ZAGUBIONY SYN

polregion.pl 2 tygodni temu

Zdrzemnąc się w małym mieszkaniu przy ulicy Jana Pawła II, Jadwiga samotnie wychowywała swojego synka, Leszka. Po rozwodzie z mężempijanusiem, który od razu po narodzinach odszedł i nie płacił alimentów, w domu brakowało pieniędzy. Wiedziała, iż musi coś zrobić, więc podjęła pracę w warszawskim biurze. Na szczęście w towarzystwie miał jej synek swego dziadka, Stefana, który nie tylko pomagał przy dziecku, ale dorzucał też trochę gotówki sto­złotych na tygodniowy budżet.

No cóż, trzeba działać, Leszku. Idź do pracy, a ja i dziadek się zaopiekujemy powiedział Stefan, otwierając szeroko ramiona. Jadwiga odetchnęła z ulgą, ale w sercu tliła się nieco zazdrość chłopiec był przywiązany do dziadka, a ona spędzała długie godziny w biurze, nie mając już czasu dla niego.

Pewnego poranka, gdy Jadwiga pakowała się do wyjścia, Leszek podskoczył z niecodzienną energią i zawołał:
Dziadku, chodźmy dziś po grzyby, co wy na to?
Jadwiga odwróciła się do Stefana:
Dziadku, naprawdę? Gdzie zamierzacie?
Do Borówki, słyszałem, iż tam rosną borowiki odparł Stefan, z uśmiechem podnosząc kapelusz.
Dziadek od lat był zapalonym grzybiarzem i wędkarzem, a od najmłodszych lat wciągał Leszka w swoje pasje. Jadwiga, nie mając nic przeciwko, tylko poprosiła:
Nie wracajcie za późno, dobrze?
A jak do późna, to wrócimy z dwoma wiaderkami po borowiki, prawda Leszku? mrugnął Stefan.

Do Borówki dojechali autobusem, a potem przeszli pieszo. Las zaczynał się zaraz po wyjściu z miasta, więc choćby siedmioletni Leszek nie miał problemu, by dotrzeć na skraj drzew.

Kiedy jeszcze nie weszli głęboko w las, podjechał samochód. Z okna wyjrzał mężczyzna w kapeluszu.
Cześć, Stasiek! Gdzie się wybierasz, znów po grzyby?
Kierowcą był stary znajomy Stefana, Antoni, który od lat jeździł po okolicach. Stefan odpowiedział:
Słyszałem, iż borowiki już nie ma w Borówce, wyciągnięte wszystkie. Pochodzą z Turskiej Puszczy, tam właśnie jadę. Chcesz podwieźć?
Gdybyś nie miał nic przeciwko poprosił Leszek.
Antoni zostawił ich przy skraju Turskiej Puszczy i umówił się, iż wrócą tymi samymi autostopowcami. jeżeli nie uda się, zadzwonią, a on przyjedzie po nich.

Leszek z entuzjazmem wędrował po lesie, słuchając dziadka, który cierpliwie odpowiadał na każde pytanie chłopca. Dla Leszka Stefan był niekwestionowanym bohaterem, który znał się na wszystkim.

Grzybów było pod dostatkiem. Zafascynowani, zeszli coraz głębiej, kiedy nagle dziadek, machając nieforemnie rękami, upadł na ziemię. Leszek najpierw nie przestraszył się. Podszedł do Stefana:
Dziadku, się potknąłeś?
Dziadek nie odpowiedział, nie poruszał się. Chłopiec poczuł strach, podniósł go na plecy i próbował potrząsnąć, ale Stefan nie reagował. Leszek wył:
Dziadku, wstawaj! Co się stało? Proszę, wstawaj!

Wieczorem Jadwiga wróciła do domu i nie znalazła syna ani dziadka. Zadzwoniła, ale sygnał nie dochodził. Gdzie się podziali w lesie? pomyślała, czując rosnący niepokój.

Po godzinie strach przerodził się w panikę, a po dwóch Jadwiga stała przed komendą, walcząc o uwagę dyżurnego. Ten, zaskoczony historią chłopiec z dziadkiem w lesie, nie wrócili, natychmiast wezwał wolontariuszy.

Wolontariusze ruszyli błyskawicznie. Nie minęły dwie godziny, kiedy pierwsza grupa wraz z Jadwigą, nie chcąc czekać w domu, i kilkoma policjantami, rozpoczęła przeszukiwanie Puszczy Borówki.

