25 lipca 2024
Dziś po raz kolejny przyjechałem na nasz podwórkowy kosz na śmieci w części Ursynowa, gdzie codziennie odprawiam swoje obowiązki. Zanim jednak rozpocząłem sprzątanie, przy drodze zatrzymał się nowy, lśniący samochód luksusowy sedan, którego nigdy nie widziałem na tych ulicach. Szyby były przyciemnione, więc nie mogłem się domyślić, czy przyjechał ktoś z sąsiadów, czy może go przywiózł jakiś gość. Jednak po kilku sekundach zatrzymał się przy kontenerach, a drzwi pasażera lekko się uchyliły, wystrzeliwszy na betonowy plac dużą, szarą szmatę.
Spojrzałem na to z irytacją. Co to za ludzie, nie potrafią choćby odpalić śmieci do pojemnika mruknąłem pod nosem. Ruszyłem więc w stronę, by podnieść tę niechcianą porcję odpadów. Kiedy podszedłem bliżej, szmata zaczęła się poruszać: wypadła z niej żywa istota duży szary kot, który cichutko wspiął się pod metalowe ścianki i beczki. Zsunął się po ziemi, drżąc ze strachu, a oczy miał szeroko otwarte.
Co to ma być? krzyknąłem, choć nie miałem pojęcia, komu ten podwórny zakątek tak się podobał. Kto go tu wyrzucił? Przecież nie ma tu miejsca dla takiego drapieżnika. Niech się wynurzy, nie bój się!
Kot jednak pozostawał skulony, głowa schowana pod łapę. Próbowałem go namówić, mówiąc: Wynoś się stąd, zanim przyjedzie śmieciarka i przygniecie cię pojemnikami. Ale zwierzak stał jak posąg, nie reagując.
Zrezygnowany odszedłem, bo miałem jeszcze wiele do zrobienia trzeba było doprowadzić podwórze do porządku i przejść do sąsiedniej działki. Co to za ludzie jęknąłem, podążając wzdłuż krętych alejek. Właśnie wtedy zobaczyłem, jak przyjeżdża śmieciarka. Kot w panice wybiegł ze swojego schronienia, po czym ukrył się w trawie pod dużą ławką, kładąc się na niej, jakby szukał cienia i ciepła.
W głowie kota zakręciło się tysiąc myśli. Zastanawiał się, jak to się stało, iż nagle jest bezdachny. W sercu jednak tliła się nadzieja, iż ktoś go odnajdzie i zabierze z powrotem do domu. Lepiej tu poczekać, niż błądzić po mieście pomyślał, choć sam nie miał pojęcia, czy tak naprawdę ktoś wróci.
W tym samym mieście mieszkała Halina Kowalska, starsza pani z drugiego piętra kamienicy przy ulicy Targowej. Jej jedyna córka, Jadwiga, zamieszkała w Krakowie z mężem i rzadko je odwiedzała, ale zawsze przysyłała pocztówki. Halina i Jadwiga były nie tylko matką i córką, ale i najlepszymi przyjaciółkami nie było między nimi tajemnic ani nieporozumień.
Mieszkańcy, widząc spokojnego, dużego kota, sądzili, iż to domowy pupil, który po prostu wychodzi na podwórze. Halina patrzyła na tego szarego piękności z zachwytem, a kiedy nie było nikogo w pobliżu, kot wspinał się na ławkę, aby lepiej widzieć otoczenie w końcu już nie było już nic, co mogłoby mu zapewnić schronienie.
Wiosna zamieniła się w deszczowy wrzesień, a kot, głodny i zmarznięty, szukał pożywienia w koszu, rywalizując z krukami, które zawsze przybywały pierwsze. Kruki były pewne siebie, z mocnym dziobem, i nie pozwalały kotu się zbliżyć. Psy, które czasem wędrowały przy kontenerach, również nie lubiły tego drapieżnika.
Po kilku tygodniach życia na podwórzu, kot stracił połysk sierści i wyglądał na chorego. Niektórzy mieszkańcy, wbrew zakazom, podsycali go jedzeniem wśród nich była właśnie Halina. Kiedy przybyła listopadowa zima, Halina przygotowywała się na przyjazd Jadwigi i jej męża, Eugeniusza. Na stole stały pierogi, bigos i ciasto z jabłkami, a w kącie stał czajnik z herbatą. Gdy Jadwiga otworzyła zasłonę, zobaczyła kota skulonego na ławce.
Znowu pada, a rano ma być śnieg westchnęła Halina, patrząc na przerażonego zwierzaka. Kot nagle podskoczył, ledwo nie spadając ze śliskiego balustrady. Co się stało, mamo? Dlaczego się tak przestraszyłaś? zapytała Jadwiga.
Na balkonie był kot, który zawsze siedział na tej ławce. Przestraszył się, kiedy zobaczył śnieg odpowiedział Eugeniusz, wskazując na zwierzę. Jak się tam dostał? dopytała Jadwiga. Wspiął się po drabinie pożarowej wyjaśnił, a halina dodała: Należy go nakarmić.
Wszyscy poczuli chłód, więc włączyli kuchenkę i podgrzali herbatę. Halina przyniosła kawałek ciasta z różą, a Jadwiga nalała każdemu herbaty. Wtedy Halina, ze łzami w oczach, spojrzała przez okno i zobaczyła kota, który teraz przypominał szarą szmatkę, z liżącymi się łapami.
Nie mogę już dłużej patrzeć na tego biedaka powiedziała zdecydowanie, ubierając stary płaszcz i podchodząc do kota. W jej ramionach zwierzak zamienił się z powrotem w szare futro, które drżało z zimna. Halina przytuliła go i zaniosła do domu.
Nikt nie pytał Haliny, dlaczego podjęła taką decyzję. Wszyscy wiedzieli, iż to była jedyna słuszna postawa. Kot spędził tydzień pod grzejnikiem, rozgrzewając się przy ciepłej kuchni. Halina nazwała go Proń Prokopowicz, nadając mu szlachetny patronimiczny przydomek. Okazało się, iż Proń jest nie tylko pięknym, ale i kulturalnym kotem, którego nic nie stało się w stanie złamać.
Czasem Halina żartobliwie pyta Pronia:
Proń Prokopowicz, za jakie grzechy został wyrzucony z domu i zmuszony do życia na ławce?!
Proń milczy. Nie ma ludzkiego głosu, a gdyby go miał, prawdopodobnie nie wiedziałby, co odpowiedzieć.
Od prawie dwóch lat Proń mieszka w przytulnym domu przy Halinie. Jest najedzony, otulony i szczęśliwy. Jedynie przy podniesionym tonie głosu przypomina sobie stare lęki i ukrywa się pod stołem.
Patrząc wstecz, rozumiem, iż każdy, choćby najmniejszy czyn, może zmienić czyjeś życie. Nie warto odrzucać tego, co wydaje się niepotrzebne, bo może w nim kryć się prawdziwy skarb.
Dziś nauczyłem się, iż współczucie i odrobina odwagi potrafią przywrócić ciepło tam, gdzie panuje zimno.

18 godzin temu



