Zwykły zimowy wieczór na warszawskiej Pradze. Olek wraca z pracy, wokół szaro, aż tu przed osiedlowym sklepem spożywczym spotyka rudą, kudłatą kundelkę o oczach zagubionego dziecka. Najpierw machinalnie ją ignoruje, ale z każdym kolejnym dniem coraz bardziej przywiązuje się do bezdomnej suczki, którą niedługo nazywa Ladą. Gdy pies zostaje potrącony przez samochód, Olek walczy o jej życie, wydaje oszczędności na leczenie i przygarnia ją do pustego mieszkania, wypełniając samotność radosnymi spacerami i nowym, prawdziwym przywiązaniem. Niespodziewanie w parku pojawia się dawna właścicielka, która żąda zwrotu psa, twierdząc, iż rudowłosa „Gerda” uciekła jej pół roku temu. Między łzami, pretensjami i dokumentami z weterynarii rozpoczyna się emocjonalna batalią o oddaną psinę, dla której Olek stał się prawdziwą rodziną.

13 godzin temu

Dawno temu, wracając z pracy, szedłem przez zasypane śniegiem ulice Warszawy. Był to zwyczajny grudniowy wieczór, kiedy chłód i szarość zdawały się przytłaczać wszystko wokół. Przechodziłem wtedy obok sklepu spożywczego, a tam, pod ścianą, kulił się pies. Kundelek. Rdzawy, rozczochrany. Jego oczy miały w sobie zagubienie dziecka.

Czego tu pilnujesz? mruknąłem nieco zniecierpliwiony, ale przystanąłem.

Pies podniósł łeb i spojrzał. Niczego nie prosił. Tylko patrzył.

„Pewnie czeka na swojego pana,” pomyślałem, i ruszyłem dalej.

Lecz na drugi dzień sytuacja się powtórzyła. I dzień później też nic się nie zmieniło. Pies jakby wczepił się w to miejsce. Zauważyłem, iż ludzie mijają go obojętnie. Ktoś rzucił kawałek bułki, ktoś inny parówkę.

Dlaczego tutaj siedzisz? zapytałem go pewnego razu, przykucając. Gdzie są twoi właściciele?

Wtedy pies podszedł nieśmiało i przytulił pysk do mojej nogi.

Zastygłem w bezruchu. Kiedy ostatni raz kogoś głaskałem? Minęły już trzy lata od rozwodu. Mieszkanie puste. Tylko praca, telewizor, lodówka.

Lalka wyszeptałem bezwiednie. Skąd to imię się we mnie wzięło, nie wiem do dziś.

Następnego dnia zaniosłem jej parówki.

Po tygodniu rozwiesiłem w internecie ogłoszenie: Znaleziono psa. Poszukiwani właściciele.

Nikt nie zadzwonił.

Mijały dni, aż pewnego wieczora, wracając z nocnej zmiany pracowałem wtedy jako inżynier i zdarzało mi się spędzać wiele godzin na budowie zobaczyłem tłum przed sklepem.

Co się stało? spytałem panią Krystynę z sąsiedniego bloku.

Potrącił ktoś tego psa… wiesz, tego, co tu od miesięcy siedział.

Serce mi zamarło.

Gdzie on jest?

Zabrali go do weterynarza na aleję Mickiewicza. Ale tam żądają wielkich pieniędzy… Kto się przejmie takim bezdomnym psem?

Nic nie odpowiedziałem, tylko pobiegłem, ile sił w nogach.

W klinice lekarka spojrzała sceptycznie:

Są złamania, wewnętrzne krwawienie. Leczenie będzie kosztowne i nie daję gwarancji, iż się uda.

Proszę leczyć, odpowiedziałem. Ile potrzeba, tyle zapłacę. Zloty mam, będzie na wszystko.

Gdy Lalkę wypisali, zabrałem ją do swojego mieszkania.

Po raz pierwszy od trzech lat znów rozbrzmiało w nim życie.

