W sierpniowy poranek mucha brzęczała na oknie, a promień słońca łaskotał po nosie małego Wojtka – we…

4 dni temu

Mucha na oknie brzęczała cicho i natrętnie. Wojtek otworzył oczy. Promień słońca łagodnie ślizgał się po poduszce i łaskotał go w zadarty nosek. Chłopiec uśmiechnął się i przeciągnął „słodko”. Pod kołdrą było ciepło i przytulnie. Trzeba było wstawać, ale tak bardzo się nie chciało!

Mamo zawołał nieśmiało. A potem głośniej: Maaamo!

Mama weszła do pokoju, wycierając dłonie o fartuch.

Obudziłeś się? Po co krzyczysz? Pochyliła się nad łóżkiem i pocałowała go czule w nosek.

Dzień dobry, synku! Wstawaj, łobuziaku!

Wojtek objął mamę za szyję. Pachniała mlekiem, chlebem i czymś jeszcze pysznym, domowym. Dawniej, gdy mieszkali w Warszawie, to tata budził go i szykował rano do przedszkola. Razem robili gimnastykę, myli zęby, chlapali się wodą i śmiali, a mama trochę się złościła i poganiała ich. Ale potem wszystko się zmieniło.

Pewnego dnia tata nie przyszedł po niego do przedszkola. Siedział do późnego wieczora ze stróżem. Mama przyszła bardzo późno, cała zapłakana, powiedziała, iż taty już nie ma, iż teraz to Wojtek jest najważniejszym mężczyzną w rodzinie. Co się stało, dokładnie nie wiedział, ale później, słuchając dorosłych, zrozumiał, iż tata zginął rozbijając się samochodem kolegi. Przez to zabrali im mieszkanie windykatorzy. niedługo przeprowadzili się na wieś do babci.

Wieś była rozległa, ciągnęła się obok rzeki i kończyła przy lesie. To właśnie przy tym lesie mieszkała babcia Aniela, a teraz także oni z mamą. Dziadka Wojtek nie pamiętał zmarł, gdy chłopiec był malutki, więc w domu najważniejszy mężczyzna to on!

Babcia z mamą pracowały w gospodarstwie. Wojtek już wiedział, iż to taki wielki budynek, gdzie są świnie, krowy, a choćby konie. Mama pokazała mu wszystkie zwierzęta, gdy czasem zabierała go do pracy. Gospodarstwo średnio mu się podobało, strasznie tam śmierdziało! Zatykał nos, a mama i babcia śmiały się z tego radośnie…

Chłopiec wsunął stopy w zimne kapcie i w piżamie pobiegł za potrzebą na dwór. Sierpniowy, niedzielny poranek powitał siedmiolatka chłodnym powietrzem. Wzdrygnął się lekko. Tu i tam piały koguty, gdzieś daleko ujadały psy. Babcia Aniela wyszła ze stodoły narzekając:

Znów ktoś próbował się dostać do kur! Może to już ta czupakabra?

„Wkrótce jesień” pomyślał poważnie i trochę niepokojąco, po dorosłemu „Niech już będzie szkoła!” Jego małe serce zadudniło radośnie na tę myśl. Oni z mamą już wszystko przygotowali do szkoły. A ten nowy tornister był taki super! Nauczył się czytać tego lata, choć pisać jeszcze słabo…

Na śniadanie był kleik i placki.

Wojtek, z babcią postanowiłyśmy dziś iść na grzyby. Pójdziesz z nami, czy jeszcze za mały? mama uśmiechnęła się figlarnie i mrugnęła do babci.

Z wami oczywiście! obruszył się Wojtek z buzią pełną ciepłego placka i zimnego mleka.

Szykować się zaczęli bliżej południa. Las powitał ich wilgotnym chłodem. To były ostatnie dni sierpnia, choć las pozostawał wciąż zielony. Grzyby trafiały się wszędzie, ale mama tłumaczyła, iż nie wszystkie są takie same. Pokazywała, które są jadalne, a które trujące. Chodzili długo. Babcia poszła dalej w las i nie odpowiadała na mamine „Ej!”.

Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy mama powiedziała, iż pora wracać. Duża koszyk i pełna torba były wypełnione skarbami lasu. Wiadereczko Wojtka z grzybami ciążyło już w rękach, ale nie narzekał przecież jest facet! Trzeba było znaleźć drogę do wsi, ale… którędy? Mama zaczęła się niepokoić. Wyglądało na to, iż się zgubiły.

Wojtek, nie zostawaj z tyłu! Pogubili się, bo droga raz prowadziła w stronę mokradła, raz w gęstwinę. Wracali całkiem na ślepo. Zaczęli wołać babcię, ale liście osiki szumiały tak głośno, iż nic nie było słychać. Babcia nie odpowiadała. Mama usiadła na trawie, nie wiedząc, co robić. Minęło kilka minut. Nagle za ich plecami zatrzeszczały gałęzie. Krzaki rozchyliły się i pojawiła się… baba-jaga. Naprawdę! Mama zerwała się na równe nogi.

Wojtek osłupiał. Staruszka, zgarbiona aż do ziemi, zrzuciła z ramion pęk chrustu i podeszła bliżej.

Cóż, przestraszyliście się? Nie bójcie się, chłopców już dawno nie jadam! zaharczała, mrugając do mamy i zaskrzypiała śmiechem, pokazując bezzębną paszczę. Przysadzisty nos z brodawkami śmiesznie poruszał się przy tym.

Zgubiliście się czy co? mówiła, zupełnie nie zwracając uwagi na osłupiałą mamę i Wojtka. Czyje wy jesteście? Anieli? raczej stwierdziła, niż pytała i nie czekając na odpowiedź, znów zarzuciła sobie na plecy chrust, ruszyła przodem. Zaraz odwróciła się, spojrzała spod krzaczastych brwi i dorzuciła:

No, co stojicie, za mną idźcie.

Mama z Wojtkiem, posłusznie łapiąc koszyk grzybów, ruszyli za staruszką. Kroczyła pewnie, rozgarniając wysoką trawę. Po chwili wśród drzew mignęła jasna polana. W oddali widać było już wieś. Z drugiej strony polany wyszła z lasu babcia Aniela. Baba-jaga zachichotała ochrypłym śmiechem, machnęła dłonią i poszła, zgarbiona pod ciężarem chrustu, w stronę wioski.

Dziękujemy pani wybąkała niepewnie mama, ale staruszka tylko jeszcze raz machnęła ręką, jakby odganiając ją, i znikła w stronę domów.

Podbiegła babcia.

Mamo, gdzie ty się podziewasz! mama z rozpaczą zbeształa babcię Anielę. Zgubiłyśmy się, dobrze, iż ta staruszka nas z lasu wyprowadziła.

Natalio, jak ty mogłaś się zgubić w tych krzakach! Przecież za dzieciaka w tym lesie buszowałaś!

Babciu, a to była prawdziwa baba-jaga? zapytał zaskoczony i przestraszony Wojtek.

A gdzie tam, Wojtusiu! To Pykciowa! Choć w sumie charakter ma jak czarownica…

Wieczorem, przy kolacji, Wojtek niespodziewanie zapytał:

Babciu, a czemu ona się nazywa Pykciowa?

Nie wiem dokładnie, ale słyszałam, iż jeszcze jako dziewczynkę tak ją nazywali. Podobno była bardzo pulchna. Jej rodzice mieszkali bogato, mieli duże gospodarstwo. Wychodziła na ulicę z pajdą chleba ze smalcem, jadła na ławeczce. Albo mama smarowała jej chleb masłem i posypywała cukrem. Pycha! Dookoła biegały bosonogie dzieci, patrzyły tylko, a ona nikomu nie chciała dać ani gryza. Przyjaciół za bardzo więc nie miała. Tłuściutka była, brzuch niosła przed sobą. Chłopaki wołali za nią „pykcia”, iż jej brzuch pęknie. Ja już ją pamiętam jako dorosłą kobietę. Miałam wtedy z dziesięć lat, a ona była już po trzydziestce. Miała chłopaka, traktorzystę Zbyszka, młodszego o kilka lat. Była sprawna, nie chuda, ale już nie gruba, ani piękna, ani brzydka, tylko nos miała bardzo długi. Wzięli ślub. Urodził im się synek.

