Szpitalna sala przytłaczała i drażniła Annę. Zakryła dłonie uszami, by nie słyszeć nieustannego płac…

polregion.pl 2 tygodni temu

Szpitalna sala była przytłaczająca i wywoływała we mnie irytację. Zakryłam uszy dłońmi, żeby nie słyszeć nieustannego płaczu noworodków w sąsiedniej sali. Marzyłam tylko o jednym: żeby jak najszybciej stąd uciec i wszystko zapomnieć jak zły sen…

Aniu, kochanie, no popatrz choć na nią! prosiła starsza położna, ciocia Wiesia. Jest do ciebie podobna jak dwie krople wody!

Nie! choćby mnie nie namawiajcie! Napisałam zrzeknięcie się? Napisałam! Czego jeszcze ode mnie chcecie? niemal płakałam z bezsilności. Nie mam gdzie jej zabrać! Rozumie pani, o czym mówię?!

Ciszej! Wystraszysz dziecko. Jak to nie masz gdzie? Bezdomna jesteś? zmrużyła oczy położna. Masz mamę, tatę?

Tak. Mam starą mamę. Ona sama ledwo sobie radzi! Nie mogę wrócić na wieś z dzieckiem. Ludzie będą się śmiać.

Niech się śmieją na zdrowie! Wesołości nigdy za wiele! uśmiechnęła się ciocia Wiesia. A tak na poważnie, ludzie pogadają i zapomną, a ty będziesz sobie całe życie pluć w brodę! Nigdy nie wybaczysz sobie, iż zostawiłaś takie maleństwo.

Ukryłam twarz w dłoniach i zaczęłam płakać. Wiesława Zawadzka poczuła, iż już prawie mnie przekonała, jeszcze tylko odrobina…

Popatrz! Ma twój nosek: malutki, okrągły. A oczy? Od razu widać, iż będzie z niej śliczna niebieskooka pannica, jak jej mama.

Ale choćby pieluszek nie mam. I za co pojadę z nią do domu? powoli się łamałam.

To nie problem Pomożemy ci. Damy trochę pieniędzy z funduszu, wyprawkę uzbieramy dziewczynce. Osobiście odprowadzę was na dworzec. No? Jak ją nazwiesz?

Basia

Piękne imię! Bardzo jej pasuje. Weź Basię, nakarm ją, a ja później jeszcze zajrzę.

Ciocia Wiesia z wahaniem podała mi córeczkę. Ostrożnie i niepewnie wzięłam ją na ręce. Po policzkach płynęły mi łzy. Przytuliłam ją mocno do siebie, zrozumiałam wtedy, iż nigdy w życiu jej nie zostawię.

I co, udało się? spytał lekarz. Wciągnie pismo zrzeczenia?

Udało się! uśmiechnęła się położna, ocierając łzę.

Już na peronie czułam się, jakbym przebudziła się z koszmaru. Przytulałam mocno do siebie Basię, jakbym się bała, iż ktoś mi ją zabierze. Obok stała Wiesława Zawadzka. Jak obiecała, odprowadziła mnie z córką.

Dziękuję! Wstyd mi teraz wspominać, iż chciałam ją zostawić szepnęłam drżącym głosem.

Los cię nie oszczędza. Ale złe czasy miną, a dziecko możesz utracić na zawsze… Ja kiedyś popełniłam nieodwracalny błąd. I do dziś płacę za niego cenę, wyznała Wiesia.

Jaki błąd? zdziwiłam się. Myślałam, iż pani jest święta.

Byłam kiedyś dokładnie w takiej sytuacji, jak ty. Tylko moja mama już nie żyła, nie miałam domu. Zdecydowałam się na aborcję, której nie chcieli wykonać lekarze termin był za późny. Poszłam więc do znachorki. Pomogła, ale od tamtej pory jestem bezpłodna.

Jak to? nie mogłam uwierzyć. Naprawdę nie było wyjścia?

Nie, pokręciła głową. Mąż był dobrym człowiekiem, ale odszedł, gdy się dowiedział, iż dzieci już nie będziemy mieć Zapłakała, nie mogąc się powstrzymać.

Tak mi przykro! Całe życie przyjmuje pani dzieci na ręce, a swojego… nigdy.

Aniu, dbaj o Basię. I pamiętaj, jeżeli kiedyś będzie ci naprawdę ciężko, wiesz, gdzie mnie znaleźć.

Objęłyśmy się jak najbliższa rodzina. niedługo podjechał pociąg. Jeszcze długo patrzyłam przez okno, machając cioci Wiesi. Ona stała samotnie na peronie, raz po raz wycierając łzy.

Podróż była długa i wyczerpująca. W końcu, podchodząc do swojego domu, trzymałam w jednej ręce córkę, w drugiej wielką torbę z wyprawką ofiarowaną przez położne. Jak przyjmie mnie mama? Co powie? zamartwiałam się, nie wiedząc, czego się spodziewać.

Anka? To ty? wychyliła się zza furtki sąsiadka.

Tak. Ciociu Zosiu, mama w domu?