Moje życie zmieniło się. Całkowicie.

Budzikiem nie był już telefon, ale dotyk mokrego nosa Lalki domagającej się mojego przebudzenia. Wstawaj, gospodarzu. I rzeczywiście wstawałem z uśmiechem.

Dawną rutynę poranna kawa i wiadomości zastąpił spacer po parku.

No chodź, dziewczynko, idziemy przewietrzyć głowę mówiłem, a Lalka merdała ogonem z nieukrywaną radością.

Załatwiłem w klinice wszystkie formalności. Książeczka zdrowia, szczepienia, papiery oficjalnie stała się moją suką. O dokumentach miałem choćby zdjęcia w telefonie na wszelki wypadek.

Koledzy nie kryli zdumienia:

Piotr, co się z tobą dzieje? Jakiś taki młodszy, weselszy się zrobiłeś.

I faktycznie pierwszy raz od lat czułem się potrzebny.

Lalka była bystra. Nad wyraz. Słuchała półsłowa. jeżeli zatrzymałem się w pracy dłużej, czekała pod drzwiami z oczami mówiącymi: Martwiłam się o ciebie.

Wieczory spędzaliśmy na długich spacerach po parku. Opowiadałem jej o swojej pracy, codzienności. Śmieszne? Być może. Ale ona słuchała uważnie, a czasem cicho poszczekiwała w odpowiedzi.

Wiesz, Lalko, myślałem kiedyś, iż samemu łatwiej. Nikt nie przeszkadza, nikt nie narzuca się ze swoimi sprawami. Ale okazało się, głaskałem ją po łbie okazało się, iż po prostu bałem się znów kogoś pokochać.

Sąsiedzi zdążyli się już do nas przyzwyczaić. Pani Halina z naprzeciwka zawsze miała w kieszeni jakąś kostkę.

Ładna sunia, widać, iż ktoś ją bardzo kocha mówiła.

Mijał miesiąc za miesiącem.

Myślałem choćby o założeniu profil na portalu społecznościowym i wrzucaniu zdjęć Lalki, bo była bardzo fotogeniczna jej ruda sierść mieniła się w słońcu złotem.

Aż w końcu przyszedł dzień, który wszystko zmienił.

Zwykły spacer w parku. Lalka obwąchiwała krzaki, ja czytałem coś na telefonie, siedząc na ławce.

Bajka! Bajka!

Podniosłem głowę. Zbliżała się do nas kobieta około trzydziestki, w eleganckim dresie, wysokiej blond fryzurze i mocnym makijażu. Lalka od razu się spłoszyła, podkuliła uszy.

Przepraszam powiedziałem spokojnie. To mój pies.

Kobieta zatrzymała się, postawiła ręce na biodrach.

Jak to pański? Przecież to moja Bajka! Pół roku temu mi uciekła!

Jak to?

Tak! Wyrwała się spod klatki, szukałam jej wszędzie! Ukrył ją pan przede mną!

Poczułem, jak grunt usuwa mi się spod nóg.

Proszę posłuchać. Znalazłem ją tutaj, pod sklepem. Siedziała tam bezdomna przez długi czas.

A bo się zgubiła! Moją Bajkę traktowałam jak oczko w głowie! Z mężem kupiliśmy ją, specjalnie rasową!

Rasowa? spojrzałem na Lalkę. Przecież to kundel.

Jest mieszańcem! Bardzo drogim!

Podniosłem się. Lalka wtuliła się w moje nogi.

To jeżeli to pani pies, niech pani pokaże papiery.

Jakie papiery?

Książeczkę zdrowia, szczepienia, cokolwiek.

Kobieta się skrzywiła:

Zostały w domu! Ale to nieważne! Poznaję ją Bajka, do mnie!

Lalka nie drgnęła.

Bajka! Natychmiast chodź tu!

Jeszcze mocniej wcisnęła się w moje łydki.

Ale ona pani nie zna powiedziałem cicho.