Chłopczyk miał wtedy osiem lat. Wiosną rzeka wystąpiła wysoko. Chłopy sprowadzały drewno z lasu rzeką. Chłopcy skakali po kłodach, zwłaszcza tam, gdzie robiły się zatory. Drewno śliskie, duzi chłopcy jak wpadli do wody, to się wyciągnęli, a jej synek był drobny wpadł, a kłoda mu głowę przygniotła. Utonął. Trzy doby go szukali, znaleźli dopiero kawałek niżej. Pykciowa postradała zmysły. Zbyszek zaczął pić…

Zimą znaleźli go zamarzniętego pod lasem. Szedł do domu z roboty, napili się z chłopami. Zostawiali go u kolegi, ale się uparł. Zgubił się na rozstaju, usiadł i przysypało go śniegiem. Pykciowa wróciła z psychiatryka, niby doszła do siebie, ale stała się zupełnie dziwna, nie rozmawia z prawie nikim. Trzyma jedną kozę, zbiera zioła i leczy nimi ludzi, jak ktoś się zwróci.

Babcia zamilkła. Mama zaczęła sprzątać ze stołu.

Tak to bywa, los nie każdego rozpieszcza… zadumała się mama. I Wojtkowi nagle zrobiło się jej bardzo żal.

Nastał wrześniowy czas: pogodne, dźwięczne dni. Rano już chłodno, czasem przymrozek, za to w dzień wciąż prawie letnio. Powietrze czyste, przejrzyste. Las barwił się w rudo-purpurowe szaty. Wykopali ziemniaki. Wojtek już drugą tygodni chodził do szkoły. prawdopodobnie na zawsze zapamięta i pierwszego września, i wychowawczynię dobrą i wymagającą, która prowadziła go za rękę na lekcję, bo stał pierwszy w szeregu jako najniższy.

Pierwszakom ocen nie stawiali, ale pani Otylia Gamrot często go chwaliła, mówiąc, iż się bardzo stara, ale trzeba więcej ćwiczyć pisanie dla lepszego charakteru pisma. Poznał dwóch chłopców ze swojej ulicy Sławka i Kacpra z drugiej klasy. Do domu chodzili razem, czasem odbierała go mama albo babcia. Szkoła była na drugim końcu wsi. Chłopcy pokazali Wojtkowi skrót przez łąkę i ogród Pykciowej. Czasem wracał sam.

Tego dnia Wojtek miał szczęście. Pani postawiła mu w zeszycie dwie czerwone gwiazdki i zapisała go do biblioteki. Dostał książkę Magiczne słowo. Miał cudowny humor, gdy wychodził ze szkoły. Sławek i Kacper mieli jeszcze lekcje, więc szedł sam skrótem przez łąkę pełną śmieci i rupieci.

Nagle usłyszał dziwny hałas. Podniósł oczy i zamarł naprzeciwko stała wataha psów. Było ich dużo. Chłopiec cofnął się, chciał uciec, ale już było za późno. Psy okrążyły go. Największy podszedł blisko, zębiska zaszczerzył, obwąchując Wojtka przy ziemi. Chłopak zaczął krzyczeć, nie słysząc własnego głosu. W tej chwili pies skoczył. Chciał się bronić tornistrem, ale wściekłe zwierzę wyrwało torbę i podrzucało ją po ziemi.

Chłopiec upadł, zasłaniając się rękami, ale czyjeś zęby boleśnie wbiły się w jego bark i stracił przytomność. Nie widział już, jak przez ogród biegła zgarbiona baba-jaga z łopatą. Skoczyła przez płot z niespotykaną energią i zaczęła bić psy. Zwierzęta zdezorientowały się, ale było ich dużo i poczuły już krew. Otoczyły staruszkę i leżącego chłopca, ruszyły do ataku. Baba-jaga wpadła w szał. Krzyczała chrypliwym głosem, wymachiwała łopatą. Największy pies skoczył jej na garb i wgryzł w szyję. Tracąc przytomność z bólu, Pykciowa padła na chłopca, przykrywając go własnym ciałem i długą do ziemi spódnicą

O tej porze wieś była pusta: dzieci w szkole, dorośli w gospodarstwie lub polu. Zootechnik z pomocnikiem wracali z gminy. Załatwili właśnie nową partię pasz i szczepienia dla krów. Jadąc polną drogą, zootechnik zauważył ruch w trawie przy ogrodach i usłyszał warczenie psów.

