Dzieńnik Darii
Znowu z podziwem patrzyłam na Pawła i Klarę, mojego brata i siostrę. Jacy oni byli piękni! Wysocy, czarne włosy, niebieskie oczy. Znowu wręczano im nagrody za kolejne zwycięstwo na zawodach. Zerwałam się z miejsca, chcąc być tam pierwsza. Kuśtykając, ruszyłam w ich stronę z dwoma manualnie zrobionymi króliczkami był w spódniczce i w kraciastych spodenkach. Chciałam im je dać w prezencie. Byłam niezgrabna, pulchna, z cienkimi, słabo spiętymi włosami i naiwnym uśmiechem na ustach. Paweł i Klara udawali, iż mnie nie widzą. Przedzierałam się przez tłum, jakby od tego zależało moje szczęście.
Przepraszam, przepuście mnie, to mój brat i siostra! Proszę! zawołałam radośnie.
Klara, jakaś gruba dziewczyna twierdzi, iż jest waszą siostrą. To prawda? zwróciła się do niej blondwłosa znajoma, Łucja.
Klara obejrzała się i zobaczyła mnie.
Tłuściocha przyszła. Mama pewnie kazała. Wstyd! pomyślała.
A na głos odparła:
Nie, skądże. Mam tylko jednego brata, Pawła.
Tak myślałam. Też bym się nie przyznała! I jeszcze jakieś zabawki przynosi! roześmiała się Łucja.
Pewnie nasza lokalna fanka. Zabierz od niej te króliczki, Łucja. My z Pawłem idziemy dalej! rzuciła Klara, posyłając powietrzny całus, po czym pociągnęła brata w stronę podium.
Łucja wzięła ode mnie króliczki, zapewniając, iż przekaże siostrze i bratu.
Dobrze! Będę na was czekać w domu! Upiekę drożdżówki! odparłam i niezgrabnie ruszyłam w swoją stronę.
Masz, oddałam ci. Powiedziała, iż będzie na was czekać i upiecze drożdżówki. Sama jest jak drożdżówka Klara, to aby na pewno nie wasza krewna? Co się jej do was tak spieszy? dopytywała Łucja.
Nie, mówiłam już, nie znam jej! Tylko się ludzie do nas przyczepiają, chcą się ogrzać przy naszej sławie. Chodź! odparła Klara, wyrzucając króliczki do kosza na śmieci.
Okłamała Łucję. Ja rzeczywiście byłam jej siostrą. Przyrodnią. Mama Klary i Pawła, Teresa, wzięła mnie do siebie, gdy zginęła moja daleka krewna. Wrócili całą rodziną z wyjazdu i zostałam tylko ja. Mała, z kontuzją nogi. Teresa była daleką krewną, choćby nazwisko mieliśmy inne. Bliżsi odmówili pomocy, a ona mnie przygarnęła, chociaż jej mąż i dzieci nie byli zachwyceni. Klara i Paweł dorastali rozpieszczani, nigdy im niczego nie odmawiano.
Mamusiu, nie bierz jej do nas! Jest gruba, kuleje, głupio z nią choćby stać!
Dzieci, pożałujcie dziewczynki. Jest sama. Ludzie biorą psy i koty do domu, a to przecież dziecko Mamy duży dom, nie będziemy sobie przeszkadzać przekonywała Teresa.
Niechętnie się zgodzili. To mama utrzymywała dom, była kierowniczką sklepu. Ojciec był jej zastępcą i nigdy się specjalnie nie przepracowywał, romansując przy każdej okazji, ale Teresa nie robiła z tego powodu awantur jej Marian był przystojny i dzieci odziedziczyły po nim urodę.
Dorastałam. Mała, śmieszna, jasnowłosa, z prawie przezroczystymi niebieskimi oczami, jak Paweł i Klara.
Ma oczy jak mleko z niebieską farbką, gruba! śmiała się Klara.
Byłam jak słodka bułeczka, z dołeczkami w policzkach, bardzo miła. Bawiłam się sama, rodzeństwo mnie nie chciało. Winę za rozbite wazon przyjmowałam bez mrugnięcia okiem, choć to Paweł rozbił, pędząc do pokoju. Gdy Klara zniszczyła mamie sweterek, też zwaliła winę na mnie. Nie tłumaczyłam się, nie chciałam, by ich karano byli tacy piękni.
