Wstyd jakiś, wszyscy już mają działki uporządkowane, a u nas jak drzazga w oku. Sami byśmy dali radę, ale mnie reumatyzm łapie, a żona Zofia z krzyżem ledwo chodzi.
– Wojtku, wiem, z czym przychodzę ojciec przestępował z nogi na nogę, ściskał czapkę w rękach może pomożecie nam z matką ziemniaki wykopać? Wstyd jakiś, wszyscy już dawno po żniwach, tylko u nas klapa. My byśmy sami, ale zdrowie nie pozwala.
Wojtek naciągał gumiak i burknął przez zęby:
Po co wam tyle tych kartofli? Przecież nie głodujecie. Dzisiaj nie mogę, tato, muszę do powiatu jechać.
Ojciec już chciał wybuchnąć, ale tylko machnął ręką i pokuśtykał na podwórko. Chwycił widły i ciężko stąpając poszedł na pole.
Zofia, obwiązana grubym szalem przez bolące plecy, mimo wszystko pośpieszyła za nim.
No i co teraz, Stanisław, dzieci przyjdą?
Warknął:
Tak, czekaj cierpliwie Bierz wiadro i zbieraj, ile dasz radę. Piątka dzieci, a nikomu czasu nie starczy, żeby rodzicom pomóc. Rusz się, stara. Może do wieczora cokolwiek zrobimy.
W tym czasie żona Wojtka, Jagoda, nie dawała mu spokoju:
No co wy za ród taki. Wszystko sami i sami, choćby nie pomożecie rodzicom. Wstyd po prostu. Gdyby moi żyli, to na skrzydłach bym poleciała łza jej się w oku zakręciła.
Wojtek objął ją i przyznał:
Rzeczywiście głupio to wyszło. Przecież mieszkamy niedaleko, a prawie się nie widujemy. Jagoda, zróbmy tak ja wezmę wolne w pracy, a ty obdzwoń resztę.
Jagoda usiadła do telefonu, przeglądając notes.
Co? Nie możecie? Praca? Każdy ją ma. Wolne weźcie. Wstyd po prostu, rodzice się męczą, a wam się nie chce tyłka ruszyć. Dzieci nie macie z kim zostawić? Zabierzcie ze sobą. Na powietrzu lepiej niż z tabletem na kanapie. Czekamy, żadnych wymówek!
Trochę przekonywaniem, trochę groźbami, Jagoda wszystkich skrzyknęła.
Stanisław tymczasem przysiadł, żeby odetchnąć.
No widzisz, Zośka, chyba przyjdzie nam kopać do śniegu tę naszą kartoflę. Po co było tyle sadzić? Ty zawsze: A jak dzieciom zabraknie. A gdzie te twoje dzieci? Palcem nie kiwną. A pamiętasz dawniej? Wszyscy razem, do obiadu już mieliśmy wszystko wykopane. Czasy były
Zofia nasłuchiwała:
Słuchaj, Stanisław, jakby ktoś podjechał. Skocz sprawdź.
Stanisław powlókł się do bramy. A tam już śmiech, okrzyki. Zofia, trzymając się za plecy, poszła zobaczyć.
O rety! Ilu ludzi! I dzieci, i wnuki przyjechały. euforia wielka.
No, tato, gdzie leżą łopaty, widły i wiadra? dowodził Wojtek.
Staruszek łamiącym się głosem, aż łzę otarł, naburmuszony rzucił:
Wszystko na miejscu, co, już nie wiesz?
Zaczęło się. Kto kopie, kto zbiera, kto nosi ziemniaki pod wiatę na suszenie. Zofię wypędzili do domu.
Synowe podwinęły rękawy trzeba potem wszystkich nakarmić. Ale Zofia nie usiedzi.
To tu pokaże, tu podpowie. Jak tu bez gospodarskiego oka.
Na polu gwarno i wesoło.
Pamiętasz, Wojtek, jak w dzieciństwie rzuciłeś mi kartoflem prosto w czoło? wołał Marek.
Staruszek zgryźliwie żartował:
A wy co, zabawa wam się zachciała, dorośli ludzie, a wy jak dzieciaki.
Hurra, wszystko wykopane, na stos ułożone, ziemniaki pod wiatą. Czas na przerwę.
Rozłożyli duży stół na podwórku. Radośnie, wspominają dzieciństwo.
Zofia ukradkiem łzę ociera. Dobre dzieci. Sąsiedzi przechodzą, kłaniają się, chwalą. Niektórzy z żalem wspominają ich dzieci dawno się nie pojawiły.
Jagoda ściszonym głosem spytała Wojtka:
I co w pracy powiedziałeś?
Objął ją mocno:
Powiedziałem, iż rodzicom trzeba pomóc. Od razu zgodzili się u nas rodzina to rzecz święta.
W codziennym biegu nie zapominajmy o rodzicach. Często wstydzą się prosić o pomoc, albo nie chcą narzucać. Ale zawsze cieszą się, gdy jesteśmy razem. Tego dziś się nauczyłem rodzina jest ważniejsza niż wszystko inne.

12 godzin temu







