ZAMIAST SKRZYDEŁBUMERANG ZA PLECAMI
Wszystkich was tu wykurzę, zobaczycie! rozdzierająco wrzeszczała żona mojego brata.
Za co, Lidia? Przecież oddałam ci całą kwotę. O co chodzi? moja mama wciąż nie rozumiała, skąd te groźby ze strony synowej.
A gdzie jest zapisane, iż przekazałaś pieniądze? Gdzie świadkowie? Pokwitowanie? Należy nam z Sebastianem jeszcze połowa tej mieszkania! Lidia stała uparcie w progu, nie zamierzając odejść.
Wiesz co, Lidia, odejdź spokojnie póki możesz! Byłam świadkiem przekazania pieniędzy, to wystarczy? Przekaż bratu pozdrowienia, niech się tobą zajmie. Nie przychodź tu więcej wtrąciłam się, bo mama była bezbronna.
Pożałujecie, ale już będzie za późno! Idę do szeptuchy, rzucę na was klątwę! krzyknęła Lidia wychodząc.
Nasza mama po śmierci ojca sprzedała dom na wsi i przeprowadziła się do mojego trzypokojowego mieszkania w Warszawie. Byłam już wtedy wdową, samotnie wychowywałam pięcioletniego synka Jerzego. Ucieszyłam się, mogąc przyjąć mamę pod swój dach.
Wero, nie będziesz miała nic przeciwko, jeżeli połowę pieniędzy ze sprzedaży domu dam Sebastianowi? W końcu to syn. Lidia bez przerwy go goni: nieudolny mąż, rodziny nie potrafi utrzymać spojrzała na mnie błagalnie.
Oczywiście, mamo, daj mu. Tak będzie sprawiedliwie tak zawsze sądziłam.
Zaprosiłyśmy Sebastiana z Lidią do siebie, przekazałyśmy gotówkę z ręki do ręki. Dwa lata później Lidia wraca, znowu żąda pieniędzy, grozi, przeklina.
Wyprosiłam ją, zamknęłam drzwi i przestałam o niej myśleć. Przez lata nie rozmawiałyśmy ani z Sebastianem, ani z Lidią. Jakby czarny kot przebiegł między nami. Nasza codzienność zaczęła przypominać nieustanny wodospad przykrości. Szłyśmy jak przez mgłę, jak to się mówi: uciekając przed nieszczęściem, a ono czekało na brzegu.
Mama zachorowała, ja rozchorowałam się na nieznane schorzenie, Jerzy dostał atopowego wyprysku. Ciągle coś szwankowało: w mieszkaniu pachniało jedynie apteką i lekarstwami, wszystko się psuło, przewracało, tłukło. Zegar ścienny zatrzymywał się nocą. Jako emerytowany oficer policji musiałam przejść na wcześniejszą emeryturę, choć planowałam pracować jeszcze kilka lat. Musiałam zająć się mamą i intensywnie leczyć syna. Złotówki dziwnie wyciekały z portfela.
Pamiętam, iż zamieniłam mieszkanie w dom pełen fiołków: wszędzie stały doniczki. Hodowałam je, rozmnażałam, sprzedawałam na targu. Te małe kwiatki uratowały nas od długów. Ludzie chętnie je kupowali.
Raz do roku przyjeżdżali krewni. Spędzali u nas tydzień obdarowywali używanymi, ale czystymi ubraniami. Przywozili żywność: mięso, makaron, kaszę, mąkę… Wszystko było dla nas skarbem. Odjeżdżali, a my zaczynaliśmy kolejną rundę codziennych trudności.
Bezpieniężność, choroby, apatia.
By nie wpadać w rozpacz, założyłam rabatkę kwiatową przed klatką. Posiałam na wiosnę nasiona. Wyszły zwyczajne: lwia paszcza, lewkonia, nagietki. To był mój jedyny powód, by nie popaść w otchłań.
Pewnego dnia przechodził obok sąsiad Michał, spojrzał na moją rabatkę z oceną.
Dzień dobry, sąsiadko! Może chce pani na kwiaty pieniędzy? Kupi pani więcej, zazdrość wszystkich.
Niepewnie wzruszyłam ramionami, Michał włożył banknoty do kieszeni mojego fartucha.