Mama mnie nie krzyczała, za to ojciec czasem nie wytrzymywał.
Po co ją wzięłaś do domu? Przez nią tylko wstyd. choćby chodzić nie umie! Syn i córka to nasza ozdoba, a ta? Kto ją weźmie, jak dorośnie? wrzeszczał Marian.
Słuchałam tego za drzwiami, potem patrzyłam w lustro, nie lubiąc własnego odbicia. Chciałam być tak piękna, jak oni.
Do szkoły posłano mnie do innej niż Pawła i Klarę zagrozili, iż przestaną się uczyć. Mama zgodziła się niechętnie, czując, iż rozpada się cienki most, jaki budowała między mną a ich rodzeństwem.
Lata mijały. Paweł i Klara wyjechali na studia. Ja poprosiłam mamę, żebym mogła zostać w domu.
Ale córciu, możesz iść gdzie chcesz, zapłacę! Chcesz być projektantką, tłumaczką? Daria, wszystko dla ciebie! tuliła mnie Teresa.
Przytuliłam jej policzek jak kotek i ona od razu łagodniała. Rodzone dzieci nigdy jej tak nie okazywały uczuć. Zresztą, zawsze czekałam na nią, gdy wracała z pracy, choćby wieczorami, zimą zawsze byłam albo na podwórku, albo w korytarzu, by być pierwszą, która ją przywita. Paweł i Klara, jeżeli akurat mieli czas, z rzadka rzucili „cześć”.
Ale mamo, ona czeka na ciebie jak piesek, bo nie ma co robić, i nie marzy o niczym! wykrzykiwała Klara.
Spojrzałam na mamę przezroczystymi oczami.
Mamusiu, mogę leczyć zwierzęta? Psy, koty, świnki morskie, króliczki Chcę być weterynarzem! szepnęłam.
To było całkiem naturalne od zawsze przynosiłam do domu koty i psy, leczyłam, oddawałam innym. Jeden pies, wielki kudłacz, zamieszkał z nami na stałe. Klara była niezadowolona, iż nie jest rasowy, ale mama była po mojej stronie.
Potem mama zachorowała i musiała zostać w domu. Tata, widząc, iż fundusze mogą się wyczerpać, poszedł do znajomej fryzjerki i został z nią. Dzieci przyjeżdżały już tylko po pieniądze. Na szczęście trochę oszczędności mama miała. Przy niej została tylko ja. Codziennie gotowałam dla niej smakołyki, parzyłam herbatki z ziół, robiłam masaż. Wieczorami siedziałyśmy razem pod jabłonią, ciesząc się ciszą. Wtedy czułam się bardzo szczęśliwa.
Paweł i Klara założyli rodziny. Mama pomogła im z mieszkaniem. Aż pewnego razu Paweł przyjechał nocą, zalany łzami, bo miał ogromne długi.
Synku, skąd my tyle weźmiemy? U ojca nie ma, ja też nie uzbieram choćby dziesiątej części panikowała mama.
Paweł miał rozwiązanie sprzedamy dom, wtedy starczy na wszystko.
Ale gdzie my pójdziemy? Ja i Daria? przestraszyła się mama.
Gdzie Daria pójdzie, mnie nie obchodzi, jest dorosła. Ty, mamo, przyjedziesz do mnie! rzucił Paweł.
Jego żona, Lena, raczej nie była zachwycona, ale mama nie chciała się wykłócać. Chciała ratować syna. Jednak postawiła warunek Daria jedzie z nią. Paweł nie miał wyboru, zgodził się. Ale podeszłam do mamy i powiedziałam:
Mamo, jedź sama, ja przeprowadzę się do znajomego. Od dawna mnie zapraszał. Nie martw się o mnie.
Ale kim on jest? Chcę go poznać! zdziwiła się mama.
Później, mamo. Wszystko będzie dobrze.
Paweł odetchnął nie trzeba było wymyślać wymówki, jak się mnie pozbyć.
Kłamałam. Nikogo nie miałam. Serce podpowiadało mi, iż nie będę tam mile widziana, mama tylko by się denerwowała. Wynajęłam pokój u samotnego staruszka, pana Feliksa, na przedmieściach Krakowa. On szukał kogoś do pomocy przy zwierzętach miał kury, kozy, świnki. Gdy się dowiedział, iż jestem weterynarzem, ucieszył się jak dziecko, choćby chciał nie brać ode mnie czynszu, ale się uparłam, żeby płacić. I tak zawsze wsadzał mi pieniądze do kieszeni.
