— Tato, nie zabieraj jej! — zaszlochała siedmioletnia Kasia, cała zapłakana. — Przecież Dasia jest n…

4 dni temu

Tato, nie wywoź jej! zaszlochała młodsza córeczka, siedmioletnia Małgosia, z nosem czerwonym od łez. Nie wolno oddawać Lalki, przecież to nasza kotka!
Twoja Lalka, ojciec szarpnął gwałtownie kierownicą, wszędzie robi bałagan. Wszędzie! W korytarzu, przy piecu, choćby wczoraj w buty narobiła. A tam, gdzie trzeba, chodzić nie chce. I co ja mam z nią zrobić?
Ale tato…

Tak właśnie było. Stanisław Wacławowicz odpalił silnik steranego życiem białego malucha z rudymi plamami rdzy na błotnikach. Na tylnym siedzeniu, w ciasnym kartonowym pudle, cicho popiskiwała Lalka.

Tato, nie wywoź jej! zapłakała znowu Małgosia, z całych sił obejmując ogrodzenie palcami. Przecież nie można oddawać Lalki, to nasza kotka!

Twoja Lalka, szorstko odburknął ojciec, brudzi, gdzie popadnie! Korytarz, przy piecu, choćby wczoraj w butach zrobiła kupkę. Tam, gdzie trzeba, za nic nie pójdzie. Co mam z tym zrobić?

Ale, tato…

Cicho bądź! wybuchł.

Maluch szarpnął, podskakując na dziurach, i potoczył się przez zszarzałą ulicę. Małgosia zastygła przy furtce, milcząco patrząc, jak znika za zakrętem pokryte bliznami stare auto.

Wilgotna, ponura jesień. Ciężkie, niskie niebo wisiało nad wsią. Wiatr tarmosił warkocze, podwijając spłowiałą sukienkę.

Gocha, do domu! Zaziębisz się! zawołała z okna matka, Celina Stanisławowna. Czemu stoisz jak słup soli?

Dziewczynka choćby się nie poruszyła. Słone i palące łzy płynęły po policzkach.

Lalka Ich kotka ruda, z białymi skarpetkami i puszystą piersią. Wieczorem mruczała na kolanach Małgosi, zawijała się w kłębek przy piecu. A teraz…

W izbie pachniało duszoną kapustą i drożdżowym ciastem matka lepiła pierogi. Starsze dzieci Paweł (trzynaście lat), Basia (jedenaście) i Jędrek (dziewięć) siedzieli nad zeszytami.

A przynajmniej tak udawali. Paweł ponuro kreślił coś długopisem, nie patrząc choćby na liniaturę. Basia schowała się za podręcznikiem, ale czerwone oczy zdradzały wszystko. Jędrek, zwykle najgłośniejszy, siedział cicho, gryząc ołówek.

Zawsze tak jest! burknął w końcu Paweł, odkładając długopis z hukiem. Tata zdecydował, to koniec. Nikogo nie pytał!

Ciszej! napomniała go Celina, mocno zagniatając ciasto. Ojciec wie, co robi. Trzy koty w chacie! Mrużka i Maciek chodzą do kuwety jak trzeba. Tylko wasza Lalka…

Bo jeszcze się nie nauczyła! krzyknęła Basia przez łzy. Można ją przecież nauczyć!

Nauczyć? westchnęła matka z gorzkim uśmiechem. I kto ma ją uczyć? Ja? Mam jeszcze krowę, świnie, ogród i was wszystkich… a tu jeszcze kotka z manierami królowej.

Sami byśmy się podjęli! zaprotestowała Basia. Przecież nauczymy!

Już za późno, ucięła Celina.

Cicho, jakby nie było jej wcale, Małgosia weszła do izby i usiadła przy oknie, patrząc na ścianę deszczu. Wieś wydawała się całkiem szara bure domy, ogródki z czarnymi łodygami.

Mamo… ona wróci do domu? zapytała cicho Małgosia.

Celina westchnęła ciężko:
Nie wiem, córciu. Nie wiem…

Po pół godziny Stanisław wrócił. Zrzucił mokrą kurtkę na haczyk i bez słowa poszedł do kuchni, choćby nie patrząc dzieciom w oczy.

I co? zapytała cicho żona.

Odwiozłem. Do drugiej wsi. Zostawiłem u Biernatów, obiecali przypilnować.

Daleko ta wieś? dopytywał Jędrek.

Nie wiem, może pięć kilometrów, może więcej burknął Stanisław.

Nie wróci już, wyszeptała Basia.

I nie musi, odpowiedział chłodno ojciec. Dość gadania. Herbaty nalej, zmarzłem.

Celina postawiła przed nim szklankę herbaty, na talerzu ziemniaki z sosem. Stanisław jadł w milczeniu, siorbiąc, z jakąś gniewną rezygnacją. Dzieci siedziały przy stole, ale nikt nie dotknął ani kęsa wszystkie patrzyły w talerze, jakby coś ciężkiego je przygniotło.