Bierzcie, nasza ogrodniczko! Nie wstydźcie się. Przecież dla wszystkich robicie piękno.
Uskrzydlona, zakupiłam egzotyczne rośliny i krzewy. Rabatka rozkwitła, sąsiedzi zachwycali się jak rajskim ogrodem, nie wierzyli własnym oczom.
Michał zawsze zatrzymywał się, podziwiał:
Tylko u dobrych ludzi tak kwitną kwiaty.
Często częstował mnie cukierkami, tabliczką czekolady, lodami:
To dla pani, Weroniko, za trud.
Czułam się doceniona przez obcego człowieka.
Lata mijały, stopniowo wszystko się naprawiało.
Mama podnosiła się, rozpromieniała. Skóra Jerzego oczyszczała się. Nagle poczułam się jak kobieta w białych koronkach chciałam kochać i być kochaną, pomimo jesieni życia.
Jerzy, patrząc na cierpiącą babcię, postanowił zostać lekarzem. Bez trudu dostał się na medycynę, pracował w szpitalu, pomagał przy operacjach. gwałtownie zaczęli zgłaszać się do niego sąsiedzi: o diagnozę, zastrzyk, kroplówkę…
Wyuczył się na reanimatora.
My Ja i Jerzy przeprowadziliśmy mały remont mieszkania. Jerzy kupił używane auto. Planuje się ożenić z koleżanką z pracy, Martą kardiologiem. Wszystko jest cicho i dobrze.
Niedawno zadzwoniła Lidia, z zaschniętym głosem:
Weronika, odwiedzisz mnie? Leżę w szpitalu.
Pojechałam do podanej placówki. Weszłam na oddział, znalazłam jej łóżko.
Co z tobą, Lidio? zdziwiłam się widząc jej zmęczoną twarz, w oczach pustkę.
Tak wyszło… spacerowaliśmy z Sebastianem po lesie. Znaleźliśmy ludzki czaszkę w trawie. Zanieśliśmy do domu, wyczyściliśmy, polakierowaliśmy, zrobiliśmy z tego popielniczkę. Po pół roku Sebastian zginął w wypadku. Dwa miesiące później nasz syn zmarł w garażu zatruł się. Pił z kolegami. Ja teraz mam zapalenie płuc. Boże, czemu ten przeklęty czaszka wzięliśmy do domu? Od tego zaczęły się moje nieszczęścia Lidia gorzko płakała.
Nie, Lidia, wszystko zaczęło się, gdy poszłaś do czarnej szeptuchy i rzuciłaś klątwę. Czaszka to tylko konsekwencja musiałam jej to powiedzieć. Przyniosła naszej rodzinie zbyt wiele problemów.
Masz rację, Weroniko. Skruszona się przyznaję. Odprawiałam urok, kląłem was. Moja złość rozlała się jak czarne smoła. W efekcie skazałam siebie na samotność. Wybacz. Zapomnijmy te głupie kłótnie. W młodości rosły mi skrzydła na plecach, teraz mnie pali tam bumerang. Czuję jego pieczenie Lidia posmutniała, zamilkła, zamyśliła się.
Opowiedziałam wszystko Jerzemu. Nie został obojętny:
Mamo, przenieśmy ciocię Lidię do mojego szpitala. Tam będzie miała lepszą opiekę. Przecież to nie obcy.
Dobrze, synku w pełni jej wybaczyłam. Muszę ją żałować została sama, straciła i syna, i męża.
Michał zaproponował, byśmy połączyli nasze losy. Mieszkał piętro wyżej.
Weroniko, przeprowadzisz się do mnie? Raźniej będzie spędzać czas. Ty wdowa, ja wdowiec. Będzie o czym porozmawiać. Zgadzasz się?
Tak, Michał nie wierzyłam w to niespodziewane szczęście. Spadło z nieba, ogrzało duszę, rozbłysło.
Mama ucieszyła się za mnie:
Widzisz, Weroniko, szczęście było blisko, stopniowo się zbliżało. Naprawdę zasłużyłaś na nie.
Lidia gwałtownie dochodzi do siebie, prosi o odwiedziny. Zaprosić ją? Poradzę się Jerzego i Michała…

2 tygodni temu