Było mi dobrze. Ludzie mnie szanowali, zwierzęta kochały. Każdemu pacjentowi znajdowałam miłe słowo i smakołyk.
Proszę, Azorek, zobacz, co ci Daria przygotowała! Nie bój się, kochanie, kropelki już położone. Dzwońcie, jeżeli coś się stanie! mówiłam każdemu, kto do mnie przychodził.
Ojej, pani kochana, w szpitalu to mi kota tak nie przyjmują jak pani przyjmuje mojego Bazylego! śmiała się pani Anna, właścicielka ogromnego brytyjskiego kota.
Serce tylko ściskało się z niepokoju o mamę. Dzwoniłam często, coraz częściej odbierał Paweł i informował mnie oschle, iż mama odpoczywa. Komórka milczała przez tygodnie. Zmartwiona opowiadałam o tym panu Feliksowi. On rzucił:
To chodź, pojedziemy do nich. Mam jeszcze malucha, stary, ale na chodzie. Pojedziemy, odwiedzisz matkę.
Uśmiechnęłam się z wdzięcznością. Miałam adres Pawła. Pojechaliśmy do Warszawy, do bloku, gdzie mieszkał z Leną.
Długo nikt nie otwierał. Wreszcie drzwi otworzyła wysoka, rozespana blondynka w szlafroczku.
Czego chcecie? Ja nic kupować nie zamierzam! rzuciła.
Chyba pani Lena? Żona Pawła? zapytałam.
No A wy to kto?
Jestem Daria, jego siostra. Przyjechałam do mamy.
Aaa Mam tu zaraz zabieg u kosmetyczki, więc nie mam czasu. Ale mama tu nie mieszka. Paweł ją zawiózł do domu opieki. Zasłabła, a kto miał się nią zajmować? Paweł jest w pracy, ja mam swoje sprawy. Dokąd? Nie wiem. Chcecie adres? Piszcie, tylko potem tu nie przyjeżdżajcie! rzuciła nonszalancko.
Nie słuchałam już jej uwag. Chwyciłam karteczkę z adresem i wybiegłam z panem Feliksem na dwór.
Jak mogli mi nie powiedzieć? Jakoś bym sobie poradziła, choćby bez mieszkania wyszeptałam.
Trzeba było ją zabrać do nas! Mamy miejsce. Powinni byli wam powiedzieć! mruczał pan Feliks.
Pojechaliśmy do domu opieki. Czy to możliwe, iż ta drobna, wychudzona staruszka o zapadniętych oczach to moja mama? Ta, która zawsze była wysoka, korpulentna, energiczna? Teraz leżała cicho.
Mamusiu! To ja, Daria! Wyjdziemy stąd, przeprowadzisz się do mnie i pana Feliksa. Mamy kury, kozy, będę ci robić jajecznicę i poić świeżym mlekiem! Mamo, odpowiedz! szlochałam, trzymając jej pokrytą żyłkami dłoń.
Udało się zabraliśmy ją do siebie, bo po dokumentach byłam córką, a pan Feliks groził, iż zawiadomi znajomego pułkownika, jeżeli do tego nie dojdzie. Paweł załatwił, by mama została tam na zawsze
W dziesiątym dniu pobytu mama wstała, podeszła do okna. W ogrodzie dumnie maszerowała świnia Basia, kogut piała, wokół pachniało mlekiem i świeżym ciastem piekłam drożdżówki. Weszłam do pokoju, utykając, zobaczyłam, iż mama płacze. Nieporadnie podeszłam do niej i objęłam ją, przepraszając, iż tak długo nie przyjeżdżałam, iż teraz będzie musiała mieszkać ze mną i panem Feliksem, a nie z pięknymi Pawłem i Klarą.
Mama milczała, tuliła mnie do siebie, jakby na nowo widziała małą mnie niby nie rodzoną, a jedyną, która została przy niej na starość, gdy rodzone dzieci nie miały już miejsca w swoim świecie.
Nic się nie martw, Dariu. Teraz już wszystko będzie dobrze. szeptała Teresa.
Dziewczyny, idziecie na herbatkę? wpadł do pokoju pan Feliks.
Zaśmialiśmy się wszyscy troje i poszliśmy razem do kuchni. I tak zaczęło się nasze nowe życie…

4 godzin temu



