Wstyd po prostu, wszyscy już mają ogrody uporządkowane, a u nas jak cierń w oku. Zrobilibyśmy to sami, ale mnie złapał artretyzm, a mamę strasznie rozbolały plecy

polregion.pl 12 godzin temu

Wstyd jakiś, u wszystkich już ogród ogarnięty, a u nas jak cierń w oku. Sami byśmy zrobili. Tylko mnie reumatyzm chwycił, a żonę kręgosłup boli.

Czesiek, po co przyszedłem ojciec miętosił czapkę w rękach może pomożecie nam z matką wykopać ziemniaki? Wstyd taki, wszyscy już załatwili ogród, a u nas jeszcze wszystko leży. Sami byśmy dali radę, ale mnie stawy skręcają, a matkę plecy bolą.

Czesiek, zakładając gumowca, mruknął:

No i po co tyle tej kartofli sadzicie? Głodni chyba nie chodzicie. Dziś, tato, nie dam rady, bo muszę jechać do powiatu.

Ojciec chciał już coś ostrzej odpowiedzieć, ale machnął ręką i wyszedł.
Na podwórku złapał za widły i kulejąc ruszył w stronę ogrodu.

Zosia, owinąwszy sobie bolące plecy wełnianą chustą, pospieszyła obok.

Miśku, myślisz, iż dzieci przyjadą?

Burknął gniewnie:

Tak, jasne. Bierz wiadro i zbieraj kartofle. Piątkę dzieci spłodziliśmy, a pomóc rodzicom nikomu nie po drodze. Rusz się, stara. Do wieczora może trochę zrobimy.

Tymczasem Halinka, żona Czesława, robiła mu wymówki:

No, co z was za pokolenie? Wszystko dla siebie, każdy osobno, a rodzicom nikt pomóc nie może. Wstyd. Gdyby moi byli żywi, to poleciałabym na skrzydłach zaszlochała.

Czesław objął żonę:

Masz rację, niefajnie wyszło. Przecież mieszkamy niedaleko, a rzadko się zbieramy. Zróbmy tak ja wezmę wolne w pracy, a ty zadzwonisz do reszty.

Halinka siadła do telefonu i otworzyła notes.

Jak nie możecie? Praca? Każdy ją ma. Bierzcie wolne. Nie wstyd wam, starzy się męczą, a wy leniuchujecie? Dzieci nie ma z kim zostawić? Zabierzcie ze sobą. Na wsi lepiej niż przed tabletem na kanapie. Czekamy!

Gdzie łagodnie, gdzie groźbą, przekonała wszystkich.

W tym czasie dziadek Michał przysiadł, żeby odsapnąć.

No, Zośko, chyba do zimy będziemy kopać te kartofle. Po co tyle sadziłaś? A ty zawsze swoje: A jeżeli dzieciom zabraknie. A gdzie twoje dzieci? Palcem kiwnąć nie chcą. A kiedyś pamiętasz? Zbiorą się wszyscy, do obiadu wszystko wykopane. Eh, to były czasy

Zosia nadstawiła ucha:

Słyszysz, Michał, ktoś podjechał? Idź, zobacz.

Michał pokulał się w stronę furtki. Odegła się śmiech, wrzawa. Zośka, trzymając się za bolące plecy, ruszyła za hałasem.

Jezu! Ile ludzi. I dzieci przyjechały, i wnuki. Co za radość.

No, tato, pokazuj, gdzie masz łopaty, widły, wiadra? dowodził Czesław.

Ojciec tłumiąc łzy, szorstko odpowiedział:

Na swoim miejscu. Wszystko zapomniałeś?

I zaczęło się. Ktoś kopie, ktoś zbiera, ktoś ziemniaki pod wiatę na suszenie nosi. Zosię odesłali do domu.

Synowe podwinęły rękawy, żeby potem wszystkich dobrze nakarmić. Ale Zośka nie usiedzi.

Tu pokaże, tam podpowie. Bez gospodarskiego oka ani rusz.
A w ogrodzie śmiech i zabawa.

Pamiętasz, Czesiek, jak w dzieciństwie rzuciłeś mi ziemniakiem w czoło? To masz rewanż śmiał się Stasiek.

Dziadek tylko burknął żartobliwie:

Co wam się zebrało, na wygłupy? Sami swoje lata już macie, a zachowujecie się jak dzieci.

Hurra! Ogród przekopany, liście złożone w kupę, ziemniaki pod dachem. Czas na przekąskę.

Zastawili duży stół na podwórku. Wesoło. Wspominają czasy dzieciństwa.

Zośka nie raz, nie dwa, ukradkiem łzę otarła. Dobre dzieci. Sąsiedzi przechodzą, kiwają życzliwie głowami, chwalą. Ktoś ze smutkiem wspomina swoich, iż dawno nie przyjeżdżają.

Halinka cicho spytała Czesława:

A co powiedziałeś w pracy?

Objął ją za ramiona:

Powiedziałem, iż rodzicom trzeba pomóc. Od razu pozwolili, mówią, iż rodzicom pomagać to święty obowiązek.

Wśród codziennych spraw nie zapominajcie o rodzicach czasem wstydzą się prosić o pomoc, ale zawsze cieszą się, gdy dzieci są obok.

Idź do oryginalnego materiału