— Babciu Alu! — krzyknął Mateusz. — Kto pozwolił trzymać wilka we wsi?

23 godzin temu

Babciu Heleno! zawołał Mateusz. Kto pozwolił pani trzymać wilka w naszej wsi?

Helena Stefańska rozpłakała się ze smutku, widząc zniszczony płot. Już nieraz wzmacniała go deskami i reperowała spróchniałe słupki, mając nadzieję, iż ogrodzenie wytrzyma, dopóki nie uzbiera odpowiedniej sumy z niewielkiej emerytury. Ale stało się inaczej! Płot runął.

Od dziesięciu lat Helena radzi sobie sama na gospodarstwie, odkąd jej kochany mąż, Stanisław Andrzejewicz, odszedł na tamten świat. Był człowiekiem o złotych rękach. Póki żył, babcia Helena nie miała żadnych trosk. Stanisław był majstrem od wszystkiego cieślą i stolarzem.

Wszystko tworzył własnoręcznie, więc nie trzeba było wzywać fachowców. Na wsi szanowano go za dobroć i pracowitość. Małżeństwo było zgodne i szczęśliwe, doczekało się wspólnie 40 lat razem zabrakło im tylko jednego dnia do pięknego jubileuszu. Zadbany dom, dorodne plony na działce, zdrowe zwierzęta to owoc ich wspólnego życia.

Mieli jednego syna Jerzego, swoją euforia i dumę. Już od dziecka nauczył się pracy, nie trzeba go było prosić o pomoc. Kiedy mama wracała zmęczona z gospodarstwa, syn już zdążył narąbać drewna, przynieść wodę, rozgrzać piec i napoić zwierzęta.

Stanisław wracał z roboty, mył się i wychodził na ganek, by zapalić fajkę, podczas gdy żona przygotowywała kolację. Wieczorami cała rodzina siadała przy stole, opowiadając sobie nowinki z całego dnia. Byli naprawdę szczęśliwi.

Czas mijał nieubłaganie, zostawiając po sobie tylko wspomnienia. Jerzy dorósł i opuścił rodziców, wyjeżdżając do dużego miasta, ukończył studia, ożenił się z nowoczesną warszawianką Bożeną. Zamieszkali razem w Warszawie. Początkowo Jerzy przyjeżdżał do domu na urlop, ale z czasem żona przekonała go do wypoczynku za granicą tak już było co roku. Stanisław Andrzejewicz gniewał się na syna, nie rozumiejąc jego decyzji.

Gdzie nasz Jurek tak się zmęczył? Pewnie Bożena mu namieszała w głowie. Po co mu te podróże?

Ojciec smucił się, matka tęskniła. Co mogli zrobić? Żyli, czekając na choćby kilka wieści od syna. Pewnego dnia Stanisław Andrzejewicz poważnie zachorował. Odmawiał jedzenia, słabł w oczach. Lekarze przepisali leki, ale koniec końców po prostu odesłali go do domu. Wiosną, kiedy wszystko rozkwitało, Stanisław odszedł.

Jerzy przyjechał na pogrzeb, gorzko płakał, wyrzucając sobie, iż nie zdążył zobaczyć ojca żywego. Spędził tydzień w rodzinnym domu, potem wrócił do Warszawy. Przez ostatnie dziesięć lat napisał do matki tylko trzy listy. Helena została sama. Sprzedała krowę i owce sąsiadom.

Po co jej teraz bydło? Krowa długo stała przy ogrodzie, słuchając, jak jej była gospodyni gorzko łka. Helena zamykała się w najdalszym pokoju, zakrywała uszy i płakała.

Bez męskiej ręki gospodarstwo podupadło. To dach przecieka, to spróchniała deska na ganku pęknie, to wodę w piwnicy zaleje… Babcia Helena robiła wszystko, co mogła. Z emerytury odkładała na fachowców, czasem radziła sobie sama dorastała przecież na wsi, wszystko wiedziała.

Żyła tak, ledwie wiążąc koniec z końcem, gdy przyszedł kolejny cios. U Heleny Stefańskiej nagle pogorszył się wzrok, choć wcześniej nie miała z tym problemów. Poszła do sklepu i ledwie przeczytała ceny na towarach. A po kilku miesiącach prawie nie widziała już szyldu sklepu.

Przyjechała pielęgniarka, obejrzała ją i nalegała na badania w szpitalu.

Pani Heleno, chce pani stracić wzrok? Zrobią operację, a wzrok wróci!

Ale babcia bała się operacji i odmówiła wyjazdu. Po roku prawie całkowicie straciła wzrok. Nie przejmowała się tym zbytnio.

Po co mi to światło? Telewizji nie oglądam, tylko słucham. Lektor czyta wiadomości i tak rozumiem. W domu wszystko robię na pamięć.

Czasem jednak się niepokoiła. Na wsi przybywało nieuczciwych ludzi, często przyjeżdżali złodzieje, plądrowali opuszczone domy, wynosili wszystko, co popadnie. Helena bała się, bo nie miała porządnego psa, który odstraszyłby nieproszonych gości groźnym wyglądem i szczekaniem.

