Weekend, który miał się skończyć w niedzielę

4 godzin temu

Miało być na dwa dni. Tyle napisałam w wiadomości do fundacji „Psi Azyl Kutno" – iż wezmę psa na przechowanie, bo w schronisku zalało piwnicę i pilnie szukali domów tymczasowych. Odpisali szybciej, niż zdążyłam dopić kawę. Przyjadę o siedemnastej, pisali, ma na imię Kajtek, ma dziewięć lat, jest po jamniku i po czymś, co uparcie nie chciało być jamnikiem.

Przywieźli go w kartonowej transporterce pachnącej środkiem dezynfekującym. Brązowy, z siwą plamą nad pyskiem, jedno ucho stoi, drugie leży – jakby ktoś w połowie decyzji zmienił zdanie. Wyszedł z klatki, obszedł moje mieszkanie na Rogowie w niecałe trzy minuty, zajrzał do kuchni dwa razy, po czym wrócił pod drzwi i usiadł na wycieraczce. Dokładnie na środku, jakby ktoś wyznaczył mu tam miejsce z premedytacją.

Miskę z karmą tknął dopiero wieczorem, gdy zamknęłam się w łazience udawać, iż biorę prysznic. Rozumiałam go. Ja też pierwszego dnia w nowej pracy nie jadłam obiadu przy nikim.

Na osiedlowym spacerze trzymał się trzy kroki z tyłu. Nie obok, nie z przodu – za mną, jakby odmierzał sobie bezpieczną odległość od czegoś, co jeszcze nie zdążył ocenić. Przy ławce koło sklepu spożywczego usiadł i odmówił dalszego marszu. Usiadłam obok niego na zimnym metalu. Siedzieliśmy z kwadrans, patrząc, jak inne psy na trawniku obszczekują się z radości. Kajtek patrzył jednym przymrużonym okiem, bez żadnego komentarza.

W niedzielę wieczorem przyszedł do salonu. Nie na fotel, tylko na dywan przy nim. Położył pysk na łapach i zamarł w tej pozycji na dobre pół godziny, podczas gdy ja oglądałam powtórkę jakiegoś serialu z lat dziewięćdziesiątych, bo pilot leżał za daleko, żeby po niego sięgać.

O dwudziestej pierwszej zadzwoniła Ewelina z fundacji. Remont się przeciąga, mówiła, czy mogłabym potrzymać go do wtorku. Zapytałam, czy może do środy. Nie oddzwoniłam w środę.

W czwartek napisałam SMS-a: jakie papiery są potrzebne do adopcji.

Ewelina zadzwoniła od razu, jakby czekała z telefonem w ręku. – Marta, ja się cieszę, tylko… – urwała. – Tylko co? – Musisz wiedzieć, iż on ma właściciela. Byłego. On go szuka.

Okazało się, iż Kajtek trafił do schroniska nie jako bezpański pies, tylko jako pies odebrany – tymczasowo, na mocy postanowienia sądu rodzinnego, w sprawie rozwodowej pewnego małżeństwa z Łęczycy. Właściciel, niejaki Robert Sienkiewicz, miał zakaz zbliżania się do byłej żony przez sto osiemdziesiąt dni po incydencie z przemocą domową, a pies – wspólna własność – trafił na ten czas pod opiekę fundacji, bo żadne z nich nie miało w tej chwili warunków. Teraz zakaz się kończył, sprawa rozwodowa dobiegała końca, a Robert domagał się psa z powrotem, powołując się na to, iż to on go kupił.

Poszłam z tym do adwokatki, którą znałam z pracy – zajmowała się sprawami zwierząt przy rozwodach, rzadka specjalizacja, ale w tym mieście akurat taka istniała. Pani mecenas Kowalik przejrzała papiery i pokręciła głową. – Formalnie pies jest przez cały czas współwłasnością małżeńską do czasu podziału majątku. Ale sąd może orzec o dobru zwierzęcia, jeżeli wykażemy, iż zmiana środowiska po raz kolejny mu zaszkodzi.

Zaszkodzi. To słowo zapadło mi w pamięci, bo widziałam, jak Kajtek reaguje na trzaśnięcie drzwi u sąsiada – zamierał na całe minuty, uszy płasko przy głowie.

