Wiktor i pies, którego nikt nie chciał

polregion.pl 4 godzin temu

Nazywam się Wiktor Mazurek, mam pięćdziesiąt trzy lata i przez dwadzieścia lat pracowałem jako kierowca autobusu miejskiego w Radomiu. Trasa numer 4, od Dworca Wschodniego po Osiedle Ustronie, w tę i z powrotem, osiem razy dziennie. Mówię to, bo to ważne — człowiek, który cały dzień siedzi za kółkiem i słucha, jak drzwi pneumatyczne syczą na każdym przystanku, wieczorem potrzebuje ciszy. Nie hałasu. Ciszy.

Moja żona, Grażyna, odeszła cztery lata temu. Zawał, w kuchni, przy garnku z rosołem, który się później przypalił, bo nikt go nie zdjął z gazu. Od tamtej pory mieszkam sam, w bloku przy ulicy Wierzbickiej, na czwartym piętrze bez windy. Kolana już nie te, ale schody chodzę, bo lekarz kazał się ruszać.

Do schroniska przy Wośnickiej trafiłem przez sąsiada, Zenka, który namawiał mnie od miesięcy: „Wiktor, wyjdź z domu, poświęć się czemuś, bo zgnijesz przed telewizorem". Nie chciałem brać psa na stałe — to było jasne od początku. Dwie godziny w sobotę, smycz, spacer, powrót do klatki. Bez zobowiązań, bo zobowiązań miałem już dość na całe życie: emeryturę, leki na ciśnienie, wizyty u kardiologa co pół roku.

Pierwszy tydzień dostałem młodego owczarka, który ciągnął mnie tak, iż o mało nie wylądowałem w rowie przy Malczewskiego. Drugi tydzień — jakąś kudłatą sukę, chyba mieszankę z jamnikiem, która szczekała na każdy rower, każdy wózek, każdego gołębia. Trzeci tydzień pani Halina, ta co prowadzi wolontariat, spojrzała na listę i powiedziała:

— Weźcie pan Kruka. Nikt go nie wybiera.

— A czemu?

— Bo stary. Trzynaście lat.

Trzynaście. Pomyślałem sobie: no dobra, przynajmniej nie będzie ciągnął. Otworzyła boks. Pies — czarny, z siwą mordą, jedno ucho postawione, drugie opadnięte — nie rzucił się do drzwi jak inne. Podniósł się z legowiska, podszedł, stanął przy mojej nodze i czekał, aż wezmę smycz.

Wyszliśmy na dwór. Szedł tak, jakby znał tę trasę od zawsze — bez szarpania, bez zatrzymywania się przy każdym słupku. Doszliśmy do skwerku przy kościele św. Teresy, usiadłem na ławce koło automatu z wodą mineralną, ten sam, przy którym zawsze kupowałem gazogenerowaną za dwa złote pięćdziesiąt. Kruk usiadł obok, a potem po prostu położył łeb na moim kolanie. Nie skomlał, nie prosił o nic. Leżał.

Siedzieliśmy tak z kwadrans. Obok przeszła kobieta z wózkiem, potem chłopak na hulajnodze, potem ksiądz w sutannie, który skinął głową w moją stronę. Kruk się nie ruszył.

Odprowadziłem go z powrotem, oddałem smycz pani Halinie.

— Dziękuję panu — powiedziała.

— Do zobaczenia — odparłem i wyszedłem.

Tej nocy nie mogłem zasnąć. Nie z powodu jakiegoś dramatu, po prostu leżałem i myślałem o tym łbie na kolanie, o tym, iż pies mnie w ogóle nie znał, a zachowywał się tak, jakby wiedział, iż akurat ja potrzebuję kogoś obok. Wstałem, zrobiłem sobie herbatę, siedziałem przy oknie i patrzyłem na parking, na którym stał mój stary passat, zakurzony, bo od miesiąca nigdzie nim nie jeździłem dalej niż do Biedronki.

W sobotę przyszedłem znowu. Poprosiłem o Kruka. Ta sama ławka, ten sam łeb na kolanie. W niedzielę też przyszedłem, choć nie była to moja kolejka. W poniedziałek zadzwoniłem do schroniska.

— Dzień dobry, w sprawie Kruka…

— Słucham?

