Wstyd jak stąd do Krakowa, u wszystkich już wypielęgnowany ogródek, a u nas jak wyrzut sumienia. Sami byśmy się tym zajęli, ale mnie złapał artretyzm, a mamę plecy rozłożyły.

13 godzin temu

Wstyd jakiś, wszędzie już posprzątane ogródki, a u nas jak kołek w oku. Sami byśmy się zabrali, ale mnie reumatyzm łapie, a matce kręgosłup dokuczał.

Franek, przestępując z nogi na nogę i obracając czapkę w dłoniach, zwrócił się do syna:

Może pomoglibyście nam z matką wykopać ziemniaki? Wstyd nam, wszędzie już porządek, a u nas nie ruszone jak za dawnych lat. Sami byśmy dali radę, ale mnie stawy bolą, matkę skręciło w plecach

Michał, naciągając kalosze, mruknął niechętnie:

I po co wy tyle tego sadzicie? Przecież nie głodujemy Dzisiaj, tato, nie mogę jadę do powiatu.

Ojciec już chciał coś ostrzej powiedzieć, ale tylko machnął ręką i wyszedł. Na podwórzu złapał widły i kulejąc, poszedł w stronę pola.

Jadwiga, obwiązana ciepłą chustą wokół bolących pleców, podbiegła do niego:

I co, Franek, dzieci przyjdą?

Wykrzyknął gniewnie:

A, doczekaj się! Bierz wiadro i zbieraj kartofle. Pięcioro nastukaliśmy, a żadne nie ma czasu, żeby rodzicom pomóc. Ruszaj się, kobieto. Do wieczora chociaż trochę przejdziemy.

W tym czasie Irenka, żona Michała, czyniła mu wyrzuty:

Co wy za pokolenie Zawsze na swoim, osobno, a rodzicom choćby ziemniaków nie pomóc! Wstyd! Moich rodziców już nie ma, to bym na skrzydłach biegła pomagać żaliła się.

Michał objął ją lekko:

Rzeczywiście, niefajnie wyszło. Przecież mieszkamy niedaleko, a tak rzadko się zbieramy. Zróbmy tak ja skombinuję wolny dzień, ty zadzwonisz do rodzeństwa.

Irenka siadła przy telefonie i otworzyła notes.

Nie możecie? Praca? Każdy pracuje. Załatwiajcie wolne. Nie wstyd wam? Staruszkowie się mordują, a wam ciężko ruszyć się z kanapy? Dzieci nie macie z kim zostawić? Bierzcie je ze sobą na świeżym powietrzu lepsza zabawa niż z tabletem w domu. Czekamy!

Troszkę prośbą, troszkę groźbą, Irenka w końcu wszystkich namówiła.

Tymczasem dziadek Franek opadł na ławkę, żeby odetchnąć.

Powiem ci, Jadwigo, chyba do śniegu te ziemniaki kopać będziemy. I na co nam tyle? Ty zawsze swoje: A co jak dzieciom nie starczy. A gdzie twoje dzieci? Palcem nie kiwną, żeby pomóc. A pamiętasz, kiedyś całą gromadą za jednym zamachem do obiadu już kopczyliśmy. Eh, to były czasy

Jadwiga nastawiła ucha:

Słyszysz, stary, jakby ktoś podjechał? Idź zobacz.

Franek podniósł się z trudem, podszedł do bramki. Zaraz rozległ się śmiech, gwar. Jadwiga, trzymając się za bolące plecy, podeszła do zamieszania.

Jeju, ile ludzi! Dzieci i wnuki przyjechały. Jaka radość!

No, tato, pokazuj gdzie masz łopaty, widły i wiadra! dowodził Michał.

Ojciec ze ściśniętym gardłem, ale udając szorstkość, zawołał:

Wszystko na swoim miejscu. Już zapomniałeś?

Zaraz się zaczęło: ktoś kopie, ktoś zbiera, ktoś ziemniaki pod wiatę nosi. Jadwigę odesłali do domu.

Synowe zakasały rękawy, by potem wszystkich smacznie nakarmić. Ale Jadwiga nie usiedzi

Tu pokaże, tam podpowie bez gospodarskiego oka ani rusz.

Na polu gwar i śmiechy.

Michał, pamiętasz jak mi kiedyś w dzieciństwie ziemniakiem w czoło rzuciłeś? To teraz masz za swoje! zaśmiewał się Szymek.

Dziadek żartobliwie burknął:

Stare konie, a im zabawa w głowie jak smarkaczom.

Hurra! Ogródek wykopany, łęt zgrabiony w kopkę, ziemniaki pod dachem. Czas na poczęstunek.

Przy wielkim stole na podwórzu gwarno i wesoło. Wspominali dawne lata.

Jadwiga co i rusz wyciera ukradkiem łzę. Dobre dzieci. Sąsiedzi przechodzą, pozdrawiają grzecznie, chwalą. Ktoś z tęsknotą przypomina własnych, którzy rzadko przyjeżdżają.

Irenka szepnęła Michałowi:

Co powiedziałeś w pracy?

Objął ją za ramiona:

Powiedziałem jak jest: rodzicom trzeba pomóc. Od razu puścili mówią, iż dla rodziców to rzecz święta.

W codziennym pośpiechu nie zapominajcie o ojcu i matce. Oni czasem wstydzą się poprosić o pomoc, ale zawsze się ucieszą, gdy spędzicie z nimi trochę czasu.

Idź do oryginalnego materiału