Wstyd jakiś, u wszystkich już porządek w ogrodzie, tylko u nas wszystko jak na widelcu. Sami byśmy zrobili, ale mnie reumatyzm chwycił, a Jadwidze kręgosłup dokucza.
Staszek, ściskając czapkę w dłoniach, stanął w kuchni:
Może, Krysiu, pomożecie nam z matką ziemniaki wykopać? U wszystkich już czysto, tylko nasze pole jeszcze nie ruszone. Sami byśmy to ogarnęli, ale ręka mnie boli, a matkę w plecach łupie.
Staszek, zakładając kalosze, mruknął:
Po co tyle sadzicie? Przecież głodu nie cierpicie. Dziś nie mogę, tato, do powiatu muszę jechać.
Ojciec chciał coś dosadnie odpowiedzieć, ale machnął tylko ręką i wyszedł. Przed domem złapał widły i kuśtykając, ruszył w stronę ogrodu.
Jadwiga, przewiązana grubą chustą, pospieszyła za nim.
No i co, Stanisławie, dzieci nam pomogą?
Warknął zmęczonym głosem:
Akurat, czekaj. Bierz wiadro i zbieraj. Pięcioro dzieci się doczekaliśmy, a nikomu się nie chce pomóc starym rodzicom. Rusz się, kobieto, chociaż trochę do wieczora zrobimy.
Tymczasem Brygida, żona Staszka, czyniła mu wyrzuty:
Co z waszej rodziny za gatunek. Wszystko dla siebie, osobno, rodzicom nie pomóc. To dopiero wstyd Gdyby moi żyli, na skrzydłach bym do nich leciała łzy stanęły jej w oczach.
Staszek objął żonę:
Masz rację, nieładnie to wyszło. Przecież mieszkamy niedaleko, a widujemy się rzadko. Zróbmy tak: ja wezmę urlop, a ty obdzwoń resztę.
Brygida usiadła przy stole i otworzyła notes.
Jak to nie możecie? Praca? Każdy ją ma. Weźcie wolne, rodzice sami nie poradzą. Dzieci nie macie z kim zostawić? Weźcie ze sobą, niech na dworze pobiegają, lepsze to niż siedzenie z tabletem. Wszystkich czekamy!
Czasem tłumacząc, czasem grożąc, przekonała Brygida wszystkich.
Starsi tymczasem szaleli z bólu i zmęczenia.
No Jadwigo, do śniegu będziemy kopać te kartofle. Po co tyle? A ty zawsze: A co, jak dzieciom zabraknie. Gdzie te twoje dzieci, palcem nie kiwną. Kiedyś razem się schodzili, do obiadu pole ogarniali. To były czasy…
Jadwiga się rozgląda:
Słyszysz, Stachu, ktoś autem podjeżdża? Idź, zobacz.
Stanisław powłóczył do bramy. Zaraz stamtąd śmiech i krzyki. Jadwiga, przytrzymując bolące plecy, pokuśtykała na podwórze.
Matko Boska! Ile was tu! I dzieci, i wnuki! euforia nie do opisania.
No, tato, dawaj szpadle, grabie i widły, pokaż gdzie co masz! Staszek przejął dowodzenie.
Stanisław, łamiącym się głosem, aż krzyknął:
Wszystko na miejscu. Tak gwałtownie zapomniałeś?
Zaczęło się. Jedni kopią, drudzy zbierają, ktoś ziemniaki pod dach do suszenia znosi. Jadwigę oddelegowali do domu.
Synowe rękawy podwinęły, by potem wszystkich suto nakarmić. Ale Jadwidze się nie leży tam podpowie, tu pokaże. Jak bez jej oka, to żaden gospodarz.
Na polu dzieci śmieją się i żartują.
A pamiętasz, Staszek, jak za dzieciaka rzuciłeś mi kartoflem w czoło? To masz za swoje! śmieje się Janek.
Dziadek pokrzykuje półżartem:
Po co te żarty? Dorosłe konie, a durnują jak chłopaki ze szkoły.
Na końcu wszystko wykopali, łęty zgrabnie ułożyli na kupie, ziemniaki pod daszkiem. Nadszedł czas na posiłek.
Na podwórku rozłożyli wielki stół. Atmosfera wesoła, wspominają dzieciństwo.
Jadwiga ukradkiem ściera łzę. Dobre ma dzieci. Sąsiedzi zaglądają przez płot, grzecznie się kłaniają, chwalą rodzinę. Ktoś z melancholią wspomni swoje dzieci, co rzadko przyjeżdżają.
Brygida szepcze do męża:
I co powiedziałeś w pracy?
Objął ją za ramiona:
Powiedziałem, iż rodzice potrzebują pomocy. Od razu puścili, mówią rodzicom pomóc, to święta sprawa.
Pamiętajcie codzienność potrafi zająć każdą godzinę, ale nie zapominajcie o rodzicach. Czasem wstydzą się prosić, czasem wolą przemilczeć, ale zawsze będą najszczęśliwsi, gdy spotka się cała rodzina.

14 godzin temu







