Wstyd po prostu, wszyscy wokół już mają ogarnięte ogródki, a u nas jak gdyby sól w oku. Sami byśmy to zrobili, ale mnie złapał artretyzm, a mamę rozbolały plecy.

12 godzin temu

Wstyd jakiś, wszędzie wkoło już uporządkowane ogródki, a nasz jakby sól w oku. Sami byśmy się za to zabrali, ale mój artretyzm nie daje żyć, a mamie plecy dokuczają.

Przyszedł ojciec, ściskając w rękach czapkę:

Mateusz, może byście nam z mamą pomogli wykopać ziemniaki? Wstyd taki, wszyscy już mają zrobione, tylko nasz ogród jeszcze dziurawy. Sami byśmy chcieli, ale mnie bolą stawy, a mamę plecy znowu złapały.

Mateusz, naciągając kalosze, mruknął pod nosem:

Ileż tej kartofli sadzicie? Przecież głodni nie chodzicie. Dziś nie mogę, ojcze, jadę do powiatu.

Chciał ojciec coś ostrego odpowiedzieć, ale machnął ręką i wyszedł. Na podwórku złapał widły i kulejąc powlókł się do ogrodu.

Stefania, przewiązana wełnianą chustą, pospieszyła za nim:

No i co, Janie, dzieci ci pomogą?

Warknął:

Eee, poczekaj sobie. Bierz wiadro, zbieraj ziemniaki. Urodziliśmy piątkę, każdemu nie po drodze do pomocy rodzicom. Rusz się, stara. Chociaż trochę zdążymy do wieczora.

A tymczasem Elżbieta, żona Mateusza, robiła mu wyrzuty:

Co to za obyczaje… Każdy dla siebie, rodzicom choćby nikt nie pomoże. Wstyd. Gdyby moi jeszcze żyli, pobiegłabym na skrzydłach szepnęła, pociągając nosem.

Mateusz objął żonę:

Naprawdę, niezręcznie wyszło. Mieszkamy niedaleko, od święta się widujemy. Zróbmy tak ja wezmę na pracy dzień wolny, a ty obdzwonisz resztę.

Elżbieta usiadła i otworzyła telefon:

Jak nie możecie? Praca? Każdy pracuje! Dzień wolny można wziąć. Nie wstyd wam, rodzice się mordują, a wam się nie chce ruszyć? Dzieci nie macie z kim zostawić? Zabierzcie ze sobą, w ogrodzie lepiej niż przed tabletem. Czekamy na was!

Między prośbami a groźbami, Elżbieta każdego przekonała.

Tymczasem dziadek Jan przysiadł na ławce, żeby odetchnąć.

No, Stefciu, do śniegu będziemy te ziemniaki kopać. I po co tyle sadziliśmy? Zawsze się bałaś, iż dzieciom nie starczy. A gdzie są twoje dzieci? Palcem nie kiwną. Pamiętasz, jak kiedyś cała rodzina razem szła do roboty, przed obiadem już wszystko było gotowe. Eh, to były czasy…

Stefania nadstawiała ucha:

Słyszysz, dziadku, chyba ktoś podjechał? Idź, zobacz.

Jan powoli podreptał w stronę bramy. Zaraz rozległ się śmiech i wrzawa. Stefania, podpierając się rękoma w kręgosłup, ruszyła na hałas.

Matko Boska, ile ludzi! I dzieci przyjechały, i wnuki. Jaka radość.

No, tato, gdzie masz łopaty i widły? rozkomenderował Mateusz.

Ojcze, tłumiąc łzę wzruszenia, burknął:

Wszystko na miejscu, zapomnieliście już?

I się zaczęło. Jedni kopią, drudzy zbierają, ziemniaki pod wiatę do suszenia niosą. Stefanię wysłali do domu. Synowe zakasały rękawy, zaraz coś ugotują, żeby wszystkich nakarmić, ale Steni nosi nie pozwala długo siedzieć bezczynnie tu pokaże, tam doradzi, bo jak ogród bez gospodarza?

Na ogrodzie wesoło.

Pamiętasz, Mateusz, jak mi w dzieciństwie kartofla w czoło rzuciłeś? Masz teraz za swoje, śmieje się Szymon.

Dziadek przez zęby burczy z radością:

Ilo lat, a dalej dzieciaki z was…

Hurra! ogródek okopany, haulm w kopce ułożone, ziemniaki pod dachem. Czas coś zjeść.

Duży stół na podwórku, śmiechy, wspomnienia z dzieciństwa.

Stefania dyskretnie łzę ociera. Dobre dzieci. Sąsiedzi przechodzą, pozdrawiają. Chwalą, ktoś westchnie, iż jego dzieci rzadko przyjeżdżają.

Elżbietka po cichu pyta Mateusza:

To co, co powiedziałeś w pracy?

Objął ją za ramiona:

Powiedziałem, iż rodzicom trzeba pomóc. Od razu puścili, bo pomoc rodzicom to świętość.

Między codziennymi sprawami nie zapominajmy o rodzicach oni czasem wstydzą się poprosić, nie chcą nalegać, a zawsze się ucieszą z obecności dzieci!

Idź do oryginalnego materiału