„Tego nikt nie dotknie”

3 dni temu

«Nikt go nie zabierze».

W schronisku nie było oddzielnych pomieszczeń wszystko mieściło się w jednej dużej, hałaśliwej hali. Po lewej, przy ceglanej ścianie, stały kojce dla kotów, a po prawej dla psów. Meandrując między nimi, pracownicy schroniska nieustannie kręcili się z workami karmy, czystymi szmatkami albo wiadrami wody, by napełniać poidła.

Wśród gości było wiele osób. Cicha, skromna rodzina chuda matka Agnieszka, chudy ojciec Marek i chudy synek Kacper przechadzała się powoli od jednego kojca do drugiego, dokładnie przyglądając się mieszkańcom. Młoda para, szeptająca przy kojcach z kotami. Niemy staruszek z laską, powoli spacerujący wzdłuż kojców dla psów. I ja, dopiero co przekroczywszy próg schroniska, oszołamiały od zapachów, hałasu i tłumu zwierząt.

W pierwszym kojcu siedział Bączek maleńki kundelek z szalonym, nieustannie machającym ogonem. Beztrosko gryzał gumową kaczuszkę i nie zwracał uwagi na odwiedzających. Nieco dalej znajdował się Darek surowy, czarny jak kruk pies o oczach, które widziały już wiele. Przy kojcu na kolanach siedziała uśmiechnięta dziewczyna w jaskrawym puchowym płaszczu, cicho rozmawiając z psem, jakby chciała się z nim zaprzyjaźnić. Po lewej rozciągała się prawdziwa wystawa kotów wszystkie rasy, kolory i rozmiary.

Na różowej poduszce drzemała Zosia smukła, biała kotka. Od czasu do czasu otwierała żółte oko i uważnie spoglądała na przechodzących. Obok niej zwisał na kratek Kuba czarno-rudy kociak z dużą głową, przypominający domowego gnomka z kreskówek. Delikatnie piszczał, wtulał się w plecy, wstawał i leniwie maszerował po rogu swojego kojca, gdzie stały miseczki z wodą i karmą. Gdy tylko zauważył, iż podchodzę, Kuba od razu zmienił kierunek i pobiegł w moją stronę.

– Co za figlarz mruknąłem, wprowadzając palec przez kraty i drapiąc Kubę po uchu. Głowiaste cyrki, zamykając oczy, mruczał z zadowolenia i delikatnie ugryzł mój palec.
– Mamo, patrz, jaki zabawny wyszeptał chudy chłopiec, podbiegając do kojca z Kubą. Jego rodzice, podchodząc bliżej, wymienili spojrzenia i jednocześnie pokręcili głowami.
– On jest naprawdę mały, Kacper szepnęła matka. Kacper, mrucząc coś niezrozumiałego, skinął głową, rzucił na Kubę żalny wzrok i odszedł dalej. Zrozumiałem, iż jego rodzice wolą psa, więc starali się odciągnąć syna od kotów. Kuba nie miał jednak obojętnych uszu głośno mruczał i ocierał się o mój palec lewą i prawą stroną, jednocześnie czyszcząc zęby, wywołując kolejny uśmiech.

– A może to? odwróciwszy się, zauważyłem chudego Eda, który stał przy kojcu w najciemniejszym kącie schroniska. On jest duży i piękny.
– O nie! od razu odmówiła matka. Chodźmy raczej obejrzeć psy. A ten jest już stary.
– Stary, mały pomruczał Kacper, wzdychając, ruszył za rodzicami w stronę kojców dla psów. Jego narzekanie gwałtownie zamieniło się w śmiech, gdy dotarł do ulubieńca całego schroniska małego misia o imieniu Misiek. Ten uroczo kulawołaził w swoim kojcu, liżąc wszystkie palce, którymi ludzie chcieli go głaskać. choćby niemy staruszek z uśmiechem patrzył na tego puchatego szczeniaka, który bawnie szarpał w kącie miękką zabawkę.

Jednak ciekawość wciągnęła mnie w najciemniejszy zakamarek, gdzie siedziała matka Eda, drżąc ze strachu. Zostawiłem Kubę w spokoju i podszedłem do ostatniego kojca, ciężko westchnąwszy.