Zapytała myśliwego, Szymona:

Szymonie, nie masz gdzieś szczeniąt owczarka? Przygarnęłabym jedno, choćby najmniejsze. Wychowam je

Szymon, miejscowy myśliwy, spojrzał na staruszkę z życzliwością:

Babciu Heleno, a po co ci szczeniaki huskiego? To psy do lasu. Mogę ci załatwić prawdziwego owczarka niemieckiego z miasta.

Owczarka? Pewnie drogi…

Nie droższy niż pieniądze, babciu Heleno.

No to przywieź.

Helena posprawdzała oszczędności i uznała, iż wystarczy jej na porządnego psa. Ale Szymon, człowiek niepewny, ciągle zwlekał z obietnicą. Babcia Helenka złościła się na jego puste słowa, ale żałowała go w głębi serca. Był nieszczęśliwy bez rodziny, bez dzieci. Jego jedyną towarzyszką była mocna wódka.

Szymon, rówieśnik Jerzego, nigdy nie wyjechał, został we wsi. W mieście mu było ciasno. Największą pasją było polowanie. Potrafił zniknąć w lesie na kilka dni.

Po sezonie łowieckim Szymon pracował dorywczo u sąsiadów kopał ogródki, majsterkował, naprawiał sprzęt. Wszystkie zarobione u samotnych babć pieniądze przepijał.

Po każdym ciągu Szymon szedł do lasu opuchnięty, chory i wstydliwy. Po kilku dniach wracał do wsi z naręczami grzybów, jagód, ryb, szyszek. Sprzedawał je za grosze i znów tracił wszystko. Wspierał też babcię Helenę w gospodarstwie, jeżeli coś mu zapłaciła. Teraz, gdy płot znów padł, musiała zwrócić się do niego.

Chyba z psem trzeba poczekać westchnęła Helena Stefańska. Trzeba opłacić Szymona za robotę, a pieniędzy niewiele.

Szymon przyszedł nie z pustymi rękami. W jego plecaku, oprócz narzędzi, coś się ruszało. Uśmiechnął się do babci Heleny.

Zobaczcie, co wam przyniosłem powiedział otwierając worek.

Staruszka podeszła i wymacała puszystą, małą głowę.

Szymonie, czyżbyś rzeczywiście przyniósł mi szczeniaka? zdziwiła się.

Najlepszego z najlepszych. Prawdziwy owczarek, babciu.

Szczeniak pisnął, próbując się wydostać z worka. Helenę ogarnęła panika.

Ale ja nie mam pieniędzy! Ledwie na płot wystarczy!

choćby nie wrócę z nim do domu, babciu Heleno! Wiesz ile złotych kosztował ten psiak?

Co robić? Babcia musiała pobiec do sklepu, gdzie ekspedientka dała jej pięć butelek wódki na zeszyt i wpisała jej dług w księgę wiejską.

Do wieczora Szymon skończył robotę przy ogrodzeniu. Babcia Helena nakarmiła go sytym obiadem, polała kieliszek. Rozweselony Szymon, siedząc przy stole, zaczął pouczać babcię, wskazując na szczeniaka ułożonego przy piecu.

Trzeba karmić go dwa razy dziennie. Kup mocny łańcuch urośnie silny. Znam się na psach.

Tak w domu Heleny pojawił się nowy mieszkaniec Azor. Staruszka od razu go pokochała, a on odwdzięczał się oddaniem. Za każdym razem, gdy Helena wychodziła na dwór nakarmić Azora, ten podskakiwał radośnie, gotów wylizać twarz pani. Tylko jedno ją martwiło pies rósł jak cielak, ale wciąż nie nauczył się szczekać. To smuciło Helenę Stefańską.

Oj, Szymonie! O, oszuście! Wcisnąłeś mi niewłaściwego psa.

Ale co robić, taka dobra istota nie nadaje się do wyrzucenia. I choćby nie musi szczekać. Wiejskie psy bały się zbliżać do Azora, który przez trzy miesiące dorósł niemal do pasa gospodyni.

Pewnego razu do wsi przyjechał Mateusz, miejscowy myśliwy, kupić produkty, sól i zapałki. Zbliżał się zimowy sezon łowiecki, gdy mężczyźni spędzali miesiące w lesie. Przechodząc obok domu Heleny Stefańskiej, zatrzymał się nagle na widok Azora.

Babciu Heleno! zawołał Mateusz. Kto pozwolił pani trzymać wilka w naszej wsi?

Helena przestraszona, chwyciła się za serce.

O Matko Boska! Jaka ja głupia! Ten oszust Szymon mnie nabrał! Mówił, iż to rasowy owczarek…

Mateusz poważnie doradził jej:

Babciu, trzeba wypuścić go do lasu. Inaczej może być kłopot.