Leszek płakał, patrząc na leżącego dziadka. Sam do siebie rzekł:
Zachowaj spokój, mały. Co nauczył cię dziadek? Nie panikować w trudnych chwilach. Weź się w garść!
Chłopiec poklepał się po policzkach, co pomogło mu powstrzymać łzy.
Muszę sprawdzić, czy dziadek oddycha pomyślał. To go najbardziej przerażało czy naprawdę nie oddycha?

Pokonawszy strach, położył głowę na klatce piersiowej Stefana. Klatka lekko podnosiła się i opadała.
Oddycha! z ulgą krzyknął. Trzeba było tylko poczekać, aż się otrząsie.

Leszek usiadł i czekał, najpierw próbując zadzwonić do mamy, ale nie było zasięgu. Czekał więc w ciszy, aż zapadł zmrok.

Wspominając wszystko, co dziadek mówił o przetrwaniu w lesie, Leszek wyciągnął zapalniczkę z plecaka. Zgodnie z zasadami, zebrał suche gałązki i rozniecił ogień. Nie od razu, ale w końcu płomień zabłysł.
Teraz musimy zgromadzić drewna, zanim zapadnie zupełnie ciemno. Potrzebujemy zapasu na całą noc pomyślał, zbierając gałęzie ze sosen i układając je przy dziadku.
Nie zmarzniesz, dziadku. Ja przyniosę więcej gałęzi, a razem się ogrzejemy zapewnił chłopiec.

Noc była przerażająca. Dźwięki lasu wywoływały u Leszka drżenie, a on przylegał do ciepłego ciała dziadka, przykrywając się kocem z liści. Gdy ogień przygasał, z odwagą wyłaził spod leśnego koca i dorzucał nowe drewno.
Pamiętam, dziadku, ogień nie może zgasnąć. Pamiętam.

Rankiem Leszek wypił trochę herbaty z termosu, a resztę przelał do ust dziadka, podnosząc mu głowę.
Potrzebna woda, nie da się bez niej przetrwać pomyślał.

Niedaleko zobaczyli źródło w lesie. Leszek rozglądał się rozglądając, aż zauważył krzak z czerwonymi jagodami.
To wilcze jagody, nie wolno ich jeść przywołał słowa Stefana. Ale przydadzą się do czegoś innego. Napełniłem termos jagodami i ruszyłem w stronę źródła, zostawiając za sobą szlak z czerwonych kuleczek.

Poszukiwania w Puszczy Borówki trwały już trzeci dzień. Las był przeszukany niejednokrotnie, a kolejni ochotnicy przyjeżdżali ze wsi, słysząc o tragedii. Dziecko i staruszek zniknęli tak, jakby wpadli w głęboki wodospad.

Jadwiga, nieprzespana trzy dni, z czarnymi cieniami pod oczami, biegała między wolontariuszami, błagając, by nie przestawali szukać. Unikała samego lasu, ale strach o syna dodawał jej sił.

Czwartego dnia wolontariusze zaczęli tracić nadzieję. Jeden z nich, zbierając odwagę, podszedł do Jadwigi i rzekł:
Statystyki mówią, iż po trzech dniach szans na odnalezienie żywych maleje. Las już dokładnie przeszukaliśmy. Za lasem jest bagno, może tam powinniśmy zajrzeć.
Nie! wykrzyknęła Jadwiga. Dziadek znał te tereny, nigdy nie poprowadziłby Leszka do bagna! Są żywi, wiem to! Musimy dalej szukać.

Piątego dnia Jadwiga wychodziła z lasu drżąc. Nagle podjechało auto i z niego wysiadł Antoni, znajomy ojca Jadwigi.
Jadwiga, co się tu dzieje? zapytał, patrząc na otaczających ochotników.
Gdy usłyszał historię, jego twarz zbielała.
To prawda, pięć dni temu podwoziłem ich do Turskiej Puszczy.
Tu, przyjdźcie wszyscy! krzyknęła Jadwiga.

Kilka godzin później młody studentochotnik, przemierzając Turską Puszczę, wyczuł dym i podszedł w stronę niegasnącego ogniska. Przy ledwie tlących się płomieniach leżały dwie sylwetki, przykryte kocem.

Aluś! zawołał cicho, nie wierząc w cud.
Jedna z postaci, chłopak, ruszyła się lekko.
Szukaliście nas długo. Dziadek już kilka razy się otworzył, dałem mu wody i chleba. Żyje, tylko nieprzytomny powiedział Leszek słabym głosem.
Zamglona matka przytuliła syna, patrząc, jak ratownicy otaczają starszego mężczyznę.

Dziadku, proszę, żyj, potrzebuję cię! Masz jeszcze tyle do nauczenia mnie szepnął Leszek, trzymając dziadka za rękę.

Idź do oryginalnego materiału