Nazywam się Bronisław Wach, mam sześćdziesiąt jeden lat i od trzydziestu trzech prowadzę przystań kajakową nad jeziorem Kacper pod Tucholą. Znam tę wodę lepiej niż własne podwórko — wiem, gdzie dno się zapada, gdzie po burzy robi się mętno jak w kawie z mlekiem, i wiem, iż w sierpniu, kiedy sinice pokrywają taflę zielonym kożuchem, nurek pod wodą nie widzi własnej dłoni. Dlatego to, co zobaczyłem tamtego wtorku, zapamiętam do końca życia, choć nie jestem człowiekiem, którego łatwo czymkolwiek zaskoczyć.
Ósmego dnia poszukiwań przyjechał niebieski bus straży pożarnej z Bydgoszczy, a za nim mniejszy, cywilny samochód z przyczepką. Z przyczepki wysiadła kobieta w gumowych spodniach po pas, a obok niej, na smyczy, coś, co z daleka wziąłem za dużego, mokrego psa. Dopiero z bliska zobaczyłem pyszczek, wąsy jak u kota i łapki z błoną — to była wydra. Nazywała się Fabi, miała cztery lata, a przewodniczka, pani Renata Sowa, opowiedziała mi później przy termosie z kawą, iż sprowadziła ją specjalnie z ośrodka pod Poznaniem, bo w Polsce takich zwierząt do pracy przeszkolono raptem kilka.
Szukano wtedy dwudziestodwuletniego Kuby Malinowskiego, studenta z Bydgoszczy, który osiem dni wcześniej wypłynął kajakiem po zmierzchu, sam, bez kamizelki — jego rodzice byli na miejscu od pierwszego dnia, matka siedziała na składanym krześle pod moim magazynem sprzętu i nie odzywała się prawie wcale. Nurkowie z Bydgoszczy schodzili codziennie, po czterdzieści minut na zmianę, bo głębiej niż pięć metrów widoczność spadała do dwudziestu centymetrów. Wracali z niczym. Jeden z nich, młody chłopak imieniem Damian, powiedział mi wtedy, iż po takim czasie w wodzie szuka się już nie człowieka, tylko czegokolwiek, co pomoże zamknąć sprawę.
Ja stałem z boku, bo to nie moja rola, ale prom z termosami woziłem im codziennie, więc widziałem wszystko. Pani Sowa wypuściła Fabi z pomostu przy trzeciej zatoce, tam gdzie dno schodzi stromo w dół. Wydra weszła do wody bez pluskania, prawie bez śladu, i przez chwilę widać było tylko czubek jej głowy sunący po powierzchni jak patyk niesiony prądem. Zniknęła. Wypłynęła po jakichś dziewięćdziesięciu sekundach jakieś trzydzieści metrów dalej, obróciła się w miejscu i zaczęła krążyć, węsząc powietrze tuż nad wodą.
— Ona łapie zapach z pęcherzyków — wytłumaczyła mi Renata, nie odrywając oczu od zwierzęcia. — Gazy z rozkładu wychodzą na powierzchnię, zanim my cokolwiek zobaczymy. Ona to czuje wcześniej niż jakikolwiek sonar.
Nie do końca wtedy zrozumiałem, o co chodzi z tymi pęcherzykami, ale zapamiętałem, bo brzmiało to jak coś z filmu przyrodniczego, a nie z akcji ratunkowej nad naszym borowieckim jeziorem. Fabi krążyła jeszcze z pięć minut, potem zawróciła w stronę pomostu, wdrapała się na deski, otrząsnęła i usiadła przy nogach przewodniczki — tak jakby zgłaszała, iż skończyła swoją część roboty. Renata popatrzyła na kierownika grupy nurkowej i pokazała ręką w kierunku trzeciej zatoki, jakieś trzydzieści metrów od miejsca, gdzie zaczęła krążyć — dokładnie tam, gdzie wcześniej zniknęła pod wodą.
Nurkowie zeszli tam o czternastej trzydzieści. Wrócili po jedenastu minutach, o czternastej czterdzieści jeden. Nie musieli mi nic mówić — po samym sposobie, w jaki szli w stronę rodziców Kuby, wiedziałem, iż to koniec poszukiwań. Matka wstała z krzesła sama, zanim ktokolwiek do niej podszedł.
Dowiedziałem się później od Renaty, iż Fabi brała udział już w ponad dwudziestu takich akcjach w różnych częściach kraju i pomogła zawęzić poszukiwania w czterech przypadkach, licząc ten nad naszym jeziorem. Nie zawsze się udaje — powiedziała mi wprost, popijając kawę z mojego termosu, iż są jeziora, gdzie prąd rozprasza zapach zbyt gwałtownie i wydra wraca z niczym. Ale tam, gdzie woda stoi w miarę spokojnie, jak nasza zatoka pod skarpą, potrafi zawęzić obszar poszukiwań z kilku hektarów do kilkunastu metrów w niecałe pół godziny — coś, na co ekipa z sonarem boczno-skanującym potrzebowałaby czasem całego dnia.
Formalności przy brzegu ciągnęły się jeszcze przez dobrą godzinę. Dopiero koło szesnastej trzydzieści przyczepka z klatką dla Fabi zniknęła za zakrętem koło sklepu spożywczego, a chwilę po niej odjechał niebieski bus straży pożarnej z Bydgoszczy. Ja zamknąłem przystań o swojej zwykłej porze, siedemnastej, tak jak co dzień od lat. Zostawiłem sobie tylko jedno zdjęcie z telefonu — zrobione bez zastanowienia, gdy wydra siedziała mokra na pomostku i strzepywała wodę z wąsów, zupełnie nieświadoma tego, co przed chwilą zrobiła dla dwojga ludzi, którzy czekali osiem dni, żeby przestać czekać.

4 godzin temu