Stefan, skręć na ogród Pykciowej. Coś się tam dzieje!

Stefan sprawnie skręcił i podjechali do miejsca dramatycznej sceny. To, co zobaczyli, zmroziło im krew w żyłach. Wataha psów warowała gotowa do ataku. Wszystko zalane było krwią, dokoła leżały porwane zeszyty i książka. Babcia leżała twarzą do ziemi, ręka obdarta aż do kości. Wielki pies trzymał ją za szyję. Oszaleli z przerażenia mężczyźni wybiegli z samochodu i zaczęli odpędzać psy, czym popadnie. Zwierzęta gryzły ich po nogach, rzucały się na klatkę piersiową. Stefan chwycił zakrwawioną łopatę i zaczął okładać watahę. Psy skomlały, ujadały. Z wioski przybywały już kolejne osoby z widłami i dubeltówkami, zaczęli strzelać w powietrze. Przywódca warcząc podniósł łeb, zawył i uciekł do lasu, za nim cała sfora.

Baba-jaga jęknęła. Dopiero wtedy mężczyźni zauważyli, iż pod nią leży ktoś jeszcze.

Stefan, dzwoń po karetkę, staruszka chyba żyje!

Kiedy podnieśli Pykciową i położyli obok, zobaczyli bladego, cały zakrwawionego chłopca. On także był nieprzytomny…

Jesienny promień przesuwał się leniwie po poduszce i nosie Wojtka. Chłopiec otworzył oczy. Białe szpitalne ściany wydały mu się groźne.

Gdzie ja jestem? Powoli wracała mu świadomość. Poruszył się niepewnie.

Mama, czuwająca przy łóżku, uśmiechnęła się przez łzy.

Wojtek, synku, jesteś przy mnie! Ocknąłeś się! i zapłakała z ulgą.

Ramię i ręka Wojtka bolały bardzo, były zabandażowane. Chłopiec wtedy przypomniał sobie wszystko.

Mamo, czy psy mi odgryzły rękę? Nie będę mógł już pisać?

Nie, kochanie. Tylko porwały. Zrobili ci operację. Do wesela się zagoi zażartowała mama. Dziękuj Pykciowej. Nakryła cię własnym ciałem. Śpij, skarbie

Pykciową żegnała cała wieś. Psy zmasakrowały jej obie ręce i nogę. Serce starej kobiety nie wytrzymało operacji.

Następnego dnia wściekli wiejscy mężczyźni, bez pytania o pozwolenie, powystrzelali całą zdziczałą sforę. Ponad czterdzieści martwych psów wrzucono do wielkiego dołu za wsią i zasypano ziemią. Przy lesie znaleźli norę z szczeniętami. Te rozdały dzieciom i kobietom z wsi.

Wojtek opuścił w szkole tylko jeden kwartał. Ręka pracowała jeszcze słabo, ale ćwiczył ją codziennie. Pani Otylia chwaliła go, a koledzy z dumą nazywali bohaterem.

Z mamą odwiedzili grób Pykciowej i przynieśli wielki bukiet kwiatów. Na tabliczce przy krzyżu widniało prawdziwe imię: Ludwika Pykała. W dniu śmierci kończyła dokładnie dziewięćdziesiąt lat. Mama płakała.

Niezbadane są ścieżki losu! Dziękujemy ci, Pykciowa za las i, najbardziej, za to, iż ocaliłaś mojego synka! Niech ziemia ci lekką będzie!

Gdy na szkolnych jasełkach pojawiła się Baba-Jaga, Wojtek rozpłakał się i wybiegł z sali. Ręka nagle bardzo go rozbolała. Znów przypomniał sobie o Pykciowej.

Życie, choć nie zawsze sprawiedliwe czy łatwe, potrafi niespodziewanie połączyć ludzi i nauczyć odwagi oraz wdzięczności. Często nie zauważamy, ile mamy do zawdzięczenia choćby tym, których nigdy nie potrafiliśmy zrozumieć czy polubić. Warto pamiętać, iż prawdziwa dobroć i odwaga mogą przyjść z najmniej spodziewanej strony, a wdzięczność i pamięć są najpiękniejszym darem, jaki można komuś ofiarować.

Idź do oryginalnego materiału