Wstyd jakiś, wszyscy mają już ogarnięte działki, a u nas jak pięść do nosa. My byśmy i sami, ale mnie artretyzm ścisnął, a Stasię plecy połamały.
Michaś, wiesz czemu przyszedłem ojciec miętolił czapkę w rękach może byście z matką pomogli nam wykopać ziemniaki? Serio, wstyd przed ludźmi, wszyscy już mają zrobione, tylko u nas jeszcze kartoflisko jak w muzeum archeologicznym. Niby byśmy dali radę, ale moja kość nie ta, a mamie nic lepiej.
Michaś, naciągając kalosz, mruknął pod nosem:
A gdzie wy tyle tego sadzicie? Przecież nie głodujecie. Dzisiaj nie mogę, tato, jadę do powiatu.
Ojciec już chciał coś burknąć ostrzej, ale machnął ręką i wyszedł.
Na podwórku złapał widły i kulejąc powlókł się na pole.
Stasia, przewiązana kolorowym szalem na plecach, ruszyła za nim.
No i co, Janie, przyjdą dzieci?
Zagrzmiał:
Pewnie, siedź i czekaj. Bierz wiadro i zbieraj kartofle. Narobiło się pięcioro, a nikomu nie w głowie pomóc starym. Ruszaj się, babo. Może do wieczora chociaż coś zrobimy.
A tymczasem Irka, żona Michała, maglowała mu głowę:
No naprawdę, co z was za rodzina. Wszystko na raty, tylko dla siebie, rodzicom nie chce się pomóc. Tylko wstyd. Moich rodziców już nie ma, to bym na skrzydłach poleciała rozczuliła się.
Michał przytulił żonę:
No głupio wyszło, nie powiem. Co niby daleko mieszkamy? A widujemy się od święta. Zróbmy tak: jutro biorę wolne, a ty obdzwonisz resztę.
Irka siadła z telefonem i notesikiem.
Jak to nie możecie? Praca? Każdy pracuje. Wolne bierzcie. Nie wstyd wam, iż starzy się zarzynają, a wam się nie chce ruszyć? Dzieciaki nie macie z kim zostawić? Zabierzcie je! Lepiej pokopać w ziemi niż siedzieć z tabletem na kanapie. Czekamy!
Trochę próśb, trochę groźb Irka każdego przekonała.
A tymczasem dziadek Janek usiadł chwilę odpocząć.
No, Stasia, chyba do zimy te kartofle będziemy doić. Po co było tyle sadzić? A Ty zawsze: a co jak dzieciom zabraknie? Gdzie te twoje dzieci? Palcem kiwnąć się nie chcą. Za dawnych czasów to się cała rodzina schodziła, w mig było zrobione! Ech, były czasy
Stasia nadstawiła ucha:
Janek, słyszysz? Ktoś podjechał?
Janek pokuśtykał do furtki. Zaraz śmiech, gwar. Stasia, trzymając się za plecy, poszła sprawdzić, o co chodzi.
O rany! Ile ludzi! I dzieci, i wnuki przyjechały. No, będzie weselej.
No tato, pokaż gdzie łopaty, widły, wiadra! dowodził Michał.
Ojciec, tłumiąc łzę, burknął:
Co, nie wiesz gdzie? Wszystko tam leży!
I się zaczęło. Jeden kopie, drugi zbiera, ktoś nosi ziemniaki pod wiatę. Stasię wysłali do domu.
Synowe już podwijają rękawy, zorganizują ucztę. Ale Stasia nie usiedzi spokojnie.
Tu pokaże, tam dopilnuje. Jak gospodyni nie przypilnuje, to wiadomo, katastrofa.
A na polu wesoło.
Michaś, pamiętasz, jak mi w dzieciństwie rzuciłeś ziemniakiem w czoło? śmieje się Sławek Dawaj, rewanż!
Stary Janek żartobliwie pomrukuje:
No pięknie, w waszym wieku, a wygłupy jakbyście dalej mieli po dwanaście lat.
Hurra! Kartofle wykopane, nać zgrabiona w sterty, bulwy pod wiatą. Pora na przerwę.
Stół w ogrodzie się uginał od jedzenia. Wesoło, wspominają dzieciństwo.
Stasi co chwilę łza się w oku kręci. Dobre dzieci są. Sąsiedzi przechodzą, grzecznie się witają, chwalą, a ktoś tam z tęsknotą myśli, iż jego dzieci to rzadko przyjeżdżają.
Irka szepnęła do Michała:
No i co w pracy powiedziałeś?
Objął ją za ramiona:
Powiedziałem jak jest: rodzicom trzeba pomóc. Szef od razu puścił, mówi, iż to święta sprawa.
W codziennym zabieganiu nie zapominajcie o rodzicach. Oni czasem wstydzą się poprosić o pomoc, ale zawsze będą szczęśliwi, kiedy wpadniecie z wizytą całą rodziną!

11 godzin temu