Sprawa rozwodowa Sienkiewiczów kończyła się w Sądzie Okręgowym w Łodzi w połowie listopada. Postanowiłam złożyć wniosek o dopuszczenie mnie jako opiekuna faktycznego – rzecz niecodzienna, ale mecenas Kowalik znała precedens sprzed dwóch lat, gdzie sąd uwzględnił opinię osoby trzeciej co do dobrostanu zwierzęcia.

Byłam pewna, iż Robert się nie pojawi, iż to będzie papierowa formalność. Pojawił się. Przyszedł na rozprawę w garniturze o rozmiar za dużym, z teczką, w której – jak się okazało – miał zdjęcia z Kajtkiem sprzed sześciu lat, jeszcze szczeniakiem, na działce w Głownie. Powiedział sędziemu, iż to on go wychował, iż pies spał u niego pod łóżkiem, iż stracił już żonę i mieszkanie, i nie odda też psa.

Jego była żona, Alicja, siedziała po drugiej stronie sali i milczała przez całą rozprawę, aż do momentu, gdy sędzia zapytał ją wprost, czy zgadza się na przekazanie psa mnie na stałe. Wstała, poprawiła żakiet i powiedziała jedno zdanie: – Zgadzam się, bo to jedyna rzecz z tego małżeństwa, którą chcę zostawić w dobrych rękach, a nie w swoich – bo moje ręce jeszcze się trzęsą, kiedy on wchodzi do pokoju.

Sędzia dał trzy tygodnie na opinię biegłego behawiorysty. Behawiorystka, pani Danuta Wrzesień, przyjechała do mnie na Rogów w piątek po południu, obserwowała Kajtka dwie godziny, notowała, jak reaguje na podniesiony głos sąsiada zza ściany, jak chowa się za kanapę, kiedy ktoś gwałtownie wstaje z krzesła. W raporcie napisała, iż pies wykazuje wyraźne objawy lękowe związane prawdopodobnie z wcześniejszą ekspozycją na konflikt w gospodarstwie domowym, i iż obecne środowisko – spokojne, przewidywalne – sprzyja jego regeneracji.

Rozprawa końcowa odbyła się w środę, dwudziestego pierwszego listopada. Sala numer cztery, drugie piętro, boazeria z lat siedemdziesiątych i kaloryfer, który głośno strzelał co dziesięć minut. Robert siedział z boku, teczka znów na kolanach, tym razem cieńsza. Kiedy sędzia odczytał postanowienie – iż wobec dobra zwierzęcia i opinii biegłego pies zostaje przekazany pod opiekę Marty Piaseckiej na stałe, z prawem do wizyt oddalonym na wniosek stron – Robert nie wstał, nie krzyknął. Otworzył teczkę, wyjął jedno zdjęcie, to z działki w Głownie, i podał je w moją stronę przez ławkę.

– Niech chociaż to zostanie u niego – powiedział cicho, nie patrząc mi w oczy, tylko na zdjęcie. – Żeby wiedział, skąd jest.

Wzięłam fotografię. Nie powiedziałam nic więcej, bo nie było czego dodawać.

W kancelarii mecenas Kowalik podpisałam dokument adopcyjny – formalnie darowiznę udziału Alicji i przekazanie praw przez sąd, koszt sprawy: tysiąc dwieście złotych, które zapłaciłam z premii świątecznej, bo akurat wtedy wpadła.

Wieczorem w domu Kajtek – bo tak już go nazywałam, choć w papierach przez cały czas figurował jako Kajtek Sienkiewicz, teraz Piasecki – wskoczył na kanapę, kiedy udawałam, iż nie patrzę. Usiadł tuż przy mnie, oparł pysk na moim kolanie, jedno oko wciąż przymrużone, jakby wciąż czytał moje CV, ale już bez pytań.

Zdjęcie z działki w Głownie postawiłam na półce w przedpokoju, obok kluczy i miski na drobne. Nie po to, żeby pamiętać o Robercie. Po to, żeby Kajtek, gdyby kiedyś zapytał, wiedział, iż nikt nie próbował udawać, iż jego wcześniejsze życie nie istniało.

Idź do oryginalnego materiału