Wstyd, wszyscy już mają posprzątane ogródki, a u nas jak cierń w oku. Sami byśmy się tym zajęli, ale mnie złapał artretyzm, a mamę skręciło w krzyżu.

14 godzin temu

Wiesz, trochę mi wstyd, bo wszyscy w okolicy już dawno ogarnęli swoje ogródki, a u nas, jak u dziada, wszystko jeszcze leży. My byśmy może i zrobili, ale mnie ostatnio reumatyzm łapie, a mamie plecy kompletnie odmawiają posłuszeństwa.

No więc, Paweł, po co przyszedłem tata przyszedł, czapkę w rękach gniotąc może byście nam z mamą pomogli ziemniaki powykopywać? Wstyd, wszyscy już mają spokój, tylko u nas jeszcze wszystko czeka. Sami byśmy ruszyli, ale widzisz jak jest, mnie wszystko łamie, a mama ledwo chodzi.

Paweł właśnie buty zakłada, burknął:
A po co Wam tego tyle? Przecież nie głodujemy. A dzisiaj, tato, nie mogę, jadę do miasta załatwić sprawy.

Tata już chciał burknąć coś ostrzejszego, ale machnął ręką, wyszedł i na podwórku złapał widły, a potem kuśtykając ruszył na ogród.

Jadwiga, co właśnie owinęła bolące plecy ciepłą chustą, podreptała za nim:
No i co, Władku, przyjadą dzieci?

On warknął:
A pewnie. Bierz wiadro i zbieraj ziemniaki. Wychowaliśmy piątkę, a nikomu rąk nie starczy, żeby rodzicom pomóc. Rusz się, stara. Do wieczora to chociaż trochę zdziałamy.

W tym czasie Iza, żona Pawła, przemawiała mu do rozumu:
Naprawdę jesteście tacy? Wszystko tylko dla siebie, choćby rodzicom ręki nie podać. Wstyd normalnie. Gdyby moja mama jeszcze żyła, poleciałabym jak na skrzydłach i łezka jej poleciała.

Paweł przytulił żonę:
Masz rację, słabo to wygląda. Mieszkamy niby blisko, a zbieramy się raz w roku. Dobra, zrobię sobie wolne w pracy. Ty zadzwoń do reszty.

Iza siadła z notesem i od razu do telefonu:
Jak nie możecie? Praca? Wszyscy pracujemy. Weźcie urlop, nie wstyd? Starzy się męczą, a Wam się nie chce ruszyć. A jak nie macie z kim dzieci zostawić, to weźcie ze sobą! Na świeżym powietrzu lepiej niż siedzieć z tabletem na kanapie. Liczymy na Was!

Raz tłumaczeniem, raz lekkim szantażem, wszystkich namówiła.

W tym czasie dziadek Władek usiadł na chwilę.
Oj, Jadzia, to chyba do mrozów będziemy te kartofle kopać. Po co nam tego tyle? A Ty zawsze: “A co, jak dzieciom zabraknie?” A gdzie Twoje dzieci? Palcem kijka nie tkną! A kiedyś, pamiętasz? Wszyscy się zbierali, do obiadu było po robocie. Ehh, to były czasy…

Jadwiga nagle zamyśliła się:
Słyszysz, Władku, ktoś chyba zajechał pod bramkę? Idź zobacz.

Władek powoli podreptał do bramy. Stamtąd już tylko śmiech, krzyki. Jadwiga, trzymając się za plecy, podążyła na hałas.

O rany! Ile ludzi! I dzieciaki, i wnuki! Co za radość.

No dawaj tato, pokaż gdzie tu masz łopaty, widły, wiadra! Paweł zarządził.

Ojciec przez łzy, trochę zgryźliwie, rzucił:
Tam gdzie zawsze. Co, nie pamiętasz?

I się zaczęło. Jedni kopią, drudzy zbierają, reszta nosi ziemniaki pod wiatę do suszenia. Babcię Jadzię wysłali do domu.

Synowe rękawy zakasały, żeby potem wszystkich dobrze nakarmić. Ale babci Jadzi nie usiedzi się w domu tu pokaże, tam poprawi. Bez jej oka nic się nie obędzie!

A w polu same śmiechy:
Pamiętasz, Paweł, jak mi w dzieciństwie ziemniakiem w czoło rzuciłeś? Masz za swoje! śmieje się Bartek.

Dziadek półżartem mruczy:
Co to się porobiło, bawią się jak dzieci, a już dorosłe chłopy.

Udało się! Ogród wykopany, łęty zgrabione w kupkę, ziemniaki pod wiatą. Czas coś przekąsić.

Zastawili wielki stół na dworze. Wesoło, wspomnienia same wracają.

Jadwiga co chwila ociera łzę. Dobre mamy dzieci. Sąsiadki przechodzą obok, pozdrawiają grzecznie, chwalą, a niektóre ze smutkiem wspominają własnych, którzy się nie pojawiają.

Iza cicho pyta Pawła:
I co powiedziałeś w pracy?

Objął ją:
Powiedziałem prawdę, iż rodzice potrzebują pomocy. Od razu puścili, mówią rodzicom pomóc to święta sprawa.

Wiesz, tak na co dzień gwałtownie zapominamy, iż nasi rodzice czasem się krępują prosić czy nalegać na pomoc, ale zawsze się cieszą, kiedy jesteśmy razem. Dbajmy o nich bo wystarczy naprawdę niewiele, żeby zrobić im dzień!

Idź do oryginalnego materiału