Wewnątrz, na szarym kocyku, leżał stary kot. Zwykły kot, który można spotkać w każdym podwórku. Szlachetny dżentelmen, którego lata dobiegają końca. Nie skakał, nie miauczał i nie przyciągał uwagi. Po prostu leżał, patrząc w pustkę przysłonięty szarymi, zasłoniętymi oczyma, ledwie mrucząc. Gdy podszedłem, zamruczał cicho, wciągnął nos w powietrze i prawie człowiecze westchnął. Potem położył głowę na chudych łapach i zamknął oczy.

– To Aramis, nasz senior odezwałem się, usłyszawszy za sobą żartobliwy męski głos, i odwróciłem się, widząc właściciela. Jednego z pracowników, piegowatego chłopaka z identyfikatorem Bartek.
– Co z nim? spytałem cicho, starając się nie zakłócić spokoju starego kota.
– Nic, po prostu senior odpowiedział chłopak, otwierając kojec i dosypując jedzenie do miski Aramisa. Kot, ponownie wciągając nos, powoli wstał z koca i zataczającą się krokami podszedł do miski, kilka razy uderzając swoją mordą w kraty. Bartek, zawstydzony, dodał: Jest ślepy. Nic nie widzi. Nasz senior.
– Jak przetrwał na ulicy? zapytałem, odwracając się do chłopaka.
– Nie jest uliczny rozbawiony chichnął i, ponownie wciągając nos, jakby przepraszał za żart, dodał: Właściciele oddali go tutaj, zmęczeni opieką. Nie mieli czasu, a Aramis wymaga uwagi. Wyleczyliśmy go, ale kto potrzebuje starego kota? choćby nasza dyrektorka, Natalia, po zobaczeniu go od razu powiedziała: Nikt go nie zabierze.
– No tak przyznałem. Zabierają młode i spokojne.
– Z wyjątkiem Dasi skinął Bartek w stronę kojca z czarnym psem i dziewczyną przy nim. Darek jest uparty, więc ona próbuje się z nim zaprzyjaźnić.
– I jak to idzie?
– Powoli. Zwierzęta, które są wierne ludziom, rzadko podchodzą, a Darek właśnie taki jest. Tak jak Aramis westchnął. Kiedy przyprowadziliśmy Aramisa, tydzień nie jadł. Czekał, aż go zabiorą. Kiedy ktoś wchodzi, najpierw wącha powietrze i macha ogonem, a potem, gdy zrozumie, iż to nie dla niego, znów się kładzie i smuci.
– Dlatego go w kącie trzymacie? Żeby nie stresować? dopytałem. Bartek przytaknął i przycisnął wargi.
– Tak. Szkoda go. Za każdym razem wstaje z nadzieją, a potem pada wyczerpany i śpi prawie do wieczora. Prawdopodobnie to tu skończy się jego życie. Kto potrzebuje ślepego, starego kota? A wy, co wam się podoba? Może podpowiem? podskoczył. Widziałem, iż stałeś przy kojcu z Kubą.
– Tak, zabawny taki, mały diabełek uśmiechnąłem się, wspominając Kubę.
– Niedawno go mamy. Dzieci go na ulicy znalazły i przyniosły. Pewnie jakaś kotka go wykluła, a on się zgubił. Dobrze, iż psy go nie złapały najpierw. Kuba jest mały, więc wielu woli brać starsze zwierzęta. Nie myślcie, iż go nie odrobiliśmy, nie zwalczono pcheł. Natalia nauczyła go korzystać z kuwety. Nie będziemy go brudzić Bartek uśmiechnął się i spojrzał mi w twarz. No i co? Zabierzesz Kubę do domu?
– Wiecie co tak, zabieram skinąłem, patrząc na śpiącego Aramisa, i dodałem cicho: Czy mogę zabrać go razem z Kubą?
– Serio? zdziwił się chłopak. Zastanowił się chwilę, po czym pokręcił głową. U nas można wziąć tylko jedno zwierzę na raz. Poczekajcie, jeszcze zapytam dyrektorkę.
– Dobrze przytaknąłem i odprowadzając uśmiechniętego pracownika, obróciłem się w stronę Aramisa, który zdawał się rozumieć moje słowa. Hej, przyjacielu. Pójdziesz ze mną? Nie jestem twoim właścicielem, ale jedno mogę obiecać: jedzenie, wodę i wielkiego, łagodnego człowieka, który będzie cię głaskał za ogon
Nie dokończyłem, bo Aramis nagle wstał, wciągnął powietrze i podszedł do drzwi kojca, które Bartek zapomniał zamknąć, biegnąc po pozwolenie od dyrektorki. Wyciągnąłem rękę, a kot ostrożnie ją powąchał, przetarł się policzkiem o moje palce i lekko zamruczał.
– Chyba odpowiedź brzmi tak? uśmiechnąłem się i pogłaskałem go po uchu.
– Natalia powiedziała, iż można podał mi Bartek, widząc, jak głaszczę starego kota i sam nie powstrzymał się od uśmiechu. Widzę, iż znaleźliście wspólny język.
– A czemu go nie znaleźć? wzruszyłem ramionami. Dwaj starzy kawalerzy, duży mieszkanie i mały, niezdarny człowiek.
– Posłuchajcie, jeżeli nie jest tajemnicą zapytał Bartek szeptem. Dlaczego go chcecie? Wiecie, iż Aramis nie będzie długo żył.
Westchnąłem i spojrzałem na kota, który jakby też czekał na moją odpowiedź.
– Bo odchodząc na tęczę trzeba to robić tam, gdzie się kocha. Nie w zimnym schronisku, w którym każdy gość co chwila rozdziera serce odpowiedziałem. Cichy szum małego silniczka w klatce Aramisa zdawał się potwierdzać, iż mój wybór był słuszny.
– Załatwię papierki przytaknął Bartek i zniknął w zapleczu, zostawiając mnie samego ze starym kotem. Resztę wieczoru milczeliśmy. Głaskałem go po uchu, a Aramis cicho mruczał, wpatrując się w moje oczy szarymi, zasłoniętymi szklem spojrzeniami.