Ona jest zraniona, dlatego. Tyle czasu była zagubiona! Ale to mój pies i żądam jej zwrotu!

Mam wszystkie dokumenty odpowiedziałem spokojnie. Zaświadczenia z weterynarza po wypadku, książeczkę, paragony za karmę i zabawki.

Nie obchodzą mnie żadne papiery! To kradzież!

Ludzie wokół zaczęli się oglądać.

Wie pani co wyjąłem telefon rozstrzygnijmy to zgodnie z prawem. Wezwę policję.

Wzywaj pan! prychnęła. Udowodnię, iż to mój pies! Mam świadków!

Jakich świadków?

Sąsiedzi widzieli, jak zginęła!

Wybrałem numer. Serce waliło mi jak młot. A może ona naprawdę miała rację? Może Lalka w rzeczywistości była jej?

Ale dlaczego wtedy rok siedziała przy sklepie? Nie próbowała wrócić do domu? Dlaczego teraz tuli się do mnie, drżąc?

Policja? Mam nietypową sprawę

Kobieta patrzyła na mnie nienawistnie:

Zobaczy pan. Sprawiedliwość wygra. Oddajcie mój pies!

A Lalka nie odsunęła się ode mnie choćby na centymetr.

I wtedy zrozumiałem nie oddam jej. Będę o nią walczył. Do końca.

Bo przez te miesiące Lalka stała się kimś więcej niż tylko psem.

Stała się moją rodziną.

Posterunkowy Przybylski przyjechał po pół godzinie. Znałem go z wcześniejszych spraw w administracji.

Opowiedzcie, co się stało powiedział, szykując notes.

Kobieta zaczęła pierwsza, pędziła jak karabin maszynowy.

To mój pies! Bajka! Kupiłam za dziewięć tysięcy złotych! Pół roku temu zginęła, szukałam wszędzie! A ten pan ją ukradł!

Nie ukradłem, tylko znalazłem odparłem spokojnie. Siedziała pod sklepem głodna przez długi czas.

A bo się zgubiła!

Przybylski spojrzał na Lalkę, ta wtulała się we mnie.

Ma ktoś dokumenty?

Mam podałem teczkę. Od ostatniej wizyty u weterynarza nie zdążyłem schować papierów.

Tu są rachunki, dokumentacja leczenia po wypadku samochodowym, książeczka zdrowia, szczepienia.

Funkcjonariusz przejrzał papiery.

A pani coś ma?

W domu! Ale to szczegół, to moja Bajka!

Proszę opowiedzieć dokładnie, jak ją pani straciła ciągnął posterunkowy.

Byłyśmy na spacerze, urwała mi się ze smyczy, szukałam, wieszałam ogłoszenia.

Gdzie to było?

W parku, tutaj obok.

A gdzie pani mieszka?

Przy alei Mickiewicza.

To dwa kilometry od miejsca, gdzie znalazłem psa zauważyłem. jeżeli zgubiła się w parku, czemu siedziała pod sklepem?

Może zabłądziła! Pies przecież

Psy zwykle wracają do domu.

Kobieta zaczerwieniła się:

Co pan wie o psach?!

Wiem tylko jedno powiedziałem cicho. Ukochany pies nie siedzi głodny miesiąc przy sklepie. Szuka domu.

Można zadać pytanie? wtrącił Przybylski. Mówiła pani o rozwieszaniu ogłoszeń. Zgłaszała to pani gdzieś oficjalnie?

Na policję? Nie przyszło mi to do głowy.

Przez pół roku? Pies za dziewięć tysięcy i nie było zgłoszenia?

Myślałam, iż sama się znajdzie

Posterunkowy westchnął.

Proszę dokument i adres.

Wyciągnęła paszport, dygoczącymi rękoma.

Proszę, dom Mickiewicza trzydzieści, mieszkanie dwanaście.

Rozumiem. Kiedy dokładnie pies się zgubił?

Z dwudziestego stycznia, może dwudziestego pierwszego.

Wyjąłem telefon.