Wieczorem, gdy dom pogrążył się w ciszy i wszyscy poszli spać, Małgosia długo wierciła się w łóżku. Leżała na swojej połówce łóżka, które dzieliła z Basią, słysząc jak deszcz stukocze za oknem i jak skrzypi stara chata. Gdzieś w oddali ujadał pies sąsiada.

Basia, nie śpisz? wyszeptała.

Nie tak samo cicho padła odpowiedź.

Laleczka wróci. Ja to czuję. Ona znajdzie drogę do domu.

Nie gadaj głupot. Skąd by tu trafiła? Ojciec zawiózł ją aż pięć kilometrów. Dla takiego kota to inny świat.

Ale ona jest mądra! I tak nas znajdzie!

Basia obróciła się do ściany i już nie odpowiadała. A Małgosia szeptała w myślach, jak babcia ją nauczyła: Boże, chroń Lalkę. Pomóż jej wrócić. Proszę…

Lalka tymczasem ukrywała się pod piecem u Biernatów, w sąsiedniej wiosce. Starsi ludzie byli uprzejmi dali jej miskę mleka, kawałek chleba, pogłaskali nawet, ale kotka nie chciała mruczeć ani przytulać się do obcych rąk. Zwinęła się w kłębek, obca między obcymi.

Gdzie jej dom, gdzie Małgosia, Basia, Jędrek, Paweł? Gdzie Celina, która czasem dawała skrawek słoniny spod stołu? Gdzie zapachy znane piec, siano, mleko?

Wszystko tutaj pachniało inaczej. Głosy były inne. Ogromny bury kocur strzegł miski ze złowrogim syknięciem, gdy Laleczka podeszła zbyt blisko.

Czekała do rana. A kiedy gospodyni otworzyła drzwi, by wypuścić się do kur, Lalka przemknęła jak ruda błyskawica.

O rety! Gdzie ty?! zawołała pani Biernat.

Ale kotka biegła już przez ogrody, płoty, aż znalazła się na drodze poza wsią, na mokrym polu.

Deszcz nie przestawał. Lał od rana zimny i nieubłagany. Rudy futerko przylgnęło do ciała, łapki ślizgały się po błocie, pazury rysowały ślady w ziemi.

Nie znała drogi. Ale gdzieś w środku żarzył się uparty okruszek pamięci. Prastary instynkt szeptał: tam… dalej… nie poddawaj się…

Dzień minął. Laleczka ukryła się pod rozwalonym stosem siana, drżąc z zimna. Brzuch bolał ją z głodu. Próbowała dopaść myszy śmignęła w norę, więc tylko napiła się deszczówki z kałuży gorzka, pachniała ziemią i wilgocią.

Drugiego dnia trafiła na asfalt popękany, pełen dziur, z rzadka przejeżdżającymi samochodami chlapiącymi błotem. Laleczka powłóczyła łapą poboczem, przewróciła się, podniosła, szła dalej.

Nocą znalazła opuszczony chlewik. Wewnątrz gniły deski, pachniało myszami. Jedną złapała połknęła w całości. Zrobiło jej się lżej.

Na trzeci dzień spadł śnieg. Pierwszy tej jesieni. Mokry i lepki, przyklejał się do grzbietu. Rudzielec zostawiał mokre ślady na białej ziemi. Poduszki łap bolały, bo były rozcięte do żywego, ale Lalka nie ustawała.

Bo tam, hen za lasem, była jej chata. Dzieci czekały. Ciepły kąt. Celina, która krzyczała, a potem i tak pogłaskała, kiedy nikt nie patrzył.

Czwartego dnia pojawił się znajomy brzóz gaj. Lalce szybciej zabiło serce. Przyspieszyła, aż pobiegła. Tak! To tu gaj, gdzie dzieci latem zbierały grzyby, gdzie Małgosia plotła wianki z rumianków.

Piątego dnia doszła do rzeczki wąska, lodowata. Przeszła ją, wytrzęsła się, z trudem wdrapała na brzeg.

Szóstego dnia zaczęła kaszleć. Z nosa ciekło, oddech był ciężki. Ale Laleczka dalej parła naprzód.

I oto siódmy dzień. Rano. Laleczka, cała w śniegu i błocie, podeszła do znajomej furtki. Usiadła i zamiauczała cichutko. Nikt nie usłyszał. Miauknęła jeszcze raz, głośniej.

Drzwi otworzyły się z trzaskiem. Na ganek wypadła Małgosia boso, w nocnej koszuli.

Laleczko! wrzasnęła, rzuciła się do furtki, wyciągnęła ręce i uniosła kota. Mamo! Tato! Wszyscy! Wróciła! Wróciła!