Wieczorem, leżąc na kanapie, oglądałem telewizję, a na klatce serca spoczywał mały, szalony kulek zwany Kubą. Jego futro wciąż nosiło kurz, który niepohamowany kociak zebrał z zakamarków, których samotna ręka nie dosięgnęła. Słodko zasypiał, czasem wystawiając pazurki i przytulał się do mojego biustu.

Obok, przy mojej lewej nodze, na szarym kocyku leżał Aramis. Stary kot, zwinięty w kłębek, spał, ale jego łapa spoczywała na moim udzie, jakby bał się, iż zniknę tak jak jego dawni opiekunowie. Gdy się ruszyłem, Aramis natychmiast podnosił głowę i węszył. Usypiał tylko wtedy, gdy delikatnie go pieszcząc po głowie, mówiłem, iż jestem blisko.

Gdy wstawałem i szedłem do kuchni, by nalać herbaty, Aramis, co jakiś czas uderzając w narożniki, podążał za mną, a tuż za nim, jak mały ogon, trącał Kubę. Po pewnym czasie przyzwyczaił się do mojego mieszkania i, nie wpadając w kąty, umiał samodzielnie dotrzeć do kuchni, gdzie stały jego miseczki z wodą i karmą.

Kiedy odchodziłem do pracy, Aramis wraz z Kubą odprowadzały mnie do drzwi, a po moim wyjściu zostawał tylko Aramis, który wydawał się nie ruszać z miejsca. Po powrocie, Aramis wąchał powietrze, lizał wyciągniętą rękę i wracał na swoją ściankę ze szarym kocykiem. Nocą obaj koty spały ze mną Kuba na poduszce, lekko przytulając się do mojej głowy, a Aramis przy lewej nodze, kładąc swoją chudą łapę na moim udzie. Wiedziałem, iż kiedyś Aramis odejdzie. Niech jednak odejdzie tam, gdzie go kochają, a nie w zimnym schronisku, w którym każdy trzask drzwi po raz kolejny rozdziera stare kocie serce.

Idź do oryginalnego materiału