— Mógłbym go adoptować?

Cisza po drugiej stronie trwała chwilę.

— Panie Wiktorze, on ma trzynaście lat. To może być rok, może dwa. Nikt nie chce starych psów, bo boi się, iż zaraz trzeba będzie się pożegnać.

— Wiem, ile ma lat. Chcę właśnie tego starego.

Załatwiłem papiery we wtorek. Pani Halina uprzedziła, iż Kruk ma problem z biodrem, iż trzeba mu dawać glukozaminę, iż traci trochę słuch na lewe ucho. Wypisałem to wszystko na kartce, którą przykleiłem do lodówki magnesem z Zakopanego, pamiątką po wycieczce z Grażyną sprzed dziesięciu lat.

Tu zaczyna się rzecz, o której w schronisku nikt nie wiedział, bo skąd — a która dla mnie zmieniła wszystko.

Miesiąc po adopcji zadzwoniła moja córka, Ania, z Wrocławia. Nie dzwoniła od Wielkanocy. Powiedziała, iż słyszała od Zenka, iż wziąłem psa, i iż to „nieodpowiedzialne w moim wieku i przy moim sercu". Że jak Kruk zachoruje, kto go będzie woził do weterynarza, kto zapłaci za operację, jeżeli trzeba będzie usypiać. Powiedziała to wszystko jednym tchem, jakby przygotowywała się do tej rozmowy od tygodnia.

— A jak ty się rozchorujesz, tato? Kto się nim wtedy zajmie?

Zapytałem, kiedy ostatnio przyjechała mnie odwiedzić. Nie odpowiedziała. Powiedziałem jej, iż Kruk je za osiemdziesiąt złotych miesięcznie karmy, iż ja płacę za jego leki z własnej emerytury, i iż jeżeli coś mu się stanie, to ja pojadę z nim taksówką do lecznicy przy Struga, tak jak jeżdżę sam do przychodni. Że nie proszę jej o nic — ani o pieniądze, ani o pomoc. Tylko żeby przestała mówić, iż jestem nieodpowiedzialny, bo pierwszy raz od śmierci matki wstaję rano z powodu, a nie z przyzwyczajenia.

Odłożyła słuchawkę bez pożegnania.

Trzy tygodnie później Kruk rzeczywiście zachorował — biodro odmówiło posłuszeństwa i pies nie mógł wstać z legowiska pod biurkiem. Zawiozłem go do lecznicy na Struga, zapłaciłem sto dziewięćdziesiąt złotych za prześwietlenie i zastrzyk przeciwbólowy. Lekarka powiedziała, iż to zwykłe zwyrodnienie stawu, iż przy odpowiednich lekach pies jeszcze pochodzi. Wróciłem do domu, ułożyłem Kruka na kocu przy kaloryferze i przez trzy dni nie ruszałem się z fotela obok, czytając gazetę, którą i tak już przeczytałem dwa razy.

Ania zadzwoniła jeszcze raz, dopiero po tym zdarzeniu — bo Zenek jej doniósł, iż byłem z psem u weterynarza. Zapytała, czy potrzebuję pieniędzy.

— Nie potrzebuję — powiedziałem. — Mam emeryturę i mam psa. Jedno drugiemu nie przeszkadza.

Zapytała, czy może przyjechać w niedzielę.

— Możesz — odpowiedziałem. — Kruk lubi towarzystwo.

Przyjechała. Usiadła na tej samej kanapie, na której siadywała jako nastolatka, i patrzyła, jak Kruk kuśtyka do niej i kładzie łeb na jej kolanie, dokładnie tak samo jak wtedy na ławce przy kościele. Nie powiedziała nic o adopcji, o wieku psa, o odpowiedzialności. Tylko podrapała go za uchem, tym postawionym.

Dziś Kruk śpi pod moim biurkiem, tam gdzie kiedyś stała maszyna do szycia Grażyny, którą oddałem sąsiadce z parteru, bo nikt jej już nie używał. Rano budzi mnie, kładąc łapę na kołdrze. Wieczorem kładzie łeb na kolanie i tak siedzimy, w telewizorze leci jakiś program o pogodzie, a ja nie muszę nic mówić i nic udowadniać. Ani Ani, ani nikomu.

Idź do oryginalnego materiału