Oczy staruszki zwilgotniały. Jak żal było pożegnać Azora! Dobry, łagodny zwierz, choć wilk. Ostatnio był jednak niespokojny, szarpał łańcuch, rwał się na wolność. Ludzie we wsi patrzyli na niego z niepokojem. Nie było wyboru.

Mateusz zabrał wilka do lasu. Azor pomachał ogonem i zniknął między drzewami. Nigdy już go nie widziano.

Helena długo tęskniła za swoim pupilem i przeklinała przebiegłego Szymona. Ten też żałował, przecież miał dobre zamiary. Kiedyś, błądząc po lesie, napotkał ślady niedźwiedzia. Z oddali usłyszał żałosny pisk. Już miał iść dalej, bo tam gdzie młode niedźwiedzie, tam i niedźwiedzica. Ale dźwięk był inny, nie niedźwiedzi.

Odsłonił krzaki, zobaczył norę. Obok leżała martwa wilczyca, a wokół niej pogryzione szczenięta. Najwyraźniej niedźwiedź zaatakował legowisko. Przeżył tylko jeden maluch, ukryty w norze.

Szymonowi zrobiło się żal sieroty. Wziął go ze sobą, potem postanowił podrzucić babci Helenie, żeby się nim zaopiekowała. Myślał, iż kiedy urośnie, sam wróci do lasu, a on w międzyczasie załatwi jej prawdziwego psa. Ale wszystko zepsuł Mateusz.

Przez kilka dni Szymon kręcił się wokół jej domu, nie śmiejąc wejść. Na dworze szalała zima. Helena paliła w piecu, by nie zmarznąć nocą.

Nagle ktoś zapukał do drzwi. Staruszka pospieszyła otworzyć. Na progu stał mężczyzna.

Dobry wieczór, babciu. Mogę przenocować? Szłem do sąsiedniej wsi, ale się zgubiłem.

Jak się nazywasz, kochany? Słabo widzę…

Borys.

Helenie ściągnęły się brwi.

Chyba w naszej wsi nie ma żadnego Borysa…

Nie jestem stąd, babciu. Niedawno kupiłem tu dom. Chciałem zobaczyć, ale auto ugrzęzło. Musiałem iść pieszo, a tu taka zawieja!

To dom po świętym Daniluku?

Mężczyzna pokiwał głową.

Tak.

Babcia wpuściła go do domu, nastawiła czajnik. Nie zauważyła, jak zachłannie gość rozglądał się po kredensie, gdzie zwykle wieśniacy trzymają pieniądze i kosztowności.

Kiedy babcia krzątała się koło pieca, gość zaczął grzebać w kredensie. Helena usłyszała skrzypnięcie drzwiczek.

Co tam robisz, Borysie?

Była przecież reforma pieniądza! Pomagam pozbyć się starych złotych.

Staruszka się zachmurzyła.

Kłamstwo. Żadnej reformy nie było! Kim ty jesteś?!

Mężczyzna wyrwał nóż i przyłożył jej do brody.

Milcz, babciu. Dawaj pieniądze, złoto, jedzenie!

Helenę ogarnął strach. Przed nią stał bandyta, poszukiwany przez policję. Myślała, iż jej los przesądzony…

Wtem drzwi rozwarły się. Do pokoju wpadł wielki wilk i rzucił się na przestępcę. Tamten wrzasnął, ale gruby szalik ocalił go przed ugryzieniem. Złodziej wyciągnął nóż i ugodził wilka w łopatkę. Azor odskoczył, a rabuś zdołał uciec.

W tym momencie na podwórku pojawił się Szymon, idący z przeprosinami. Pod domem zobaczył uciekającego mężczyznę z nożem. Pobiegł do babci, zobaczył zakrwawionego Azora na podłodze. gwałtownie pobiegł do dzielnicowego.

Złoczyńcę złapano. Dostał kolejny wyrok.

A Azor stał się prawdziwym bohaterem wsi. Ludzie przynosili mu jedzenie, witali go z szacunkiem. Wilka już nie przykuto, był wolny, ale zawsze wracał do babci Heleny, przychodził z Szymonem po polowaniu.

Pewnego dnia zobaczyli pod jej domem czarnego SUV-a. Na podwórku ktoś rąbał drewno. To był syn Heleny Jerzy. Na widok starego znajomego rozłożył ramiona.

Wieczorem wszyscy siedzieli za stołem, Helena promieniała szczęściem. Jerzy namówił ją na wyjazd do miasta na operację oczu.

Skoro trzeba… westchnęła staruszka. Latem wnuk przyjedzie, chcę go zobaczyć. Szymonie, przypilnuj domu i Azora, dobrze?

Szymon skinął głową, a Azor ułożył się przy piecu, zadowolony. Tu było jego miejsce, wśród przyjaciół.

W życiu najważniejsza jest dobroć i wzajemna pomoc. Ludzkie serce, choćby samotne, może okazać się domem dla przyjaźni i wdzięczności czasem choćby tam, gdzie nikt się tego nie spodziewa.

Idź do oryginalnego materiału