A ty nic nie wiesz?! zapytała zaskoczona. To już pół roku, jak twojej mamy nie ma.

Może to choćby lepiej, iż mama nie dożyła tego wstydu! To twoje dziecko? kiwnęła głową w stronę Basi.

Tak. Moje! odpowiedziałam z dumą.

Na miękkich nogach weszłam na podwórko. Chciało mi się krzyczeć i płakać z bólu i żalu. Na rękach miałam jednak córkę. Musiałam być silna teraz najważniejsze jest dziecko. Nie martw się, Basieńko, jesteśmy we dwie, nie samotne już. Damy radę! przytulałam mocno córeczkę.

***

Minęło dziesięć lat. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Krzątałam się przy kuchni, a Basia patrzyła przez okno na zaśnieżone ścieżki ogrodu.

Mamusiu, czemu nie mam babci? Moje koleżanki opowiadają, iż na każde święta jadą do babci i dziadka, dostają od nich prezenty i są tam zawsze bardzo wyczekiwane powiedziała Basia.

Niestety, naszej babci już dawno z nami nie ma. Nie zdążyła cię choćby poznać odparłam ze smutkiem.

A druga babcia?

Jaka druga? zdziwiłam się.

Przecież każde dziecko ma dwie babcie nie ustępowała Basia.

Druga? W sumie, przecież mamy jeszcze jedną babcię! Co powiesz na wycieczkę do niej z pierogami? Pracuje w szpitalu, jest bardzo miła i dobra przypomniałam sobie z uśmiechem o Wiesławie Zawadzkiej.

Jak powiedziałam, tak zrobiłam. Następnego dnia pojechałyśmy z Basią do miasta. W szpitalu poprosiłam o położną Wiesławę Zawadzką.

Już tu nie pracuje! odpowiedziała dyżurna. Przeszła na emeryturę, zdrowie już nie to.

Ojej… Przyjechałyśmy z daleka, bardzo chciałybyśmy ją odwiedzić. Ma pani może jej adres albo numer telefonu?

To raczej niezgodne z przepisami. Kim pani jest dla pani Wiesi? zapytała ostro starsza kobieta.

Jest moją ciotką skłamałam, bo wiedziałam, iż obca osoba i tak nie dostanie adresu. Dawno u niej nie byłam, nie pamiętam już adresu. Gdzieś mi się zapodział… Bardzo proszę, niech nam pani pomoże! błagałam.

Bardzo chcemy odwiedzić babcię dorzuciła Basia.

No dobrze! Zobaczę, co da się zrobić zgodziła się łaskawie.

Po piętnastu minutach wróciła, wręczając karteczkę z adresem. Życzyła nam szczęścia i prosiła, żeby przekazać pozdrowienia pani Wiesi.

Dziękujemy! Na pewno przekażemy! rozświetliłam się od radości.

Taksówką pojechałyśmy pod wskazany adres. Z biciem serca wchodziłam na trzecie piętro. Byle nie za późno modliłam się w duchu. Drzwi otworzyły się niemal od razu. W progu stanęła cała i zdrowa Wiesława Zawadzka.

Dobry wieczór! uśmiechnęłam się szeroko.

Starsza pani przyglądała się długo, próbując sobie przypomnieć kim jestem.

Ania?! wyszeptała.

Tak! I niemal się pani nie zmieniła! zaśmiałam się. To jest Basia, pamięta pani?

Oczywiście! rozpromieniła się Wiesława. Ależ stoimy w drzwiach! Wchodźcie, moje dziewczyny!

Po pół godzinie siedziałyśmy przy stole, rozmawiając o życiu. Było nam o czym opowiadać.

Basia bawiła się kotem na kanapie i oglądała ulubione bajki.

Aniu, zostańcie u mnie. Ja jestem sama, wy też zaproponowała pani Wiesia. Basię zapiszemy do dobrej szkoły, ty znajdziesz pracę.

Sama nie wiem A co z domem? Szkoda mi go zostawiać. Może to pani do nas przyjedzie? Prowadziłybyśmy gospodarkę, można kupić krowę. U nas cudowny, czysty powietrze! Rzeka tuż obok, latem pięknie przekonywałam ją.

A może faktycznie! Całe życie marzyłam o ogródku, a o krowie choćby nie śmiałam marzyć! roześmiała się Wiesia. W jej oczach pojawił się błysk nadziei i radości.

To postanowione! Jedziemy razem! ucieszyłam się.

Babciu Wiesiu, będziesz już z nami zawsze? zapytała Basia, obejmując staruszkę.

Tak, zawsze o takiej wnuczce marzyłam!

Następnego dnia wyruszyłyśmy do wsi z wielkimi walizkami. Każda z nas była szczęśliwa na swój sposób. Cieszyłam się, iż nie jestem już sama z córką i wreszcie będziemy rodziną. Dla Wiesławy była to nadzieja i nowy początek nowa rodzina i życie w pięknym, cichym zakątku. A Basia była szczęśliwa, iż i ona może powiedzieć, iż ma ukochaną babcię…

Idź do oryginalnego materiału