Lalkę znalazłem dwudziestego trzeciego stycznia. A już wtedy widywałem ją pod sklepem od co najmniej kilku tygodni.

Wychodziło więc, iż pies zginął znacznie wcześniej.

Może pomyliłam daty! zaczęła się jąkać.

Aż w końcu się złamała:

Dobrze, niech już będzie pański Ale naprawdę ją kochałam

Zapadła cisza.

Jak to się stało? spytałem cicho.

Z mężem się rozstaliśmy, musiałam się przeprowadzić do wynajmowanego lokum, gdzie nie pozwalali trzymać psów. Sprzedać się nie dało, bo przecież kundelek Zostawiłam ją pod sklepem, myślałam, iż ktoś ją przygarnie.

Poczułem, jak cały świat wywraca się na lewą stronę.

Po prostu ją pani porzuciła?

Zostawiłam Nie chciałam wyrządzać krzywdy. Myślałam, iż ktoś dobry ją znajdzie

To dlaczego teraz ją pani chce odzyskać?

Spojrzała na mnie zapłakana:

Rozwiodłam się, jestem sama. Chciałam Bajkę z powrotem. Tak bardzo za nią tęsknię, przez cały czas ją kocham

Patrzyłem na nią i nie wierzyłem własnym uszom.

Kochała? powtórzyłem powoli. Kogo się kocha, tego się nie zostawia.

Przybylski zamknął notes.

Sprawa jasna. Dokumenty na psa ma pan Piotr Zieliński, to pan ją leczył, odpowiednio opiekował się nią. Według prawa nie ma wątpliwości.

Ale ja się rozmyśliłam! Chcę ją odzyskać! jęknęła kobieta.

Teraz za późno odpowiedział poważnie policjant. Jak się coś porzuca, to się już nie wraca.

Przykucnąłem przy Lalki, objąłem ją ramieniem.

Już wszystko dobrze, dziewczynko.

Czy mogę ją chociaż pogłaskać? Ostatni raz? zapytała kobieta.

Spojrzałem na Lalkę. Schowała się za mną, z podkulonym ogonem.

Widać, iż cię pani boi.

Nie chciałam jej skrzywdzić tak się złożyło.

Wie pani, nikt nie jest niewolnikiem okoliczności. Sami je kreujemy. Pani uczyniła z życia tego psa samotność. Teraz próbuje pani to zmienić, kiedy jej wygodnie.

Kobieta zalała się łzami:

Wiem Jakże mi źle samej

A jej jak się musiało żyć miesiącami w nadziei, iż ktoś po nią wróci?

Cisza.

Bajka westchnęła kobieta.

Pies choćby nie drgnął.

Odwróciła się i gwałtownie odeszła, nie oglądając się za siebie.

Przybylski poklepał mnie po ramieniu:

Słuszna decyzja. Widać po niej, iż jest do pana przywiązana.

Dziękuję za zrozumienie.

Sam mam psa odrzekł z uśmiechem. Znam to z własnego doświadczenia.

Gdy zostaliśmy sami, spojrzałem na Lalkę i pogładziłem ją po głowie:

Już nikt nas nie rozdzieli. Obiecuję.

Popatrzyła na mnie z czułością, z tą bezgraniczną psią miłością, która wszystko wybacza.

Chodźmy do domu?

Wesoło zaszczekała i pobiegła obok mnie.

Wracając, myślałem o słowach tej kobiety. Rzeczywiście, okoliczności bywają różne. Można stracić pracę, dom, pieniądze. Ale są sprawy, których tracić nie wolno: odpowiedzialność, miłość, współczucie.

W domu Lalka ułożyła się na swoim ulubionym dywaniku, a ja zaparzyłem sobie herbatę i usiadłem obok niej.

Wiesz, Lalko, może tak miało być. Teraz mamy pewność, iż naprawdę jesteśmy sobie potrzebni.

Zamruczała cicho i spojrzała na mnie ze spokojem.

Idź do oryginalnego materiału