Wstyd jakiś, wszyscy już dawno mają ogarnięte ogródki, a u nas jakby trawa po pas. Sami byśmy się wzięli, ale mnie kręgosłup łupie, a ojca stawy nie puszczają.
Mateusz, przyszedłem poprosić ojciec kręcił czapkę w rękach może pomoglibyście z mamą wykopać ziemniaki? Wstyd taki, wszyscy już zrobili, tylko u nas sterty zostają. Sami byśmy, ale zdrowie nie pozwala.
Mateusz, naciągając kalosze, mruknął tylko:
Oj, po co wam tyle tej kartofli? Głodni przecież nie chodzicie. Dzisiaj, tato, nie dam rady, jadę do miasta, sprawę mam w powiecie.
Ojciec już miał odpowiedzieć coś ostrzejszego, ale tylko wzruszył ramionami i wyszedł. Na podwórku złapał widły i kulejąc ruszył na ogródek.
Jadwiga, opatulona chustą, z wyraźnie bolącymi plecami, pośpieszyła za nim.
I co, Stanisławie, dzieci przyjadą?
Warknął:
Taak, czekaj sobie. Weź wiaderko i zbieraj ziemniaki. Pięcioro ich wychowaliśmy, a żadnemu nie wstyd, iż starzy się męczą. Rusz się, stara, do wieczora może choć trochę pójdzie.
Tymczasem Grażyna, żona Mateusza, nie wytrzymała:
Co to za obyczaje? Wszystko po swojemu, tylko dla siebie, a rodzicom kto pomoże? Bez wstydu normalnie. Moich już nie ma, ja bym poleciała choćby i na skrzydłach uroniła łzę.
Mateusz przytulił żonę:
Prawda, głupio wyszło. Mieszkamy niby blisko, a spotykamy się raz na ruski rok. Zróbmy tak ja wezmę wolne w pracy, a ty obdzwonisz resztę rodzeństwa.
Grażyna zasiadła przy telefonie, zajrzała do notesu.
Jak to nie możecie? Praca? Każdy ją ma, wolne się należy. Nie wstyd wam, iż rodzice się szarpią, a wam się nie chce ruszyć? Dzieci nie macie z kim zostawić? To przywieźcie ze sobą niech powietrzem pooddychają, zamiast ślipić w ekran. Czekamy!
Trochę groźbą, trochę prośbą przekonała wszystkich.
W tym czasie dziadek Stanisław przysiadł na ławce.
Jadwigo, chyba do śniegu będziemy te ziemniaki kopać. Po co tyle sadzić? A ty zawsze a jak dzieciom zabraknie. Gdzie dziś twoje dzieci? Nie chcą palcem kiwnąć. A pamiętasz, kiedyś? Pomagali razem, do pół dnia robota z głowy. Ech, były czasy
Jadwiga nastawiła ucha:
Słyszysz, ktoś podjechał? Idź zobacz.
Stanisław powlókł się pod bramę. Z podwórza rozległ się śmiech, gwar. Jadwiga sięgnęła po wsparcie i pomaszerowała za głosem.
O rany! Tyle ludzi! I dzieci dojechały, i wnuki. Co za radość!
No, tato, prowadź gdzie tu łopaty, kosze, widły? dowodził Mateusz.
Z trudem tłumiąc łzy, ojciec burknął:
Wszystko na miejscu, chyba nie zapomniałeś.
I ruszyło. Jedni kopią, inni zbierają, ktoś taszczy ziemniaki pod wiatę do suszenia. Jadwigę posłali do kuchni.
Synowe akurat zakasały rękawy później całą rodzinę trzeba będzie nakarmić. Ale Jadwiga nie może usiedzieć tu doradzi, tam podpowie. Bez czułego oka pani domu nic nie przejdzie.
Na ogródku gwar i śmiech.
Pamiętasz, Mateusz, jak mi kiedyś z dzieciństwa kartoflem w czoło rzuciłeś? Zaczekaj śmieje się Andrzej.
Dziadek żartobliwie podsumowuje:
Znowu wam zabawa we łbach. Lata lecą, a wy wciąż jak dzieci.
Hurra! Ogródek ogarnięty, zielsko w pryzmie, ziemniaki pod wiatą. Czas coś przekąsić.
Na podwórku postawili długi stół, gwarno, wesoło, wspominki z dzieciństwa się sypią.
Jadwiga dyskretnie ociera łzę. Dobre dzieci nam się udały. Sąsiedzi przechodzą, kłaniają się grzecznie, chwalą. Ktoś z tęsknotą wspomina swoje wnuki, które rzadko przyjeżdżają.
Grażynka cicho pyta Mateusza:
Co powiedziałeś w pracy?
Szefowi jak jest rodzicom pomoc potrzebna. Od razu dostałem wolne, powiedział, iż pomagać rodzicom to święty obowiązek.
Wśród codziennych spraw pamiętajcie o swoich rodzicach czasem im wstyd prosić czy nalegać o pomoc, ale zawsze cieszą się, gdy rodzina jest razem. Bo żaden ziemniak nie znaczy tyle, co uśmiech i obecność bliskich.








