, żółtych nogach spętanych gałgankiem. Kogutek miał siwe i czarne piórka, trzepotał skrzydłami i krzyczał zachrypłym głosem. Pewnie się bał.

Rzepcia zręcznymi palcami rozwiązała cienkie kogutkowe nogi, a potem wzięła kogutka w obie ręce, przytuliła do siebie i powoli wyszła z nim na podwórko.

Na podwórku były kury z kaczkami, a w kącie kicały króliki. Rzepcia zaniosła kogucika do komórki.

Będzie ci się przykrzyło – mówiła do kogutka – ale masz tu we drzwiach dużą szparę, możesz nią wyglądać. A potem dostaniesz wody i kaszy jaglanej, żebyś się przyzwyczaił.

Kogutek przyzwyczajał się szybko. Już na drugi dzień biegał razem z kurami i darł się tym swoim okropnym głosem. Upływały dni, kogutek rósł w oczach, a adekwatnie to rosły przeważnie jego nogi. Chodził jak na szczudłach i głowę nosił tak wysoko, że bez wielkiego wysiłku porywał Rzepci z kieszonki fartuszka kromki pytlowego chleba.

Wiedział przecież, iż ma długie nogi i nikt go nie dogoni. O ten chleb to mniejsza, bo Rzepcia naumyślnie wykręcała się kieszonką do Jarzębatego.

Podkradanie chleba gwałtownie kogutka znudziło i znalazł sobie inna rozrywkę – zainteresował się mianowicie piętami Rzepci.

Były one bardzo okrągłe i różowe. Kiedy tylko Jarzębaty zauważał te poruszające się różowe pięty, nadbiegał co sił na tych swoich żółtych szczudłach i dziób! Dziób! – z całej siły, a potem w nogi!

Wojowała z nim Rzepcia na różne sposoby, ale nic nie pomagało. Opędzić się Rzepcia od niego nie mogła. Straszyła go, krzyczała, ale on sobie nic z tego nie robił, bo wiedział, iż jest ulubieńcem mamusi.

Rzepcia daje mu co dzień jeść i pić, głaszcze go, a on przepada za mamusią. Chodził za mamusią jak piesek, a gdy szyła przy oknie, to on na parapecie siadywał i na mamusię patrzył. Rzepcia nawet trochę zazdrościła tej miłości.

Inne koguty po sąsiedzkich ogrodach piały kukuryku jak należy, a jarzębaty na to: Pro-szę p-aaa-ni!

Naprawdę. Każdy, kto usłyszał jak Jarzębaty pieje, słyszał to samo i wydziwić się nie mógł.

Niedługo wytrzymał Jarzębaty bez kolejnej psoty. Poszła raz Rzepcia w maliny koło pasieki. Rwie te maliny, jedną do garnuszka, dwie do buzi. Rwie i patrzy, że coś się rusza koło niebieskiego ula. A to Jarzębaty podsuwał się coraz bliżej deszczułki na którą wychodzą pszczoły przed odlotem. Podsunął się, położył głowę na deszczułce i czeka. Co tylko która pszczoła wyjdzie z ula na deszczułkę, ten ją dziób! I zjada!

A ty niegodziwcze! I narobiła Rzepcia krzyku po czym odgoniła Jarzębatego od ula. Ale czy to pomogło? Nic a nic. Tak się znęcił do pasieki, tak się przy niej zagnieździł, iż już nie było sposobu, aby go upilnować. Ciągle wyjadał pszczoły i to zawsze z tego niebieskiego ula.

Aż się tatuś rozgniewał, gdy się o tym dowiedział. Kazał go zamykać na dzień w komórce, ale i to nie na wiele się przydało, bo jak tylko kto drzwi uchylił – już Jarzębaty buch pod nogami i pędzi do pasieki na polowanie z zasadzki!

Przyszła wreszcie kryska na Matyska. Któraś mądra pszczoła użądliła oprawcę w sam grzebień.

Co się biedaczysko nacierpiał! Grzebień mu spuchł jak pomidor i na oba oczy całkiem zaniewidział. Już wszyscy myśleli, iż umrze. A on siedział w najciemniejszym kącie i zipał ciężko. Nie jadł, tylko pił wodę, jak mu się ją łyżeczką do dzioba lało. A spuchnięty grzebień okładało mu się mokrą gliną, aby opuchlizna zeszła.

Pięć dni tak chorował.

Szóstego dnia przewidział na oczy, potem grzebień mu całkiem stęchł, a siódmego dnia znowu skubał Rzepcię po piętach, jakby nic się nie stało.

Po piętach skubał, dokazywał jak dawniej, ale na pszczoły już nigdy nie polował. I nawet jak mamusia szła do pasieki, to on tam nie wchodził.

PS. Zwykle dotąd popełniamy te same błędy, aż nas w końcu życie boleśnie ugryzie w grzebień.

Idź do oryginalnego materiału