Za nią wybiegli wszyscy Basia, Jędrek, Paweł. Celina, ocierając dłonie o fartuch, podeszła bliżej obejrzeć kotkę.

O rety… cała wynędzniała… I z nosa kapie… Chyba się przeziębiła, powiedziała cicho.

Mamo, trzeba ją ratować! wołała Basia.

Ratować? Celina pokręciła głową. Widzieliście, żeby ktoś kota do lekarza prowadził? Weterynarz u nas od krów i świń, a kot… kot sam sobie.

Ale mamo!

No dobrze, już, nie jęczcie machnęła ręką. Podgrzejcie mleka. Znajdźcie jakąś szmatkę, trzeba ją wytrzeć. Zobaczymy, co dalej…

W drzwiach pojawił się Stanisław. Zatrzymał się, spojrzał na rudą kotkę w ramionach Małgosi.

To znalazła drogę… mruknął.

Tato, sama przeszła pięć, może i sześć kilometrów! Wyobrażasz sobie? zawołał Paweł z uniesieniem.

Ojciec nic nie odpowiedział. Po prostu odwrócił się i wszedł do środka.

Lalkę wniesiono do izby, położono przy piecu. Małgosia podała jej miskę świeżutkiego, ciepłego mleka. Laleczka piła łapczywie, mleko chlapało jej na wąsy. Basia delikatnie ją wycierała starą płachtą, żeby nie bolało.

Łapki ma do krwi zdarte… wyszeptała Basia.

Celina uklękła przy kotce, obejrzała ją starannie.

Święta Panienko, biedaczka… westchnęła. Jędrek, dawaj zieloną. Basia, przynieś bandaż. Trzeba opatrzyć.

A katar? dopytywała Małgosia.

Katar… Spróbujemy rumianku. Babka Marysia się zna, poradzimy się. Najważniejsze trzymać w cieple i dokarmiać. Potem się zobaczy.

Od tego dnia dzieci opiekowały się Lalką jak maleństwem. Małgosia nie odstępowała jej na krok, głaskała, cicho szeptała. Basia gotowała rosół dla kotki. Jędrek znalazł koc, rozścielił przy piecu. Paweł, zmieszany, majstrował coś przy gwoździach i deskach.

Co ty robisz? spytała siostra.

Kuwetę, mruknął chłopiec. Żeby chodziła tam, gdzie trzeba. Nauczymy ją.

Uda się?

Uda. Musimy.

Kotka chorowała prawie tydzień. Kichała, sapnęła, łzy jej ciekły, ale dzieci nie traciły nadziei: poiły ciepłym mlekiem, okrywały chustą, wpuszczały rumianek. I w końcu Laleczka wydobrzała; katar znikł, oczy błyszczały, sierść znowu była miękka i ruda.

Wtedy zaczęło się nauczanie do kuwety. Paweł zmajstrował ją ze starej skrzynki, nasypał piasku. Kiedy tylko Lalka zaczynała szukać kąta, dzieci odnosiły ją do środka.

Tu, Laleczko, tu cierpliwie powtarzała Małgosia.

Kotka mruczała, próbowała wymknąć się, ale dzieci były nieugięte. I w końcu cud! Lalka sama poszła do kuwety, przekopała piasek i zrobiła wszystko jak trzeba.

Udało się! pisnęła Małgosia. Mamo, tato! Sama weszła!

Celina po raz pierwszy od dawna się uśmiechnęła.

A widzisz… Można jednak było, kto by pomyślał.

Stanisław siedział przy gazecie. Spojrzał na Lalkę, wycierającą łapki przy kuwecie.

Twarda jesteś, powiedział cicho. Uparta jak… ile kilometrów szłaś!

Tato, już jej nie oddasz? zapytała Małgosia z napięciem.

Ojciec milczał, ważąc słowa. Wreszcie odchrząknął i rzekł:

Nie. Jak sama wróciła… to znaczy, iż tu jest jej miejsce. Z nami.

Małgosia rzuciła mu się na szyję tak mocno, jakby świat miał się za chwilę skończyć.

Dziękuję, tato! Dziękuję!

Już, już… burknął, ale twarz mu spoważniała i nie był już zły.

Lalka żyła z rodziną długie lata. Czysto trzymała się kuwety, mruczała przy piecu, grzała się w kocu. Polowała na myszy jak Mrużka i Maciek i cała rodzina była z niej dumna.

Czasem Stanisław patrzył na nią i kręcił głową.

Ten kot ma ducha. Wie, gdzie dom. Żaden dystans jej nie odstraszy.

Dzieci zawsze przytakiwały. Bo tak było: Laleczka wiedziała, dokąd ma wrócić. I przyszła. Przez deszcz, chłód, głód i ból bo czekali na nią.

A tam, gdzie czekają tam jest życie. Więc wszystko trwa dalej.

Idź do oryginalnego materiału